Kiepski Nostradamus

Przewidziałem, że trafimy.
Przewidziałem, że Ronaldo nie trafi (wyczerpał swój limit dwóch goli na Euro, seria karnych się nie liczy).
Przewidziałem, że Lewy trafi (serie karnych się nie liczą).
Przewidziałem, że prawdopodobnie nie wyjdziemy na zero z tyłu.

Przewidywałem, że strzelimy więcej.

Na stos z takimi przepowiadaczami 🙂

Dzięki, chłopaki.
Dzięki, Kuba. 

Wiele hałasu o nic, czyli status quo

Pomyśleć tylko, że te dziewięćdziesiąt sześć minut nerwówki, dwa przecudne gole i karny za faul przed polem karnym, były tylko po to, żeby utrzymać to, co mieliśmy już przed meczem.

Czyli pozycję dającą awans.

Której nie straciliśmy ani na symboliczną sekundę nawet. 

Robert Lewandowski nie jest geniuszem

Żeby być geniuszem, to trzeba się z tym urodzić. Oczywiście, później do wrodzonego geniuszu trzeba dołożyć pracę i szczęście, które zdecydują o tym czy się będzie raczej Messim czy Zlatanem. Bez geniuszu można jednak zostać gwiazdą, a nawet zawodnikiem wybitnym, nigdy na przykład nie uważałem Cristiano Ronaldo za geniusza, nic nie ujmując jego dynamice, technice i umiejętności znalezienia się we właściwym miejscu, ale jest on raczej przykładem zawodnika perfekcyjnie wytrenowanego niż naturalnie genialnego.

Lewandowski się z geniuszem nie urodził, więc go nie osiągnie – ale geniusz mu niepotrzebny. Lewandowski nieustannie się uczy i rozwija, w swojej grze błyszczy inteligencją, od dawna powtarzam, że jest marnowaniem jego potencjału schematyczne stawianie go na szpicy; wystarczy popatrzeć jak gra dwójkowo z Muellerem, dlatego tak się ucieszyłem że w reprezentacji pojawił się Milik. Nie będzie mieć Lewandowski genialnego dryblingu, posadzenie na ziemi Mascherano było efektowne, ale dalece bardziej efektowny był strzał sprawiający wrażenie wykonywania karnego, tyle że z siedemnastu metrów, za to arcyprecyzyjnie przy słupku; obrońcy dobrze wiedzą, że genialny czy nie, trzeba mu poświęcić wyjątkowo dużo uwagi.

Nie jest Lewandowski geniuszem, nie był i nie będzie. Dlatego sam jeden reprezentacji nie zbawi, ale jeśli mu pomóc wycisnąć to co najlepsze, to powinno wystarczyć.

Filip

Po tak radosnych dla nas mistrzostwach wielokrotnie podkreślano jego rolę – formalnie tylko asystenta, lecz w istocie głównego fachowca schowanego w cieniu frontmana, prawie jak Loew przy Klinsmannie. I kto wie, być może bez jego pomocy Antiga nie zapanowałby nad trudnymi momentami, w końcu jest trenerskim żółtodziobem.

A Filip niewielu rzeczy mógł Stefanowi zazdrościć, także jako zawodnik. Medale mistrzostw Europy zgarniali obaj, Filip nie miał wprawdzie medalu mistrzostw świata (choć poprowadził doń Stefana), ale za to przed własną publicznością zdobył tytuł MVP (tak jak Wlazły). Jako trener prowadził drużynę Francji do wielu znakomitych wyników, pięć lat temu to my stanęliśmy mu na drodze do upragnionego pierwszego miejsca. 

Myślę sobie po cichu, że to dobrze, że w decydującym momencie mieliśmy go na swojej ławce. Być może gdyby został jeszcze z reprezentacją Francji, to Francuzi nie przegraliby w półfinale pięciosetowego meczu z Brazylią, być może Polska by do półfinału w ogóle nie trafiła. Być może w Spodku na cześć zwycięzców zabrzmiałaby Marsylianka…

Kto wie. W każdym razie: merci, Philippe Blain. 

Wątpliwość

Islandia pokonuje Holandię i jest liderem grupy.
San Marino remisuje (u siebie) z Estonią.
Grecja przegrywa u siebie z Wyspami Owczymi.
Liechtenstein wygrywa (na wyjeździe!) z Mołdawią.
Portugalia przegrywa u siebie z Albanią.

To wszystko nie wyniki meczów towarzyskich, ale eliminacyjnych do mistrzostw Europy 2016. Każdy z tych wyników można określić co najmniej jako wielką niespodziankę, sensację, a w niektórych przypadkach jako historyczne osiągnięcie. 

