Jest kolor!

W sobotę pisałem, że w ogródku widzę już zielone łodyżki krokusów, czekam na kolor kwiatków. A w niedzielę bum! i kwiatki już były, łącznie ze sześć, w dwóch kolorach. Małe i na zdjęciu słabo wychodzi, więc wrzucam zeszłoroczne pierwsze, o osiem dni wcześniejsze:

pierwsze krokusy AD 2009

W tym roku śnieg nie doczekał:)

Cztery centymetry na sekundę do medalu

Rzeczywistość spłatała nam niesympatycznego psikusa (w wersji dosadnej: przekłuła nadęty balon oczekiwań) i Adam Małysz, mimo że w piątek wydawał się być tuż-tuż od złota, przegrał ostatecznie brązowy medal Mistrzostw Świata w Lotach o 0,4 pkt. O pół metra, mówią wszyscy, o jedną ciut lepszą notę sędziowską (ech, ten telemark oceniany z niewłaściwej strony..), o.. I właśnie. Mistrzostwa były rozgrywane z uwzględnieniem czynnika wiatru (wind factor), polegającego na tym, że podczas skoku wykonuje się bliżej nieznaną liczbę pomiarów siły wiatru, których wyniki przy pomocy wzorów wyższej matematyki (bliższe dane są chronione lepiej, niż tajemnice IPN) przelicza się na uśredniony pomiar wiatru (tangential wind speed). Przelicznik tego wiatru na punkty zależy od poszczególnych skoczni – w każdym razie zasada jest prosta: wiatr pod narty to minus, wiatr w plecy to plus. W Planicy – sądząc po oficjalnych wynikach (PDF) – jeden m/s wiatru był przeliczany na około 10,8 pkt. Czyli 0,4 pkt odpowiada mniej więcej wiatrowi 0,04 m/s, czyli 4 cm/s.

Zadaję sobie pytanie: jaki jest sens wyliczania „czynnika wiatru”, jeżeli w decydującym momencie wpływ tego czynnika na wyniki daje efekty przypadkowe? Bo żaden skoczek nie jest w stanie przewidzieć, jaka wyjdzie mu uśredniona prędkość wiatru, i jak mu się to przełoży na wynik. A jeżeli przy dwóch równo skaczących zawodnikach (takich jak Ammann i Małysz w piątek), przy niewiele rózniących się notach, o wyniku końcowym zadecyduje absolutnie nieodczuwalne kilka centymetrów na sekundę siły wiatru w tą czy tamtą stronę? Idea „oddania sprawiedliwości” zawodnikom, którzy skaczą przy zupełnie innym wietrze, niż ich rywale (czym innym jest 1,2 m/s pod narty, a czym innym jest 1,5 m/s w plecy), była może i słuszna, ale to aptekarskie mierzenie wiatru i przeliczanie setnych metra na sekundę na dziesiąte punktu, staje się karykaturą tej idei. A już pomijam zupełnie, że przy zmiennym wietrze w ciągu skoku (inny wiatr na progu, inny na dole), średnia niczego mądrego nie powie, czego przykładem zdaje się być pierwszy skok Małysza w Oslo – gdzie przydusiło go na progu, po czym komputer radośnie pokazał wyliczony „fantastyczny” wiatr pod narty.

Aha, i żeby nie było wątpliwości: nie obwiniam nowego systemu za porażkę Adama. Gdyby w Planicy nie stosowano przeliczania siły wiatru (ograniczając się do systemu punktów za zmianę belki), to Jacobsen wyprzedziłby Małysza nie o 0,4 pkt, lecz o 4 pkt [aczkolwiek w decydującym skoku Małyszowi więcej odjęto]. A w „gołych metrach” strata byłaby jeszcze wyraźniejsza. Zadecydowały słabsze sobotnie skoki, przy czym z mojego punktu widzenia, [w drugim skoku] Małysz miał pecha i wpadł w jakąś dziurę powietrzną w drugiej fazie lotu (było widać wahnięcie, po którym stracił wysokość). Cóż, Pani Fortuna mu w tym roku nie sprzyjała. Ale i tak jest Wielki:)

Powiało wiosną

Od paru dni jest tak ciepło, że można nie wyjmować z szafy ciepłej kurtki. Patrzyłem dzisiaj, jak ożywił się świat na zewnątrz: jedni zabrali się za mycie samochodów (w tym ja), inni zabrali się za porządki w ogródkach, włącznie z odnawianiem trawników (z tym się wstrzymuję, aż mi się tor saneczkowy do reszty rozbierze), i inne porządki pozimowe. Masa spacerowiczów, dzieciaki pół dnia na dworze, że nawet nie wspomnę co zwierzęta wyczyniają (choć te, prawdę mówiąc, na ocieplenie nie czekały). Nic tylko krokusów patrzeć (na razie widzę zielone, na kolorowe czekam).

