Ślązak Śląskowi oko wykole

Nie chce mi się zbytnio zastanawiać, kto jest dzisiaj najbardziej znaczącym śląskim piłkarzem – czy liczyć słabiutko kojarzonego ze Śląskiem Piszczka, czy wciąż trzymającego się śląskiej ziemi Piecha, czy odchodzącego w zapomnienie Jelenia. Artur Sobiech, Ślązak z Rudy Śląskiej, zasłynął jako bohater chyba najgłośniejszych śląskich transferów ostatnich lat – najpierw z Ruchu do Warszawy, potem do Bundesligi, choć trudno mówić, żeby był w tej chwili wielką gwiazdą śląskiego futbolu, nawet jako rezerwowy reprezentacji Polski i niemieckiego uczestnika Ligi Europejskiej. 

Wczoraj Artur Sobiech wziął i dobił Śląsk Wrocław strzelając mu dwa ostatnie gole. Rzecz jasna o niczym one już nie przesądzały, bez nich wielkie hanowerskie lanie miałoby wymiar „ledwie” 4:8, ale wymiar symboliczny miały. Nawet jeśli wrocławski kruk już całkiem bez oczu był.

Oczywiście, można powiedzieć, że Śląsk Sobiecha od WKS-u to różne Śląski, od siebie dość odległe, ale to temat na zupełnie inne rozmowy i nawet chyba inny blog. 

Manarola

Z Manaroli mam wrażenie, że poświęciliśmy jej za mało czasu. Istotnie, byliśmy tam ledwie raz (drugi tylko obok przepływaliśmy), większość czasu spędziliśmy nad brzegiem morza, w samo miasteczko nie zagłębiliśmy się wcale (broni nas, że oznaczało to wspinaczkę do góry, podczas gdy droga nasz akurat wtedy wiodła wzdłuż morza). Było jednak już popołudnie dość zaawansowane i mieliśmy w planie przejście jeszcze przejście do Riomaggiore, tak aby planowi stało się zadość, no i żeby jednak nie wracać zbyt późno (uroki wakacji z przedszkolakiem). Niestety, widokom zapamiętanym nie dorównują widoki zarejestrowane, zwłaszcza detali mi brakuje na zdjęciach.

Manarola Cinque Terre Włochy Italia

Manarola Cinque Terre Włochy Italia

Manarola Cinque Terre Włochy Italia

Manarola Cinque Terre Włochy Italia

Google znajduje wiele zdjęć, ale pamięci na razie one nie dorównują.

Zakręt Armstronga

Na torach wyścigowych, zwłaszcza tych z tradycją, zakrętom nadaje się nazwy. Fanom F1 nie trzeba tłumaczyć, co to Rascasse, Eau Rouge czy Parabolica, wystarczy jedno słowo i każdy od razu wie o co chodzi. Czasem nazwy pochodzą – niestety – po prostu od jakiegoś sponsora, czasem od nazw lokalnych, niejeden nosi nazwisko jakiegoś wybitnego kierowcy, jak Variante Ascari czy „eska Senny”; w niektórych przypadkach jednakowoż wystarczy sam numer, jak w przypadku tureckiego Zakrętu 8. 

Na blogu znanego dziennikarza wyścigowego Jamesa Allena pod notką o nowo budowanym torze wyścigowym w Austin w Teksasie (w listopadzie ma tam zawitać Formuła 1, a dziś budowlańcy zasuwają w pocie czoła), ktoś zasugerował, że fajnie byłoby i tam ponazywać zakręty. Ktoś inny od razu zaproponował nazwę „zakręt Armstronga”. 

Ciekawe, ilu czytających tę propozycję pomyślało zgodnie z jej autorem o astronaucie Neilu Armstrongu, ilu o jakże kontrowersyjnym dziś kolarzu Lance Armstrongu (tam od razu ktoś tak pomyślał), a jeszcze ilu o jakimś innym Armstrongu, na przykład o tym. Wybitnego kierowcy o tym nazwisku w każdym razie nie kojarzę.

Seremet się ośmiesza

Bum! Prokurator Generalny z wysokości swojego stanowiska zaczął grozić palcem i wytykać błędy prokuratorom, zapowiadać postępowania dyscyplinarne i odwołania ze stanowisk. Najwyraźniej presja na obronę dobrego imienia/stołka/czegoś jeszcze robi się coraz większa. Na tyle silna, że zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę.

