Niestety

Niestety, po wczorajszym meczu wciąż podobno mamy jakieś szanse na awans na brazylijski Mundial (w trakcie meczu przyjąłem bez sprawdzania niepoprawny optymizm, że znikną całkowicie). Nienawidzę bowiem tego czasu, w którym pracowicie analizuje się warianty i wylicza prawdopodobieństwa, uzależnione od spełnienia kilku warunków (jeśli X wygra z Y i jednocześnie Z zremisuje z V…), oddycham z ulgą, kiedy nawet wyższa matematyka nie pozwala się łudzić. Nie chodzi tu przy tym o to, by skazać z góry na klęskę wszelkie wysiłki, po prostu zbytnią wiarę pokładamy w slogan „dopóki piłka w grze”, odrywając go od realiów (wszak teoretycznie na początek eliminacji szansę na awans miały i Mołdawia, i San Marino). 

Niestety, sympatyczny trener (sympatyczny z urzędu, bo jakoś nie przypominam sobie sympatycznych przekazów z jego strony, może jest sympatyczny prywatnie, nie znamy się) niczym nie zaskoczył pozytywnie, w chwili powołania oceniałem go jako najlepszego kandydata wśród ogólnej mizerii, obawiając się jednak, czy sprawdzi się w pracy z reprezentacją, jakże odbiegającą od codziennej pracy w klubie.

Niestety, nawet komentatorzy telewizyjni dostosowują się do poziomu reprezentacji (a może odwrotnie?). Nawet nie chodzi mi o Dariusza Wiecznie Szpakowskiego, tylko o tego co z nim wczoraj siedział przy mikrofonie i nie potrafił się zorientować co się dzieje, zalecając w końcówce wspieranie defensywy siedzącemu już na ławce Polanskiemu.

Niestety, oglądałem ten mecz, co gorsza gdzieś od 30 minuty.

Cztery drugie?

Robert Lewandowski zajął w Bundeslidze z Borussią Dortmund drugie miejsce. 

Robert Lewandowski zajął w tabeli strzelców Bundesligi drugie miejsce (wyrównał tym samym osiągnięcie Jana Furtoka z 1991 roku, choć strzelił od niego więcej goli).

Robert Lewandowski ma gwarantowane co najmniej „drugie miejsce” w Lidze Mistrzów.

Robert Lewandowski prawie na pewno zajmie co najmniej drugie miejsce w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów (może je stracić tylko w przypadku, gdy nie strzeli dwóch goli w finale, a Thomas Mueller trafi wtedy o trzy razy więcej). 

To tylko takie luźne rozważania, bo Rafał Stec popsuł mi plany napisania sensownej analizy szans Lewandowskiego na… co najmniej drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki FIFA.

Na drugie miejsce Lewandowskiego w eliminacjach mistrzostw świata jakoś się nie nastawiam…

Gortat Lewandowski

Trochę przypadkiem zaniosło mnie dziś na starą notkę o naszych reprezentacjach, jednocześnie futbolowej i koszykarskiej. Nie okazała się prorocza (w sensie nic nie poszło tak jak miało i jak by się chciało): koszykarze zakwalifikowali się wprawdzie na mistrzostwa Europy, ale głównie dzięki późniejszej ilości o zwiększeniu liczby drużyn z 16 do 24, piłkarze na Euro wiele nie zwojowali, w decydujących meczach dbając raczej o tył, niż o przód, pomimo że musieli wygrywać (a w Europie tymczasem trend oczywiście ostatnio taki, że napastnicy* górują nad obrońcami, Rafał Stec o tym się rozpisuje).

Uderzyło mnie w tym tekście jedno zdanie: „I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata„. Tak, ponad dwa lata temu, kiedy było pisane, Robert Lewandowski był zaledwie mistrzem Polski i królem strzelców polskiej ekstraklasy, w Bundeslidze ledwo zdążył zadebiutować wchodząc na końcowe pół godziny w przegranym meczu, mając w perspektywie rywalizację o miejsce w składzie z Kagawą i Barriosem (wtedy czołowym strzelcem). 