Wiosna, panie sierżancie!:)

Paraolimpijskie refleksje gigantowe

Tym razem zerknąłem na rozgrywane na Igrzyskach Paraolimpijskich zawody w slalomie gigancie, niewidzących i niedowidzących (visually impaired). Podobnie jak w biathlonie, jechali za przewodnikiem. W pewnej chwili zaczęła się psuć pogoda, padał deszcz ze śniegiem, robiła się mgła – widoczność była coraz bardziej ograniczona, jeden z zawodników nawet zrzucił gogle. Tak sobie pomyślałem, że im być może ta zła widoczność przeszkadza mniej, niż dobrze widzącym.

Jechało co najmniej dwu całkiem niewidzących (tylu dostrzegłem). Obaj wpadli na tyczki. Szkoda.

Patrząc na tempo jazdy tych niedowidzących, zastanawiałem się, czy – z moimi mizernymi umiejętnościami i całkowitym brakiem treningu – byłbym w stanie zjechać tak szybko jak oni? (nawet jeżeli różnice czasowe między najlepszymi a najgorszymi wynosiły w jednym przejeździe ze 3 minuty)

Oj, spamerzy, spamerzy..

Dostałem dzisiaj maila. Firma Pfizer dba o moje zdrowie i tworzy nowe leki przeciw najpoważniejszym światowym chorobom. Dlatego oferuje mi promocyjną, wieloprocentową (do 84%! ja takich mocnych rzeczy nie piję!) zniżkę na swoje towary. Żebym lepiej docenił, jak dobrze na mnie wpłynie zakup tych towarów, dostałem zdjęcie poglądowe:

viagra cialis carbo medicinalis

Żeby akcja była skuteczniejsza, promocja jest prowadzona wspólnie ze Starwood Hotels & Resorts (Meridien, Westin, Sheraton..). Przynajmniej tak rozumiem z faktu, że podpisują się na przemian. W sumie widzę pewien związek.

No dobra: oczywiście każdy z Was dostał już dziesiątki takich spamerskich maili (dokładna ilość zależy od skuteczności filtrów). I naprawdę nie zawracałbym nikomu głowy, gdyby ten mail nie został przez spamera zaadresowany do mnie – ode mnie. Z tego samego adresu:)

Arka Noego

Czytam na portalu informację, że wg najnowszych danych rośnie tempo wzrostu stężenia CO2 w atmosferze (co mój mózg niemal podświadomie wiąże z informacją, że styczeń tego roku był jednym z najcieplejszych miesięcy w historii, wg satelitarnych pomiarów troposfery, a luty nie gorzej – szerzej tu). Zerkam na „dyskusję” pod tekstem i  widzę dość jednolity front „za oknem zimno, zaś ekologiczni wyłudzacze”. I nagle coś mi zaczyna w duszy grać.

Utwór pisany z zupełnie inną myślą, być może nabiera aktualności (gdyby trzymać się tematu pierwszego akapitu, trzeba byłoby odesłać do filmu „Pojutrze” i ewentualnych podobnych). Napisany na przekór szerokim odczuciom w konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, ale w swej wymowie uniwersalny. Bo każdy może powtórzyć:

Muszę taką łódź zbudować
By w niej całe życie zmieścić
Nikt nie wierzy w moje słowa
Wszyscy mają ważne wieści

Jacek Kaczmarski chyba nigdy nie pisał pod publiczkę. Co najwyżej jego piosenki tak oswajano, żeby stawały się tym, czego od nich oczekiwano, dyskretnie przemilczając to, co nie pasuje.

Nie wiem, co przyniesie nam przyszłość, czy potop nadciągnie, susza, czy lodowiec. Ale zagrajmy, mrucząc za innym klasykiem „róbmy swoje”

Budujcie Arkę przed potopem
Krzyczy ten co się przedtem śmiał!

 

Przyczyny i skutki, czyli Hispania Racing Team prezentuje

Niezmiernie interesujące były wypowiedzi przedstawicieli debiutującego w cyklu F1 zespołu Hispania Racing Team po Grand Prix Bahrajnu:

Kierowca Karun Chandhok (debiutant w F1), po wycofaniu się na pierwszym okrążeniu: „Sorry, to było moje piąte okrążenie na tym torze. (..) nie miałem doświadczenia w tej części toru, bo przejechałem tylko cztery mierzone okrążenia w ciągu weekendu. (..) nie znałem tej części toru.”