Przyjrzyjmy się bowiem niektórym zarzutom (na podstawie tego tekstu), patrząc z punktu widzenia prokuratora prowadzącego sprawę i podejmującego decyzje w określonym momencie. Mamy więc takie kwiatki jak:
– nie uznano, że konieczny jest osobisty  udział prokuratora w dochodzeniu – choć brak takiego udziału jest w dochodzeniu zasadą; jednocześnie nie ma zarzutu, że należało prowadzić śledztwo (w którym udział prokuratora jest zasadą), a nie dochodzenie; a zatem zarzut sprowadza się do tego, że prokuratorzy nie byli jasnowidzami (co się wdzięcznie kamufluje pod określeniem „wykazali brak wyobraźni”),
– bez determinacji niezbędnej w tej sprawie gromadzono dokumenty spółki - i znów jest to zarzut braku zdolności profetycznych, niezbędnych do ustalenia, że jest to ta sprawa, sprawa największego oszustwa dekady, a nie tylko ewentualnego prowadzenia działalności bankowej bez zezwolenia,
– z naruszeniem procedury karnej, prokurator wydał decyzję o zawieszeniu tego postępowania – postępowaniami karnymi zajmuję się sporadycznie i z daleka, ale znam w kpk przepis, zgodnie z którym postępowanie karne się zawiesza w razie wystąpienia długotrwałej przeszkody; nie zamierzam się habilitować nad teoretyczną analizą co taką przeszkodą może być, ale widziałem postanowienia „z powodu konieczności oczekiwania na opinię biegłego grafologa, której przewidywany czas sporządzenia wynosi 3 lata z uwagi na natłok spraw”; być może pan Prokurator Generalny ma zawsze jakiegoś dodatkowego biegłego na podorędziu, który opinię w dowolnej sprawie sporządzi w ciągu trzech tygodni, szeregowi prokuratorzy takiego luksusu nie mają,
– nie wykorzystał procesowo informacji o niezłożeniu przez spółkę sprawozdania finansowego za lata 2010 i 2011, co mogło naruszać ustawę o rachunkowości – zaczynamy przecierać oczy; zgodnie z ustawą o rachunkowości właśnie, sprawozdania finansowe za te lata należało złożyć najpóźniej – odpowiednio – w lipcu 2011 i lipcu 2012; zakładając nawet, że ta informacja jakoś by do prokuratora dotarła (a zupełnie nie musiała, skoro nawet sąd przyjmujący te sprawozdania nie miał czasu się nad tym bardziej pochylić), to jaki miałaby wpływ na czynności dokonywane w latach 2009-2010? wygląda to na czepialstwo dla zasady, szukanie jakiegokolwiek haka, żeby ostatecznie z litanii „znieważył, okradł, pobił, zgwałcił i nielegalnie ściągnął z sieci dwie piosenki”, mieć rację przynajmniej w zakresie w zakresie ściągnięcia piosenek.

Ale najładniejsze wciąż przed nami. Mamy więc zarzut „nie przesłuchano żadnego z klientów spółki”. Po co – to pytanie krzyczy wielkimi wołami. Po to, żeby się w roku 2010 dowiedzieć, że spółka wypłaca im pieniądze w terminie? Po to, żeby się dowiedzieć, że faktycznie wpłacili do spółki pieniądze, tak jak spółka twierdzi? Po to żeby się dowiedzieć, że zgodnie z podpisaną umową nie dostawali do ręki żadnego złota? Po to, żeby tych klientów wystraszyć? Żaden przecież z klientów nie byłby w stanie powiedzieć ani czy spółka ma zamiar kogokolwiek w przyszłości oszukać (co pozostawało poza czyjąkolwiek wtedy świadomością, może poza niejakim Marcinem z domu Stefańskim), ani w jaki sposób zarządza powierzonymi im – jako ceną za sprzedane złoto – pieniędzmi, czy przypadkiem nie obciąża ich ryzykiem (co byłoby kluczowe dla ustalenia, czy faktycznie zachodzą przesłanki ustawowe przestępstwa) bo samo gromadzenie środków bez obciążania ich ryzykiem, przestępstwem nie jest i nie zanosi się, aby miało być.

