Życie telemarketera, czyli rozmowa z klientem

– Dzień dobry czy pan X?
– Tak.
– Dzwonię z firmy ABC, czy mogę panu zająć chwilę…
– Proszę.
– Dziękuję bardzo. Firma ABC przygotowała dla pana niezmiernie interesującą ofertę…
[opisać znakomity produkt]
[opisać zalety nabycia produktu]
[opisać najkorzystniejszy wariant proponowany klientowi]
…co pan na to?
– Zupełnie nie jestem zainteresowany, ale nie chciałem panu przerywać. 

Afro..

Kwestię nazywania osób zaliczanych do rasy czarnej poruszałem całkiem niedawno i z pozoru wydawać by się mogło, że niewiele można dodać (jak kto chce sporów na temat genezy i wydźwięku słowa „Murzyn”, to zapewne w internecie znajdzie wiele miejsce, gdzie się o to kłócili, kłócą lub będą kłócić). Dzisiejsza notka powraca do tematu zupełnie wpadkowo i incydentalnie.

Jak wiadomo chyba wszystkim, w największym murzyńskim państwie świata (licząc powierzchnię, bo najwięcej Murzynów żyje w Nigerii) przyjęło się (zostało uznane za jedynie poprawne) określenie „Afroamerykanin”, które ma jednak tę wadę, że obejmuje swoim zakresem wyłącznie osoby mieszkające w USA lub posiadające tamtejsze obywatelstwo – a zatem nie obejmuje już nawet czarnoskórych mieszkańców wysp karaibskich, nie mówiąc o Brazylii (chyba że w jakiejś skomplikowanej mutacji znaczeniowej); tym bardziej więc nie zaradzi naszym problemom (przyjmując, że je mamy, oczywiście). Natrafiłem jednak niedawno czytając książkę na intrygująco brzmiące zdanie…

Dyżurna była nowa. Młoda Afrofinka, jak to się dzisiaj mówi, z mnóstwem bransolet na obu przedramionach…

To słowo uderzyło mnie niesamowicie, rzucone tam zupełnie od niechcenia. Natychmiastowym odruchem było stworzyć formę jeszcze bardziej swojską, i nie chodzi tu o własne zasługi słowotwórcze, mam świadomość, że słowo „Afropolak” już się tu i ówdzie przewinęło. Zadałem sobie pytanie tylko, czy same przejazd przenosiny z jednego kraju do drugiego powodują, że dotychczasowy Afropolak może się stać Afrofinem (choć w modzie bardziej Afroirlandczyk). Jak również, czy powinniśmy konsekwentnie z tymi określeniami do poziomu mniejszych grup, zwłaszcza o wyraźnej odrębności etnicznej, żeby się znienacka Afroślązak nie obraził, że żaden z niego Afropolak, jakby to brzmiało: spotyka Afrołemko Afrokaszubkę… Z pozoru proste, ale może jednak zostaniemy już przy tych Murzynach?

PS Książka to jedna z lepszych produkcji Leeny Lehtolainen, być może najnowsza. „Na złym tropie”, jak najbardziej godna polecenia – tylko dlaczego ta strzelba na ścianie zawsze musi wypalić…

Mylący tytuł

Jeszcze niedawno było całkiem ciepło, teraz zrobiło się solidne minus parę, spadło parę płatków śniegu i chmury chodzą po świecie. Jakoś tak jest zimno i nieprzyjaźnie, śnieg niby rozjaśnia świat, ale słońca jakoś mało. 

Od paru dni czepia się mnie ten kawałek straszliwie. Pewnie z powodu melancholizującej pogody, a może życie doskwiera? Bo wszak w leitmotivie mamy, że słońca brak, ale zarazem, że z przyczyn zupełnie niezwiązanych ze zjawiskami klimatycznymi. 

Ain’t No Sunshine When She’s Gone Billa Withersa. W nieśmiertelnej wersji z Notting Hill, teledysk filozoficzno-krajoznawczy.

Czernasty znaczy trzeci

Jak do tej pory w finałach wielkoszlemowych Polacy wystąpili czternaście razy. Aż połowa z tego to zasługa Jadwigi Jędrzejowskiej (trzy razy w singlu, trzy razy w deblu, raz w mikście), ona też była pierwszą polską triumfatorką (Paryż 1939 w deblu), ale była niewątpliwą rodzynką. Na kolejne finały czekaliśmy kilka dziesięcioleci, kiedy to Fibak (kolejny rodzynek) dwa razy dotarł do tej fazy w deblu, raz wygrywając (Melbourne 1978).