Colin Kolles, szef zespołu: „Jestem zadowolony. (..)[Chandhok] nie mógł wiedzieć o wybrzuszeniu, bo przejechał za mało mil, i nie doświadczył, że wybrzuszenie było tam, gdzie było na jego drodze. Pojedziemy do domu z mnóstwem użytecznych informacji”

Bruno Senna (też debiutant rozmieniający na razie na drobne nazwisko wuja, choć do czasu awarii na 17 okrążeniu jechał lepiej niż się zapowiadało wcześniej) stwierdził zaś oczywistą oczywistość: „To ulga być w wyścigu przez tak wiele okrążeń”.

Biorąc pod uwagę, że zespół z trudem przygotował samochód dla Chandhoka na kwalifikacje (w ciągu trzech sesji treningowych samochód był cały czas wyłącznie w rękach mechaników) to można sobie właściwie zadać pytanie: a po co? Pozostaje nadzieja, że do GP Australii na tyle uda im się wreszcie poskładać samochody, że treningi zaczną wykorzystywać do testów. Przynajmniej te sobotnie, albowiem zgodnie z regulaminem FIA, jeżeli samochód wyjedzie na tor w sobotę (na trening lub kwalifikacje), to może wystartować w wyścigu; jeśli się zepsuje/uszkodzi w piątek, to nocka z głowy, żeby w ogóle móc wystartować.

 

Biathlon na ślepo

Nie, to nie będzie zjadliwy komentarz do występów polskich reprezentantów (nie spisali się ostatnio aż tak źle, żeby zasłużyć na takie epitety). Włączyłem w sobotę na Eurosporcie transmisję z Igrzysk w Vancouver – nie, nie powtórkę, tylko transmisję z Igrzysk Paraolimpijskich. Akurat nadawano transmisję z biathlonu. Nie jestem specjalistą od sportu niepełnosprawnych, więc nie do końca wiedziałem, jakich uczestników się spodziewać – na wózkach, upośledzonych umysłowo, bez ręki.. Poczułem się jednak mocno zaskoczony, kiedy okazało się, że to konkurencja dla niewidzących i niedowidzących.

No właśnie. Biathlon to bieg – i strzelanie. W biegu każdy z zawodników miał swojego przewodnika, biegnącego przed nim na nartach (przeszła mi przez głowę luźna myśl, że przewodnik może „podciągać” swojego podopiecznego, dyktując mu odpowiednie tempo), ale strzelanie? Czekałem niecierpliwie do strzelnicy. Zawodnicy zajmowali tradycyjne pozycje strzeleckie, ale na uszach mieli wielkie słuchawki. Celowali przy pomocy systemu dźwiękowego, informującego ich o namierzeniu celu. Niektórzy trafiali w ten sposób nawet 10 na 10. No proszę.

Ciekawe jak wypadliby w tej konkurencji „prawdziwi” biathloniści, gdyby zawiązać im oczy.

Dwa lata jak dla brata (i pięć setek)

No i stało się: upłynął kolejny, drugi (jakże ważny) rok istnienia bloga! Ostatnio często nachodzi mnie myśl, że nie mam czasu na blogowanie, ale wciąż ją zwalczam, więc póki co blog będzie działał. Tym bardziej, że służy (nadal) do notowania rozmaitych rzeczy – jest na nim (nadal) miejsce i na drobne ciekawostki, i na doraźne komentarze do rzeczywistości, i na swobodne rozważania, i na sierioznie wyglądające opracowania (przy tych ostatnich najbardziej się trzeba napracować, więc na nich blog by nie pożył, ale wszak to zapiski tylko kiepsko uczesane). A i tak wiele pomysłów na notki (ze wszystkich kategorii) popada w zapomnienie, bo albo jestem z daleka od komputera (czasem fizycznie blisko, ale to za mało), albo notka wymagałaby dopracowania, albo mnie co innego bardziej zajmie:) W każdym razie skutecznie wyleczyłem się z pomysłów na dzielenie bloga na części tematyczne – z perspektywy czasu oceniam ten zamysł jako podszyty chęcią silniejszego promowania poszczególnych „kategorii”. A pies trącał jakiekolwiek promowanie, wszystkich którzy tu zaglądają regularnie, zawsze witam serdecznie (choć nie chlebem, solą czy indywidualnym słowem powitania) , a czy liczba odwiedzających się zwiększy – to nie jest ważne. Ze statystyk wynika zresztą, że najczęściej zaglądają tu ludzie szukający bliżej niezidentyfikowanych zdjęć (nawet Google Analytics nie potrafi powiedzieć jakich, choćby szukający trafili poprzez Google), z których naprawdę niewielu zostaje choćby na chwilę.