Dziś to raczej trener Pipan może wzdychać, że nie ma do dyspozycji żadnego Lewandowskiego, nawet jeżeli ten ostatnio mniej błyszczy.

*nie o nazwisko chodzi, tylko w tamtej notce są linki do innych tekstów o popisach napastników i słabości obrońców

Gdzie jest Adrian?

W ostatnich latach oglądając polskich piłkarzy, doznaję elektryzującego uczucia patrząc na dwóch. Jeden z nich rozwija się nieustannie, z roku na rok poprawia swoje umiejętności i pozycję w międzynarodowym futbolu, jego nazwisko znają wszyscy obrońcy, z klubów, do których był już przymierzany, można zmontować Ligę Mistrzów. Dziś snajpersko nie błysnął (na przestrzeni ostatnich 4 miesięcy to zresztą nic dziwnego), jeśli już to imponował tym, czego mniej się od niego oczekuje (ze szkodą, bo zawsze w tym błyszczał), czyli inteligentnymi podaniami (zresztą inteligencja to słowo klucz w opisie gry bohaterów tej notki). 

Drugi… równie udanej kariery w tej chwili nie robi. Owszem, dwa lata temu zdobywał tytuł Ligowca Roku, zaraz potem za rekordowe pieniądze przeniósł się do Turcji. O ile w pierwszym roku szło mu nie najgorzej (choć chyba nie na miarę oczekiwań klubu), o tyle w tym sezonie nie gra wcale lub prawie wcale. Siłą rzeczy odbija się to na jego grze (jak już wyjdzie na boisko, w reprezentacji głównie), pojedyncze przebłyski nie składają się w harmonijną całość. 

Robertowi Lewandowskiemu niewiele już brakuje do największych, w tej chwili wydaje się jakby się zatrzymał, ale mam wrażenie, że nie ma pomysłu jak się przełamać, kiedy obserwują go niczym Breivika z Chodorkowskim do spółki. Co się dzieje z Adrianem Mierzejewskim, nie wiem, i czuję się obecnym stanem lekko załamany. Bo gdyby obaj zagrali to, na co ich stać, wyzwolili wciąż ukryty w sobie potencjał, widoczny w ruchach i zagraniach, lecz nieodkryty, mielibyśmy duet wręcz koncertowy. Na razie to tylko nadzieje. Adrian, where art thou?

Przekleństwo nowoczesności

Stadion Narodowy bardzo nowoczesnym stadionem jest, i nie zmieniają tej opinii ani „drobne oszczędności” czynione przez operatora (jeśli dobrze rozumiem, to murawa jest w jakiejś wersji „odchudzonej”) ani też niefrasobliwe (lub podejmowane w warunkach niepełnej wiedzy) decyzje organizatora i uczestników. Na tyle nowoczesnym, że polega się już chyba tylko na nowoczesnych, sprawdzonych, wzajemnie się zabezpieczających i wspierających systemach (no chyba że okazuje się, że brak jednego usprawiedliwia się drugim i na odwrót). 

Kiedy bowiem patrzyłem na płytę Narodowego przed dzisiejszym nie-meczem z Anglią, zadziwiało mnie, że nie widziałem żadnych prób mechanicznego poradzenia sobie z problemem nadmiaru wody. Różne mecze i sytuacje widziałem, czy to na ostatnim Euro, choć za wschodnią granicą, czy też na ostatnim Pucharze Narodów Afryki – deszcz też człowiek, spaść może, nawet i nawałnica błyskawiczna, a woda od tysięcy lat taka sama, spłynąć musi. Po to kiedyś jednak były na stadionach walce (ręczne), żeby nadmiar wody z płyty wyciskać, Ukraińcy ponoć (nie pamiętam, gdzieś tylko dziś zaczytałem, a zmyślać nie chcę) wideł używali, żeby woda szybciej uciekała. Ba, takie rzeczy to nie tylko w futbolu, na wyścigach Formuły 1 ostatnimi czasy jak leje, to na całego, w zeszłym roku w Kanadzie przecież cztery godziny trwało, aż deszcz minął i wyścig został rozegrany. I co? Najskuteczniejsze na ten deszcz były szczotki i łopaty… A u nas została ślepa wiara w drenaż (o którym właściwie nie wiadomo czy jest), dach (o którym właściwie nie wiadomo kiedy można zasunąć, a kiedy nie) i tradycyjny jakośtobędny optymizm, że ten deszcz w końcu przestanie padać i wszystko będzie cacy.

