Dziewczynki ze starszej klasy

Włączyłem sobie dziś pod wieczór (a może to jeszcze popołudnie było) transmisję z finału Ligi Mistrzów. Jeśli ktoś się w tym momencie zaniepokoił, wyjaśniam: Ligi Mistrzów pań (czyli Ligi Mistrzyń po prawdzie). Raz, że wypada docenić ten najważniejszy chyba mecz w klubowej piłce kobiecej, a dwa… że miała w nim wystąpić Polka, broniąca bramki Paris Saint-Germain Katarzyna Kietrzynek.

Od samego początku meczu paryżanki znalazły się pod ostrym naporem rywalek z Frankfurtu. Zawodniczki niemieckiego klubu wydawały się większe, szybsze i silniejsze, doprawdy miało się wrażenie, że to młodsza klasa gra ze starszą. Mówiąc szczerze… nie tylko ta różnica siły uzasadniała taki wniosek, kiedy przypominałem sobie wczorajszy mecz w Madrycie, to porównanie parametrów fizycznych gry również nasuwało taki wniosek. Choć na pewno bardziej elegancko byłoby napisać, że gra pań sprawiała wrażenie dość… retro, takie powiedzmy lata 70-te, z dużą ilością prowadzenia piłki, podaniami wzdłuż niż wszerz raczej (zwłaszcza paryżanki), niestety także do tyłu, bo był to główny sposób uwalniania się spod pressingu (to jeden z nielicznych bardziej współczesnych elementów). Ale niektóre strzały, nie ukrywam, zacne, w tym dwa pierwsze gole strzelone główką (po jednym dla każdej ze stron).

Polka w tym meczu wyrastała na czołową zawodniczkę przynajmniej w swojej drużynie, błędów nie zapamiętałem. Nie miała jednak powodów do radości, gdyż w doliczonym czasie gry koleżanki z obrony zostawiły w zamieszaniu miejsce na środku pola karnego, a tam niemiecka zawodniczka z rodzinnymi tradycjami (jej dziadek był mistrzem Niemiec i zdobywcą Pucharu Niemiec) kopnęła piłkę z fałsza (nie nazwałbym tego genialnym technicznie uderzeniem), wystarczyło na przerzucenie piłki na rywalkami i obok zasłoniętej bramkarki (tak, jestem zmanierowany po tym jak Messi lobował Neuera). 

Robert Lewandowski nie jest geniuszem

Żeby być geniuszem, to trzeba się z tym urodzić. Oczywiście, później do wrodzonego geniuszu trzeba dołożyć pracę i szczęście, które zdecydują o tym czy się będzie raczej Messim czy Zlatanem. Bez geniuszu można jednak zostać gwiazdą, a nawet zawodnikiem wybitnym, nigdy na przykład nie uważałem Cristiano Ronaldo za geniusza, nic nie ujmując jego dynamice, technice i umiejętności znalezienia się we właściwym miejscu, ale jest on raczej przykładem zawodnika perfekcyjnie wytrenowanego niż naturalnie genialnego.

Lewandowski się z geniuszem nie urodził, więc go nie osiągnie – ale geniusz mu niepotrzebny. Lewandowski nieustannie się uczy i rozwija, w swojej grze błyszczy inteligencją, od dawna powtarzam, że jest marnowaniem jego potencjału schematyczne stawianie go na szpicy; wystarczy popatrzeć jak gra dwójkowo z Muellerem, dlatego tak się ucieszyłem że w reprezentacji pojawił się Milik. Nie będzie mieć Lewandowski genialnego dryblingu, posadzenie na ziemi Mascherano było efektowne, ale dalece bardziej efektowny był strzał sprawiający wrażenie wykonywania karnego, tyle że z siedemnastu metrów, za to arcyprecyzyjnie przy słupku; obrońcy dobrze wiedzą, że genialny czy nie, trzeba mu poświęcić wyjątkowo dużo uwagi.

Nie jest Lewandowski geniuszem, nie był i nie będzie. Dlatego sam jeden reprezentacji nie zbawi, ale jeśli mu pomóc wycisnąć to co najlepsze, to powinno wystarczyć.

Zmiana konstytucji

Dziś ściągawka.

Procedura zmiany konstytucji jest uregulowana w art. 235 konstytucji. Zgodnie z tym artykułem, do wniesienia projektu zmiany konstytucji uprawnione są trzy podmioty*:
1/ prezydent,
2/ senat
3/ grupa 1/5 posłów.
Nie ma możliwości wniesienia projektu konstytucji w formie projektu obywatelskiego czy wyniku zwykłego referendum (które, tak na marginesie,  zarządza sejm – albo prezydent za zgodą senatu).