Zadumałem się: a może nasze zwycięstwo nad Niemcami i liderowanie w grupie są po prostu częścią jakiejś większej serii? Oczywiście, nie stały się od tego ani trochę mniej miłe. 

MIL

Przyglądam się MILionowej powtórce dośrodkowania Piszczka. Widzę, że w ostatniej chwili próbował je przeciąć nominalny napastnik (tak wynikało z ustawienia) Thomas MUELler. Nie dał rady i piłka pofrunęła na głowę Arkadiusza MILika (jak ja się cieszę że ta reprezentacja zagrała z dwoma napastnikami w pierwszym składzie). 

A potem Lewandowski postanawia nieMILe zaskoczyć swojego byłego klubowego kolegę (choć ten zupełnie nie powinien być zaskoczony sposobem gry Lewego) i kończy akcję idealnym wyłożeniem do MILi. A ja mam nieodparte wrażenie, że prawy słupek bramki Neuera (patrząc od strony bramkarza) jakoś się z naszymi umówił i wysyłał fluidy pokazujące gdzie dokładnie posłać piłkę (przy obu bramkach piłka wpadała niemal dokładnie w to samo miejsce przy słupku, lądując w bocznej siatce).

Taki mecz jak na razie zdarzał się nam raz na MILion lat. Dobrze było go oglądać, nawet jeśli bez tej wiary.

Dolary sprzedam…

Włączyłem sobie telewizor, żeby obejrzeć kwalifikacje do Grand Prix Monaco, wydawało mi się, że w takiej chwili, że reklamy już przeleciały. Istotnie, przeleciały, ale zostały jeszcze tzw. informacje o sponsorach transmisji. Wysłuchałem więc beznamiętnie frazy „transmisję sponsoruje sponsor reprezentacji Polski…”, a potem popadłem w osłupienie. 

W dawnych (aż chciałem napisać: mrocznych) czasach Polski Ludowej byli sobie tacy ludkowie, którzy wystawali w okolicach sklepów dewizowych bądź miejsc, gdzie pojawiali się posiadacze walut zagranicznych, i mamrotali „dolary kupię, dolary sprzedam..”, tacy jednoosobowi przedsiębiorcy prowadzący nad wyraz mobilne punkty kantorowe. Nazywano ich bez sympatii cinkciarzami (była w tym nuta podejrzenia o oszustwo), jest faktem, że biedy zwykle nie cierpieli. 

Sponsor reprezentacji Polski nazywa się/przedstawia się jako cinkciarz.pl. Kolejny powód, żeby się nie przejmować występami reprezentacji.

Oryginał 

Mądrości Korwina

W zamierzchłych czasach, kiedy Janusz Korwin-Mikke przede wszystkim grał w brydża, pisał podręczniki brydża oraz książki o grze w brydża* (pewnie nawet nie sądził wtedy, że kiedykolwiek będzie mu dane czynnie uczestniczyć w polityce, zasiadać w parlamencie i kandydować na wszelkie możliwe stanowiska w wyborach), w jednej z książek brydżowych opisał kilka możliwych złych schematów zachowania w parze po przegranym rozdaniu. Jeden z nich wyglądał następująco:

Partner 1 (dziadek):  – (milczy pogardliwie)
Partner 2 (rozgrywający): – (wie co sobie myśli partner na temat jego gry)
Morale pary: (gwałtownie się pogarsza)

Przykro mi, ale po meczu na Wembley tak sobie milczę pogardliwie, nie mam siły ni ochoty nawet na jakąś zjadliwość. 

*dla porządku należy dodać, że nie zawsze pisał sam

Notka jest kopią notki z bloga w serwisie śląsk.sport.pl 

Być jak Hiszpanie?

Dzisiejszy (wciąż jeszcze, gdy piszę te słowa) mecz z San Marino dał okazję do wielu drwin, ale i do paru obserwacji. Analizami, szczegółami, niech się zajmą wykwalifikowani fachowcy, ja rozmyślam nad jakże ważną pozycją napastnika. Pechowym (?) zbiegiem okoliczności okazało się, że wszyscy trzej napastnicy powołani do reprezentacji – i ten jedyny, i ci dwaj rezerwowi – udali się na chorobowe (w futbolu winno się chyba mówić „kontuzjowe”), zastępców brano niemalże z łapanki. Paweł Brożek wyraźnie zaznaczył swój udział, psując każdą sytuację strzelecką, do jakiej doszedł, tak, pamiętam, że formalnie zaliczono mu też asystę przy golu Soboty. Wchodzący za Brożka znany jedynie koneserom ekstraklasy Marcin Robak… gdyby nie żółta kartka za faul, można byłoby mieć wątpliwości, czy w ogóle był na boisku.