I w gruncie rzeczy z jednej rzeczy się cieszę (choć nic pewnego na razie nie wiadomo, więc jakby na zapas) – czekając na werdykt sędziowski i wsłuchując się w drwiąco-oburzone komentarze, cały czas miałem nadzieję, że na koniec się nie okaże, że gdzieś ktoś po prostu zapomniał czegoś odkręcić, lub co gorsza jakaś szmata coś przytkała, i przez to woda nie spływa, choć powinna. Na razie na to nie wygląda.

Reprezentacja z Biedronki

Wróciłem do domu z wycieczki. Sięgnąłem dla relaksu po GW i przeczytałem, jak Rafał Stec znęca się nad najbliższymi meczami reprezentacji Polski, w szczególności nad jutrzejszym sparingiem z trzecimi rezerwami Argentyny (wspominając sobie przy tym jak to wczoraj Robert Błoński biadolił nad kompletnym brakiem rezerw polskiej kadry). Po czym zacząłem przeglądać GW od początku i natrafiłem na wielką reklamę oficjalnego sponsora reprezentacji Polski, zapowiadającego tenże mecz jako – powiedzmy – Wydarzenie.

Reklama ta jest względnie prosta w swym zamyśle i nawiązuje do podstaw działalności sponsora. Oto zapowiedź meczu okraszona jest flagami narodowymi obu państw, po bliższym przyjrzeniu widać, że skomponowanymi z prostych produktów żywnościowych. Flaga polska złożona była z pasa plastrów pomidora i pasa plastrów białego sera (chciałoby się pomyśleć, że mozzarelli, ale w końcu nie zatrudniliśmy trenera neapolitańczyka, więc może jednak twarogu). Flaga argentyńska była zaś złożona z pasa twarożku, ozdobionego chyba rozetką z żółtego sera (nie odszyfrowałem do końca), wtłoczonego pomiędzy dwa pasy z niebieskich punkcików, po uważnym przyjrzeniu zidentyfikowanych jako jagody (uwaga dla krakusów: borówki to zawsze i wszędzie te czerwone, które smaży się z gruszkami i podaje jako dodatek do mięsa).

Mamy początek czerwca. O tej porze roku jagody nie nadają się do jedzenia, chyba że są z mrożonki. Cóż, reklama, jak sam mecz – produkt z Biedronki (z całym szacunkiem dla sieci i niektórych sprzedawanych w niej produktów).

Najlepszy produkt Polskiej Myśli Szkoleniowej

Po meczu z Hiszpanią, obserwuję kwaśne miny i duże słowa o tym, jak polska reprezentacja zagrała. Wszyscy strugają ekspertów, bo boli rozmiar porażki. Pewnie, 0:6 nic miłego (liczyłem na 0:3), ale czy tak naprawdę od pewnego momentu boli bardziej? Czy byłoby wiele lepiej, gdybyśmy przegrali 1:6 jak Węgry z Holandią, 0:5 jak Kanada z Argentyną, 1:5 jak Tanzania z Brazylią? Jak dla mnie nie. W tym meczu byliśmy skazani na pożarcie. Przekonanie, że jesteśmy zbyt dobrzy na takie porażki, to najlepsze, co się udało smutnym panom spod znaku „mamy świetnych piłkarzy, świetnych trenerów..” To my, kibice, jesteśmy najlepszym produktem Polskiej Myśli Szkoleniowej.