Prawdziwą odmianę przyniosła bieżąca dekada. Jeszcze nie dotarliśmy do jej połowy (niezależnie czy rok 2010 liczymy do bieżącej, czy do poprzedniej), a już nasi reprezentanci wystąpili w pięciu finałach, co ważniejsze, uczyniło to (w różnych konfiguracjach) aż pięciu naszych reprezentantów, w tym Marcin Matkowski dwukrotnie, z Mariuszem Fyrstenbergiem i bez niego (zaskakujące może być, jak późno dokonała tego Agnieszka Radwańska, później niż Klaudia Jans-Ignacik, ale też konkurencja w turniejach indywidualnych wydaje się silniejsza).

Ostatni, czternasty finał to oczywiście zasługa Łukasza Kubota. Jego wynik o tyle jest zaskakujący, że przecież startował w parze stworzonej ad hoc, choć z doświadczonych deblistów (Kubot grywał już w ćwierćfinałach Szlema i w półfinale raz, jego partner – w finałach). Turniej był jednak zabójczy dla faworytów, w finale stanęła wszak para nierozstawiona naprzeciw pary nr 14. Ku naszej radości, doświadczenie wzięło górę, i czternasty „polski” finał zamienił się w trzeci polski triumf.

Niespodziewany sukces budzi jeszcze większą radość. Gratulacje!

Wpis jest kopią notki z bloga sportowego na http://www.slask.sport.pl/blogi

Lodowa niespodzianka

To było przedwczoraj. Wstałem przed szóstą, gdyby była wiosna, to mógłbym napisać: skoro świt, ale mrok za oknem był nietknięty jutrzenką. Zebrałem się do sklepu po świeży chleb na śniadanie, wyszedłem z domu. W najlepsze padał deszczyk, naciągnąłem kaptur, pomyślałem sobie: co za jesienny poranek. 

Dwie godziny później zbierałem się w drogę. Wyszedłem z domu i znieruchomiałem przed samochodem. Deszczyk nadal kapał, ale zaszła zmiana w scenach mojego widzenia: zamarzał po zetknięciu się z jakimkolwiek przedmiotem. Na samochodzie była milimetrowa warstwa lodu, dobrze że tylko taka, bo wystarczyło kilka minut na doprowadzenie samochodu do stanu normalnej widoczności przez szyby (karoseria może sobie być oblodzona, nie przeszkadza mi aż tak bardzo), jednak to podstępne zamarzanie trwało mniej niż dwie godziny.

Na trasie w przydrożnym lesie uwagę przyciągały brzozy, które wyglądały jak oszronione. Dopiero jednak gdy dojechałem na miejsce, zrozumiałem, że to nie był szron – kiedy przyjrzałem się z bliska drzewom, krzewom i kwiatom. 

Pszczyna styczeń 2014 oblodzone kwiaty

To nie był szron, tylko zamarznięte całe krople. 

Tenis łączy cały świat

Chiny. Włochy. Kanada. Serbia. Polska. Białoruś. Rumunia. Słowacja.

Hiszpania. Bułgaria. Szkocja. Szwajcaria. Czechy. Serbia.

Te wyliczanki powyżej oznaczają kraje, z których pochodzą ćwierćfinalistki (pierwszy rząd) i ćwierćfinaliści (drugi rząd) tegorocznego Australian Open. Jak łatwo zauważyć, turniej kobiecy wygląda jak rywalizacja narodowa, a nie indywidualna. W przypadku panów… brakowało niewiele, może Japończyk nie rokował szczególnie, ale jeden z Francuzów odpadł nadspodziewanie gładko. I do tego wszystkiego w stawce brakuje przedstawicieli takich krajów jak Niemcy, Australia, Rosja, no i oczywiście – USA… Wspaniale się to po świecie porozchodziło.

Pozostawiam jako małą (nietrudną) zagadkę: jakie kraje mają więcej niż jednego zawodnika w ćwierćfinałach? (nie licząc oczywiście widocznej z daleka Serbii)

Wpis jest kopią notki z bloga sportowego na http://www.slask.sport.pl/blogi

Dlaczego Kili leży w orzechach?