A przecież strzeliliśmy sympatycznym kelnerom czy księgowym z włoskiego wzgórza aż pięć goli, nie uciekając się zasadniczo do stałych fragmentów gry. Co więcej, jak spojrzymy na naszego klasowego napastnika. to strzelił w tym roku w kadrze trzy gole – dwa z karnych, trzeciego wykorzystując nieudane podanie obrońców. Gola strzelonego po akcji zespołowej, podaniu do środkowego (czy to prostopadłym, czy wrzutką z mocarnych ponoć skrzydeł) nie uświadczyliśmy. Nasuwa się więc palące pytanie – po co nam napastnik, skoro i tak (zwalmy to na obowiązujące trendy taktyczne) biega osamotniony?

Dopiero co podobny problem rozważałem w przypadku reprezentacji Niemiec, choć tam punktem wyjścia byo bogactwo drugiej linii bardziej niż mizeria w pierwszej. Oczywiście, absurdem byłoby dla zasady rezygnować z Lewandowskiego, ale wciąż mam wrażenie, że ustawiany wiecznie w ten sam sposób, staje się naszą słabością, a nie siłą – a przecież końcowe minuty meczu z Czarnogórą przypomniały, jak groźny potrafi być, kiedy ruszy z akcją ze skrzydła. Sam nieraz błagałem w duchu, żeby dać szansę jego boiskowej inteligencji i pozwolić mu zagrać tuż za napastnikiem, żeby miał szansę i wyjść zza pleców, i uwolnić się od obrońców, i genialnie podać do przodu (eh, jak on się z Sobotą rozumiał przeciwko Czarnogórze!). Jedynym problemem zostawałoby może, kto ma zagrać przed nim, ale wariant z ruchliwymi Błaszczykowskim, Zielińskim, Wszołkiem zmieniającymi się na pozycji wysuniętego napastnika mógłby być ciekawy (przecież i Mierzejewski strzelając gola zagrał jak rasowy napastnik), zawsze mógłby tam biegać i nominalny napastnik, czymże dziwnym jest gra na dwóch napastników, a już na pewno – czymże mniej dziwnym, niż gra bez nominalnego napastnika?

Notka jest kopią notki ze śląsk.sport.pl

Międzynarodowo

Spoglądam sobie przy sobocie na mecz Pucharu Konfederacji pomiędzy Brazylią i Japonią (impreza mnie ani ziębi ani grzeje, ale kawałek niezłego – przynajmniej potencjalnie – futbolu zawsze warto popodglądać). O Brazylii lamenty ostatnio głośne, że nie powalają przeciwników, że gwiazd prawdziwych u nich właściwie nie ma (ja się o tyle zgadzam z tym twierdzeniem, że na razie kompletnie nie widzę powodów do zachwycania się Neymarem, teraz wreszcie nastąpi potwierdzenie albo dekonstrukcja), ale zawszeć to Brazylia. 

Przeglądam składy, Brazylijczyków łatwiej oczywiście spamiętać, ale i w drużynie Japonii całkiem sporo nazwisk mocno znajomych. Zaczynam sprawdzać i wychodzi mi że na boisku mamy 3 przedstawicieli ligi brazylijskiej i 2 przedstawicieli ligi japońskiej, cóż, w naszej reprezentacji ostatnio znacznie więcej reprezentantów ligi polskiej, ciekawe czy o czymś to świadczy? No dobra, lekko naciągnąłem to porównanie, bo Neymar już właściwie zawodnikiem ligi hiszpańskiej jest.

W kadrze Japonii zaintrygowało mnie jedno nazwisko, że aż postanowiłem posprawdzać. Japończycy nie przepadają za „mieszańcami”, więc Japończyk z ojca Europejczyka mógłby mieć u siebie nielekko, jednak mój „bohater” od tego problemu był wolny. Mike Havenaar jest bowiem z rdzennie holenderskich rodziców, lecz urodził się (a może i został poczęty) w Japonii i mieszka tam praktycznie całe życie, nie jest więc „farbowanym lisem”. Dziś na razie na ławce.

A sam mecz zgodnie z przewidywaniami – masa machania nogami nad piłką (mało efektywnego), gol Neymara (ładne kopnięcie lecz bez podniety), Japończycy trzymający się twardo (choć właśnie stracili drugiego gola). Trochę forsowania autobusu, może po to, żeby Neymar mógł się poczuć jak w Barcelonie.