Nie, nie chodzi mi o uznanie prokuratorów za anioły bez skazy w tej sprawie, zapewne można było zrobić więcej, bardziej się przyłożyć do wykonania zaleceń sądu; zwłaszcza kwestia nadzoru jest tu mocno niejasna (aczkolwiek tu zarzuty są zaskakująco tonowane wobec prokuratorów z wyższych szczebli), ale dla mnie cała organizacja prokuratury pod względem funkcjonalnym jest mocno niejasna. Oczekiwałbym jednak, aby pan Prokurator Generalny nie robił z siebie Katona, ale jednocześnie udzielił odpowiedzi na parę innych interesujących pytań:
– ile postępowań karnych średnio w danym okresie prowadziła/nadzorowała prokurator zajmująca się sprawą Amber Gold, 
– ile postępowań karnych średnio w danym okresie nadzorował prokurator rejonowy będący przełożonym pani prokurator j/w, 
– ile postępowań karnych w poważnych sprawach gospodarczych średnio w danym okresie prokurator okręgowy nadzorujący sprawę Amber Gold,
– do jakiego czasu można rozsądnie przedłużyć dochodzenie?

Przypuszczam, że na forach prokuratorskich te pytania są stawiane, razem z dobitnymi odpowiedziami.  Prokurator Generalny albo tych odpowiedzi nie chce znać, albo udaje, że go nie dotyczą. Znacznie lepiej wychodzi ciskanie gromów na konferencjach prasowych, dziennikarze są prawie zachwyceni. 

Klub Kakasa

Był kiedyś taki dowcip:
– Kim chciałbyś zostać w życiu?
– Rezerwowym w profesjonalnej drużynie. Mało roboty, a kasa leci…

W Polsce ucieleśnieniem tej zasady był tzw. Klub Kokosa, jaki „powstał” w warszawskiej „Polonii” w roku 2010 za sprawą niejakiego Kokosińskiego, który ani nie grał, ani nie trenował, jedynie wykonywał bezsensowne ćwiczenia i pobierał w zamian całkiem przyjemną pensję. W ten sposób przetrwał około dwóch lat aż do końca kontraktu, nie zgadzając się ani na obniżenie pensji, ani na rozwiązanie umowy bez odszkodowania. Kiedy zakończył kontrakt, wydawało się, że funkcję honorowego prezesa Klubu przejmie niejaki Paweł Strąk, niegdyś ceniony ligowiec, który jednak od 2 lat nie powąchał ekstraklasowej murawy w Górniku Zabrze, i ma jeszcze całe półtora roku do końca lukratywnego (jak na polskie warunki – ponoć około 50 tysięcy złotych miesięcznie) kontraktu na grę w Młodej Ekstraklasie i B-klasie. 

Wygląda jednak na to, że jego prezesura może się ograniczać jedynie do „polskiego oddziału” Klubu. Odkąd bowiem Real Madryt zakontraktował Lukę Modricia, najdroższym rezerwowym świata może się stać niegdysiejszy zdobywca Złotej Piłki, czyli Kaka. Nie sądzę, żeby jakikolwiek inny rezerwowy w jakiejkolwiek lidze otrzymywał 9 milionów euro netto rocznie, a kontrakt w Madrycie Kaka ma jeszcze na 3 lata. Choć raczej nie będzie grywał na klepiskach najniższych lig,* więc o tyle Strąk może czuć moralną wyższość. 

*jeżeli w Hiszpanii w najniższych ligach też się klepiska zdarzają

Imperium olimpijskie

Klasyfikacja medalowa – bez względu na to, czy liczona bezwzględną liczbą medali, czy z uwzględnieniem ich koloru – często staje się dziś ważniejsza od samej idei olimpijskiej rywalizacji poszczególnych zawodników (ba, znam nawet takich, którzy uważają za naiwność myśl, że sportowy aspekt Igrzysk jest ważny). W takim ujęciu nieważni stają się Phelps, Bolt czy Azarenka, liczy się tylko, czyje będzie na wierzchu w tabeli medalowej (i czy ktokolwiek wyprzedzi USA, kiedyś Sowietskij Sojuz, teraz socjalistyczne Chiny). 