Na wstępie ostrzeżenie: minęły trzy tygodnie wyświetlania, kto nie widział (lub nie czytał) drugiej części Hobbita ten trąba, okres ochronny uważam za zakończony. Tak więc kto jeszcze nie widział, niech przestanie czytać lub.. zrobi cokolwiek uważa za słuszne.

No więc, jak już pisałem, jak dziecko jestem zachwycony, puryści niech sobie kręcą nosami – niezmiernie mnie rozbawiło, kiedy jedni puryści debatowali, czy to wielka niezgodność, że „zwykła elfka” posiadła królewską sztukę uzdrawiania athelasem, a więksi puryści im wykazywali, że tak naprawdę to sztuka ta wcale nie była królom zastrzeżona. Pewne zmiany wychodzą po prostu genialnie, jak np. rozwiązanie zakończenia walki z pająkami, gdzie stary Tolkien ograniczył się do banalnego „pająki znużyły się i odeszły”. Inne kapitalne sceny są rozwinięciem półzdaniowych wtrętów, jak choćby sceny z Dol Guldur, o których w książce jest ledwie że „wypędzono Czarnoksiężnika” (a właściwie mamy ledwie początek tego rozwinięcia, przedsmak trzeciej części). A jak wspaniale rozwija się postać Barda, w książce pojawiająca się ot tak, od niechcenia!

Są oczywiście wtręty mało potrzebne, jak niektóre bijatyki czy wizyta w górskim grobowcu, czasem są na siłę wepchane momenty „och! i co teraz”, jak w pierwszej części przy okazji walki kamiennych gigantów, albo niektóre przaśne żarciki. Inne sceny wyglądają jakby miały posłużyć jako skomplikowane zadania do przyszłej gry komputerowej, mniej więcej jak w pierwszej części gonitwa z goblinami, a tu np. surfowanie po roztopionym złocie. (Przy okazji refleksja techniczna – chyba nie ma sensu wybierać seansu w IMAX-ie, rzadko kiedy ta głębia i wielkość ma okazję być wykorzystana, najlepiej się sprawdza w scenach z szeroką przestrzenią, a nie w lochach i dynamicznych zmianach; wręcz niejeden raz gorzej widziałem, chyba były to problemy z akomodacją, w „zwykłej” wersji 3D nic takiego nie odczuwałem, mimo że późnym wieczorem).

Niektórym podoba się sposób przedstawienia Beorna, ja co najwyżej się cieszę, że jest. Rozumiem, że pokazanie go takim, jak go wymalował Tolkien, wymagałoby… po prostu innego filmu; cóż poradzę, że nie przekonała mnie ani „niestabilna” charakterystyka jego niedźwiedziej postaci, ani jego ludzki wygląd przerośniętego neandertalczyka, ani motywacje – po prostu wzdycham za ożywczym łykiem miodu z jego kubka.

No i ten, który właściwie nie jest żadnym zaskoczeniem. Smok. Smoczycho. …(brakuje mi właściwej formy obocznej czy neologizmu na opisanie tego szelmy). Co prawda dziura w pancerzu taka skromna jakaś, aż dziw, że ma wystarczyć do oswojenia, ale za to jak fajnie się z niego sypią te złote monety, w których się tarza, chyba jest nimi bardziej oblepiony niż człowiek mający w domu leniącego się psa, pewnie mu to złoto włazi między łuski. Zresztą trudno mu się dziwić, w takim skarbcu by człowiek też urządzał sobie zjeżdżanie i tarzanie, jak na sianie. Do rutynowych zachwytów na głosem Smauga-Cumberbatcha dodam, że polski dubber… dubbujący… aktor podkładający głos również odwalił kawał dobrej roboty. A już dialog z Bilbo-Freemanem (właściwie nie jestem pewien, czy Freeman stał się Bilbem, czy Bilbo Freemanem) to po prostu poezja.

Na zakończenie wypada powrócić do tytułowej zagadki. Odpowiedzi, niestety nie znam, ale mam właściwie pewność, wynikającą z intensywnego wpatrywania się na więcej niż jednym seansie: kiedy Kili poddawany jest zabiegom leczniczym (puryści wiedzą co mają ze sobą zrobić) i chwilę po nich, leży trzymając głowę w czymś w rodzaju wielkiej misy z orzechami włoskimi. Nie ma to żadnego uzasadnienia w fabule, po prostu tak leży. Nie spodziewam się by trzecia część wyjaśniła tę zagadkę, może ewentualnie wersja rozszerzona.