Po złożeniu przez podmiot uprawniony projektu ustawy o zmianie konstytucji, podlega on w sejmie procedurze ustawodawczej. Pierwsze czytanie takiego projektu ustawy odbywa się nie wcześniej niż po 30 dniach od jego wpływu (w niektórych przypadkach nawet po 60 dniach, ale nie dotyczy to procedur wyborczych). W procesie legislacyjnym sejm może wprowadzać poprawki do projektu (zarówno techniczne jak i merytoryczne), a więc przedstawić go do uchwalenia w zmienionym kształcie (kto nie wierzy, niech porówna sobie pierwotny projekt „leśnej” zmiany konstytucji z ostatecznie głosowanym). Do uchwalenia ustawy o zmianie o konstytucji niezbędna jest większość 2/3 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. 

Ewentualnie uchwalony przez sejm projekt zmiany przedstawia się senatowi, który musi go uchwalić w tym samym brzmieniu w ciągu 60 dni (inaczej zmiana upada).

W niektórych przypadkach (ale nie obejmuje to procedur wyborczych) możliwe jest także złożenie przez podmiot uprawniony do wniesienia projektu zmiany konstytucji wniosku o przeprowadzenie referendum zatwierdzającego. Wniosek taki składa się w terminie 45 dni od uchwalenia zmiany konstytucji przez senat, referendum powinno się odbyć w terminie 60 dni od złożenia wniosku. Zmiana nie dochodzi do skutku, jeśli nie uzyska większości w referendum. 

Przyjętą zmianę konstytucji prezydent podpisuje w ciągu 21 dni i kieruje do ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Jak widać, prezydent ma w sumie niewielki wpływ na to czy i jaka zmiana konstytucji zostanie uchwalona. 

*określenie „podmiot” mi się nie podoba, ale nawet konstytucja tak to określa

Rodzinne komplikacje na Maxa

Zacznę od zwalania na innych: odpowiedzialność za tę notkę częściowo ponosi kolega Stradovius, który w kolejnym odcinku swojej relacji z rowerowej podróży dookoła Polski napomknął, że odwiedzał pałac w Smolnicy (taka wieś nominalnie na Pomorzu Zachodnim, prawie nad Odrą, w mordobijskim… w myśliborskim powiecie), i że pałac należał do rodziny von Sydow. Nie mogłem się oprzeć, żeby nie zażartować, czy to ma jakiś związek z Maxem von Sydow – a potem nie mogłem się oprzeć, żeby nie sprawdzić samemu.

Zacząłem, a jakże, od Cioci Wiki. Ta od razu zasugerowała, że to dobry trop, bo ponoć rodzina von Sydow ma korzenie niemiecko-pomorskie (sprawdzałem w wersji angielskiej i niemieckiej). Z kolei polska wikistrona o wsi Smolnica podawała dość precyzyjne dane o urodzinach niektórych z właścicieli z rodu von Sydow (wieś należała do nich w latach 1832-1909), ale nic nie wyjaśniała w kwestii szwedzkiej odnogi. Z kolei ojciec Maxa urodził się w Szwecji już w roku 1878…

Przyszła pora na Wujka Gugla. Ten dziwnymi drogami doprowadził mnie do serwisu geni.com, który – jeśli dane w nim są wiarygodne – przekonuje, że przodkowie Maxa są w Szwecji solidnie zakorzenieni (wtręt o wiarygodności jest niestety niezbędny, gdyż porównując dane doszedłem do wniosku, że brakuje w nim np. szczegółowych danych o smolnickich von Sydowach, które są w polskiej Wikipedii). Według tego serwisu któryś pra-pra-Sydow imieniem Christian Fredrik przybył do Szwecji z drugiego brzegu Bałtyku i ożenił się z niejaką Christine Wahlsten w roku pańskim 1742, zatem niewiele miał wspólnego z pałacem w Smolnicy. Co natomiast ciekawe – Christian Fredrik von Sydow urodził się w Pommern, ale nie oznacza to niemieckiej nazwy Pomorza, tylko wieś nad Mozelą… Czyżby więc zachodził rozkoszny przypadek false frienda?

Pomorskości (polskości?) Maxa von Sydowa na razie nie wykazaliśmy, ale mamy za to inną zdobycz. Skupiliśmy się na mieczu, a tymczasem po kądzieli – jak twierdzi link na wiki – jest on potomkiem ni mniej, ni więcej, tylko… Karola Wielkiego. Możecie wierzyć albo nie, i cenić Maxa po prostu za występy w filmach, jako i ja wolę.