A przy okazji dzisiejszej rocznicy udało mi się tak wycelować, że notka urodzinowa jest jednocześnie jubileuszową pięćsetną notką na blogu. Warto było pocelować, bo przy aktualnym tempie pisania następna jubileuszowa notka powstanie gdzieś za dwa lata:) Doprawdy, ideałem jubileuszowania byłoby, gdyby jeszcze liczba komentarzy na urodziny osiągnęła równe 500 – niestety, zabrakło dokładnie czternastu (nie żebym Wam coś sugerował, ale blog nie obraziłby się, gdybyście to nadgonili:)).

No to idę świętować przy Piratach z Karaibów – którzy będą jednak tylko sposobem zabicia czasu przez kolejnym odcinkiem FlashForwarda na AXN (tak, jednak oglądam, pomimo debilnej przerwy na parę miesięcy).

Albedo białych dachów

O ile mi coś wiadomo o historii Ziemi i klimatu na Ziemi, znaczącą rolę we wcześniejszych zmianach klimatu odgrywało pojawienie się tu i ówdzie lodowców. Kiedy bowiem śnieg i lód zaczynały tworzyć zwarte białe plamy, zwiększało się albedo ziemskie, czyli zdolność odbijania promieni słonecznych. Im więcej zaś Ziemia promieni słonecznych odbijała, tym lepsze się tworzyły warunki dla rozwoju lodowców i po trosze klimat się dalej ochładzał w mechanizmie samonapędzającym, aż do zlodowaceń (w dużym uproszczeniu, oczywiście).

Dzisiejsze zmiany klimatyczne przebiegają raczej w kierunku odwrotnym. Mnie osobiście (pomijając wszelkie argumenty z badań naukowych, z którymi w szczegółach się nie zapoznam, a gdybym się nawet zapoznał, to i tak nie mam pewności czym bym zrozumiał – tak przynajmniej wnioskuję studiując wypowiedzi na Doskonale Szarem) najmocniej przekonują informacje o tempie cofania się lodowców – czy to w Andach, czy to w Alpach, czy to wreszcie na Grenlandii (przeczytane kiedyś u Crichtona informacje o utrzymywaniu się ich zasięgu były, hmm, nieco selektywne). Zwłaszcza w przypadku lodowców andyjskich (czytałem o tym w National Geographic, polska wersja z sierpnia 2007 nie jest zdaje się dostępna w sieci) topnienie lodowców stale przyspiesza właśnie dlatego, że cofając się, odsłaniają w miejsce białego lodu czarne kamienie, które miast odbijać ciepło, absorbują je i oddając później wzmagają procesy topnienia. Albedo zatem maleje.

Czy to dobrze, czy źle – trudno powiedzieć (są oczywiście naukowe prognozy, ale obarczone na tyle dużą niepewnością, że właściwie nie wiemy, co się zdarzyć może). Wywołuje to we mnie jednak pewien niepokój, i stąd każdą zimową porą z uśmiechem patrzę na padający śnieg – nie mogąc uwolnić się od nachalnej myśli, że dzięki choćby centymetrowej pokrywie śnieżnej, albedo ziemskie choćby minimalnie rośnie, przeciwdziałając w ten sposób (nieprzesadnie, oczywiście) procesom ocieplenia.

Kiedy jednak kilka dni temu zażywając spaceru południowego obserwowałem, jak marcowe słońce pomimo mrozu metodycznie roztapia cienką warstewkę nocnego śniegu, pomyślałem sobie, że taki mały śnieg o tej porze się nie utrzyma. I wtedy myśl błysnęła – a gdyby tak nasz świat bardziej zabielić? Gdyby tak zamiast dachów czerwonych, brązowych i szarych (w niektórych miastach to jedyne akceptowalne kolory dachów w myśl miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego) dachy były białe? Lub przynajmniej z mocno odbijającej, błyszczącej blachy (to już łatwiej spotkać i wykonać)? Wyobrażam sobie widok z lotu ptaka, jak wielkie skupiska domów jaśnieją i błyszczą. Nie, nie mam złudzeń, że zaraz znacząco wpłynęłoby to na poprawę albedo, ale czyż wiele małych kroków nie da w sumie efektu podobnego, jak kilka wielkich kroków? Cóż. Na moim dachu póki co leży brązowa papa, i do wymiany mi się nie pali.. A za oknem tymczasem sypie śnieżek, drobny lecz chyba wcale niekoniecznie ostatni tej zimy. Niech poprawia albedo, póki może.