O (nie)meldowaniu Ukrainki

Życie prawnika umilane jest czasem przez intrygujące sprawy, intrygujące nietypowością sytuacji, do której próbuje się zastosować przepisy prawa co do zasady przewidziane na zupełnie inne okazji (ach, doprawdy, czemuż to nie u nas toczyła się sprawa o uznanie za wypadek przy pracy sytuacji, w której na pewną pracownicę w podróży służbowej spadła z sufitu lampa, kiedy ta w pokoju motelowym… oddawała się miłości ze swoim przyjacielem – sąd australijski ostatecznie uznał, że nie było to związane z pracą i odszkodowanie się nie należy). Niemniej i u nas znajdujemy różne kwiatki, które od niedawna stara się zbierać i propagować na Facebooku fanpage Orzeczenia Sądu Najwyższego, o których nie miałeś pojęcia

Ostatnio przypomniał stare, lecz niezmiennie urzekające orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z początków jego działalności, dokładnie z 20 lipca 1981 roku:

Żona, której mąż utrzymuje stosunki intymne z pomocą domową zameldowaną i zatrudnioną u osoby trzeciej, nie jest legitymowana do wniesienia skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego na decyzje w sprawie ustalenia charakteru pobytu pomocy domowej u osoby trzeciej, ze względu na brak po jej stronie interesu prawnego lub obowiązku, które stanowiłyby legitymację materialnoprawną będącą podstawą legitymacji procesowej w świetle art. 28 Kpa.  

Zasadniczo jednak do napisania tej notki skłonił mnie zamieszczony na rzeczonym fanpage’u pod tym orzeczeniem komentarz pewnego młodego człowieka (studenta prawa o ile się nie mylę), który stwierdził, że zapewne będąca cichą bohaterką orzeczenia pomoc domowa była Ukrainką, i zupełnie nie rozumiał, jakie znaczenie ma czas wydania orzeczenia. Skłonił mnie do nieuchronnych myśli o przemijaniu – my (autor i jego pokolenie, bo nie same Zapiski) pamiętamy, jak wyglądały realia roku 1980, kiedy to obowiązek meldunkowy był rygorystycznie egzekwowany, a jego niedopełnienie groziło grzywną. W tamtym czasie Ukrainki nie przyjeżdżały pokątnie sprzątać po domach i być bohaterkami żartów Figurskiego, ponieważ wydostanie się przez nie ze Związku Radzieckiego graniczyło z cudem, a o nielegalnym uciekaniu przez granicę, żeby popracować w sąsiednim kraju demokracji ludowej, nikt nawet nie myślał, bo mogło się to skończyć bardzo niemile (obozem dla uciekającego, i zapewne też jakimś wyrokiem dla zatrudniającego, w tamtych czasach prawa nie praktykowałem, więc z pamięci nie powiem, a sprawdzać mi się nie chce). Bieżące pokolenie nie ma już o tym pojęcia, następnemu tym bardziej nie przyjdzie to do głowy…

O poddawaniu się (lub nie)

Piątek. Hard Week’s Friday. Pora na coś luźniejszego.

Symbolem poddawania się jest biała flaga. Taka jak w tytule piosenki Dido. Choć z tekstu wynika, że ona akurat nie wywiesi białej flagi. Ale za to tak melodyjnie dźwięczy, w sam raz na piątkowy wieczór.

Inny specjalista od białej flagi… nie jest równie mniamuśny, ale nie można usnąć za wcześnie. Gdy byłem młodszy, nie zbliżałem się do tego utworu na kilometr (może kiedyś napiszę o tym szerszą i bardziej ogólną notkę), trzeba było dorosnąć żeby zacząć doceniać. W każdym razie Ciechowski sam z siebie również białą flagą machać nie zamierza, za to co wyprawia z klawiszami… zatruwa głowę moją tą walącowklawiszesolówką. I znów

Ale ponieważ jest piątek, a piątek jest od wyciszenia, to tym razem message od Kasi i Piotrusia będzie jasny, jednoznaczny, spokojny i przyjemny, bez machania flagami. Nie poddawajcie się (no chyba że chodzi o poddanie się czemuś przyjemnemu, jak rozleniwienie przy kieliszku wina).