Jak cichociemny

Kupiłem dziś kosiarkę ogrodową (stara w zeszłym roku zgłosiła wolę odejścia na emeryturę, powiedzmy). Przywiozłem ją do domu, „fabrycznie” zaklejoną. Poskładałem ją w garażu, podczepiłem do kabla, wyjechałem do ogródka. Zacząłem kosić, bo gdzieniegdzie było już wysoko i gęsto. 

Przejechałem jeden fragment, wyniosłem skoszoną trawę do wora tuż za płotem. Przejechałem drugi fragment, odległość do śmietnika była porównywalna. Przejechałem trzeci, uznałem że w zasadzie to co było pilne to jest zrobione, zacząłem sprzątać. Starannie wytrzepałem drobiny z pojemnika, postanowiłem oczyścić też kosiarkę ze ścinków. Wytarłem boki, spojrzałem na pokrywę silnika, zacząłem wygarniać z zagłębienia.

W zagłębieniu koło pokrywy silnika siedział, zamknięty w skorupce, ślimak. Nie wystawił rogów, ale muszla nie wyglądała na uszkodzoną. Do tej pory nie wiem jak i kiedy dał radę się tam dostać. 

Nie matura lecz kawałek papiera zrobi z ciebie…

Wiedza nieużywana rdzewieje, a może nawet zanika (można to potraktować jako dalej idącą lub szybciej przebiegającą reakcję). Matematyki (oprócz arytmetyki) nie używam właściwie od matury, więc nawet w przypadku absolwenta matfizu może to oznaczać problemy z twierdzeniami, wzorami, a nawet zwyczajnie matematycznym podejściem do problemu. 

Przeczytałem dziś o lamentach nad trudnością rozszerzonej matury z matematyki (eh, ja miałem tylko dodatkowe zadanie na szóstkę). Zaciekawiły mnie i wyczekałem moment, w którym w sieci pojawiły się arkusze zadań, zacząłem oglądać. Z pierwszych kilku zadań jedno wymagało właściwie jedynie zdrowego rozsądku, dwa także odrobiny liczenia… Zamyśliłem się przy zadaniu numer pięć: krótki namysł prowadził do wniosku, że właściwie chodzi o policzenie wysokości trójkąta prostokątnego – i wtedy sobie uświadomiłem, że nie pamiętam żadnego wzoru.

Wyszukiwarka szybko pomogła znaleźć wzór prosty i elegancki, ale nie czułem się usatysfakcjonowany (był wyprowadzany ze sposobu obliczania pola). Z kartką i długopisem zacząłem szarpać od strony twierdzenia Pitagorasa, potem trygonometrycznie, gdy wreszcie nastąpiło eureka! Przecież trójkąty powstałe w wyniku poprowadzenia wysokości są podobne do trójkąta wyjściowego. Ale prawdę mówiąc, o podobieństwie zawsze zapominałem. Nawet na własnej maturze.

O dalszych zadaniach już nic nie powiem, bo wymagały więcej czasu niż miałem, ale jednak ktoś kto miał to na bieżąco, powinien był sobie z tym radzić. 

Szach i mat, już pan nas nie strolluje

Wspominałem niedawno, że dzwoniła do mnie telesprzedawca prądu, a ja słuchałem jej półuchem i już po zakończeniu rozmowy zacząłem się zastanawiać, co by było gdybym tak zażądał nagrania naszej rozmowy. 

Wczoraj przyszła koperta od firmy energetycznej, dość gruba (wolałbym żeby to były banknoty…). Wyciągnąłem stertę papierów zawierającą umowę,cennik, ogólne warunki, regulaminy usług dodatkowych (masa makulatury)… Była też kartka zawierająca „Ważne informacje”, ta najbardziej zachęcała do czytania. Zerknąłem i…szczęka mi opadła.

Nagranie rozmowy potwierdzającej zawarcie umowy może zostać udostępnione na państwa prośbę w formacie mp3 na podany adres korespondencyjny (w formie CD) lub e-mail (w formie pliku mp3)

A więc moja prośba byłaby im zwyczajnie niestraszna.

O wyborach by pora

Nie wiem, czy wiecie, ale mamy wybory jakoś tak za niedługo. Być może nie zauważyliście (szczęśliwcy!). W każdym razie będą, mamy względnie proste zadanie, wybrać Tę Jedną Najważniejszą Osobę (W Państwie), już chciałem napisać że Tego Najważniejszego, ale w tym roku to nie uchodzi.

Wybór mamy… w dolnej strefie stanów średnich, powiedzmy. Mamy zasadniczo dwóch kandydatów, kandydata Zielonych i kandydata Niebieskich, powiedzieć o nich, że nie są interesujący, to uprzejmy eufemizm. Ich, ekhm, kontrkandydaci, nie zachęcają nawet dla hecy, dla kogo interesujący jest dwoje kandydatów zjednoczonej lewicy (a mogło być czworo…) specjalizujących się w pomaganiu przedsiębiorcom, jakieś buraki ultraprawicowe i kandydat ludowców mało znany poza własną oborą, przepraszam jeśli kogoś pominąłem. Spośród czołowej dwójki.. kandydat Niebieskich ma tylko jedną właściwie przewagę nad kandydatem Zielonych: zdecydowanie nie chciałbym po jesiennych wyborach obudzić się w kraju, w którym Zieloni kontrolują i parlament, i pałac prezydencki (pozostałe konfiguracje przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza), a szanse Zielonych na jesieni widzę większe niż teraz.

Problem polega jednak na tym, że czuję w sobie obowiązek, zwłaszcza że dziecku własnemu się wbija do głowy że taki obowiązek odpowiedzialnego człowieka istnieje. Pójść więc pójdę (poza tym i tak nie wybieram się na żadną majówkę, jak jest wyścig o Grand Prix Hiszpanii), tylko komu dać kreskę? Rozważam to w następujących wariantach:
– gdyby kandydat Zielonych miał szansę wygrać w pierwszej turze, to trzeba będzie (z niechęcią) zagłosować na kandydata Niebieskich, żeby zachować szanse na drugą turę; aczkolwiek na razie sondaże takiego zagrożenia nie przewidują,
– gdyby kandydat Niebieskich miał szansę wygrać w pierwszej turze, to miałoby sens zagłosować na niego od razu, żeby oszczędzić sobie dalszego ciągu tej szopki, obywatelom nerwów, a budżetowi pieniędzy na organizowanie drugiej tury; wydaje się jednak, że wielkiego prawdopodobieństwa takiego wyniku też nie ma,
– skoro zatem i tak będzie druga tura… to kogo tu wybrać? Chyba wybiorę wszystkich, albo prawie. Tak, wtedy głos będzie nieważny.

I nie zapomnę zagłosować na sarnę z krzesłem na głowie.

sarna z krzesłem na głowie Twoim kandydatem!

Człowiek człowiekowi podatnikiem

No więc dziś jest Ten Dzień: ostatni dzień składania zeznań podatkowych za rok 2014 (jak ktoś zapomniał, to jeszcze ma kilka godzin żeby wysłać poleconym, oczywiście jeśli ma w zasięgu całodobową pocztę), o szesnastej na poczcie się nie kłębiło zbytnio. Przy tej okazji w człowieku budzi się ukryta bestia, którą Steinbeck nazwał homo podatnicus – każdy się zastanawia co i jak można odliczyć od podatku (a przynajmniej dochodu), jak ktoś chce czegoś bardziej na czasie to niech sobie przypomni scenę jak Leo Getz przeglądał zeznanie podatkowe Rogera Murtaugha (wiem, to nie ta scena, ale nie chce mi się szukać właściwego filmiku). 

Nie inaczej było i ze mną. Przejrzałem wstępnie wypełnionego PIT-a… stwierdziłem, że nie przysługuje mi już ulga na internet (bo półtora roku temu nie chciało mi się załatwiać w firmie dostarczającej internet przepisania umowy na żonę). Zadzwoniłem do zaprzyjaźnionej księgowej, żeby się upewnić, że niewykorzystanej części składki zdrowotnej nie da się wliczyć w koszty ani odliczyć od dochodu. Szkolić nikogo nie szkoliłem… wiodłem tak smętnie wzrokiem po rubrykach, gdy nagle nastąpiło eureka (no, może eureczka).

W ustawie (i w zeznaniu) jest możliwość odliczenia – w określonych granicach – darowizn na cele kultu religijnego (de facto na działalność parafii, diecezji czy klasztoru). Jedynym w zasadzie warunkiem jest, żeby darowiznę przekazać za pośrednictwem rachunku bankowego (stąd odpada możliwość odliczenia kwot dawanych na tacę). Kto normalny wysyła księdzu pieniądze przelewem, powiecie? Otóż… wysyłam, bo nie chce mi się chodzić do bankomatu (którego nie mam w dzielnicy), szukać czystej koperty i wrzucać na tacę koperty z pieniędzmi (swoją drogą zastanawia mnie nieraz, co się potem robi z tymi opróżnionymi kopertami) – a przez cały zeszły rok proboszcz motywował parafian do ofiar kopertowych na spłatę generalnego remontu dachu (stary zaczynał przeciekać, a nowy ma podobno 30-letnią gwarancję). Przejrzałem szybko zeszłoroczne wyciągi, odłożyłem na bok te na konto parafii, podliczyłem, wpisałem te kilkaset złotych w odpowiednią rubrykę. Z poczuciem ulgi zapisałem zeznanie jako ostateczne.

A teraz weekend.