A przecież – jak to pracowicie wyliczałem co najmniej przez pierwszy tydzień Igrzysk – w tabeli medalowej Igrzysk bez cienia wątpliwości prowadzi.. Unia Europejska,:) w sumie ponad trzysta medali, złotych dwa razy tyle co Amerykanie. Hegemon taki, że właściwie inni mogą ścigać się tylko o drugie miejsce. Kiedyś, panie dziejku, było ciekawiej, kiedy potęg było więcej. Stąd też i myśl, która mi się zrodziła, żeby w czasie się nieco cofnąć (zarazem zostają w teraźniejszości). Rosja sama już nie tak silna, ale zebrane siły ZSRR znacznie więcej poważą. A przy tym – specjalnie dla gospodarzy Igrzysk – policzmy, ile to medali zdobyć mogła Brytyjska Wspólnota Narodów, jako spadkobierca Imperium Brytyjskiego? Oczywiście pojawia się problem, że pewne państwa będą występowały jednocześnie „w dwóch barwach” – zaciskając więc zęby, wliczamy państwa bałtyckie „z powrotem” do ZSRR (protesty dyplomatyczne i groźby zerwania stosunków wliczone w cenę), a Wielką Brytanię, Maltę i Cypr chwilowo z Unii wyłączamy (Brytyjczycy i tak są w Unii jak poza Unią). Żeby jednocześnie wyrównać trochę szanse, doliczymy Chinom dwie inne chińskie reprezentacje czyli Hongkong i Tajwan, a Amerykanom – Portoryko (jak o czymś zapomniałem, dajcie znać). 

I teraz głęboki oddech i spoglądamy na tabelę:

Unia Europejska: 60 złotych / 84 srebrne / 86 brązowych (razem 230 medali)
Wspólnota Brytyjska:  56 złotych / 55 srebrnych / 68 brązowych (razem 179)
Związek Radziecki: 46 złotych / 45 srebrnych / 72 brązowe (razem 163)
Stany Zjednoczone: 46 złotych / 30 srebrnych / 30 brązowych (razem 106)
Chiny Zjednoczone*: 38 złotych / 28 srebrnych / 25 brązowych (razem 91)

Skąd ta brytyjska potęga? Oczywiście gospodarze przyłożyli się bardzo mocno, w konwencjonalnej klasyfikacji zajęli przecież trzecie miejsce, ale do Wspólnoty Narodów zgłosiło się ponad 50 państw (w Igrzyskach brało udział zdaje się 204, medale zdobywało 85), w tym takie potęgi (globalne lub w wybranych dziedzinach) jak Australia, Jamajka czy Kenia, jak również wiele państw-niespodzianek (że należą lub że zdobywają medale), jak Botswana, Singapur, Uganda czy Grenada). No i tak ziarnko do ziarnka…

W ramach poszukiwań innych potęg, wzrok odruchowo pada na Koreę, która jednak nawet po papierowym zjednoczeniu ma raptem 34 medale, w tym aż 17 złotych. Rodzi się pokusa połączenia koreańskich sił z Japonią (w sumie 72 medale, w tym 24 złote), ale to dopiero byłby afront historyczny na miarę casus belli, którego łączne miejsce w rankingu niczym nie rekompensuje (bo i tak za Chińczykami). Lepiej już spojrzeć nostalgicznie na własne podwórko i pomyśleć, że Rzeczpospolita Obojga Narodów miałaby 47 medali, w tym 12 złotych.. (no i bracia Litwini lepiej by się chyba z nami czuli niż w barwach Sojuza mimo wszystko, Ukraińcy.. być może też). 

Następne Igrzyska już za cztery lata. Pardon, lada moment Igrzyska Paraolimpijskie. 

*trochę może przesadziłem z tą nazwą

Rowery i radary

Temat (nieco wakacyjny) ostatnich dni, to pomysł władz Sopotu (proszę wybaczyć, piszę niedzielnie, to nie będę sprawdzał teraz na szybko, ani który z organów jest jego autorem, ani jaki jest etap jego wdrożenia), aby na ścieżkach rowerowych, zwanych „rekreacyjnymi”, ograniczyć dozwoloną prędkość do 10 km/h (czyli prędkości mocniejszego truchtu). Wśród zwolenników tego pomysłu pojawiły się już głosy (dyskusja jest burzliwa!), że ograniczenia takie to przejaw wyższości cywilizacyjnej co najmniej. Pogoda dzisiaj taka sobie, robota nie goni, to postanowiłem szybko sprawdzić co i jak, na szybko znalezionych przykładach z Nowego Świata. 

Najbliższe proponowanej wizji skoku cywilizacyjnego jest chyba Boulder w Colorado (skądinąd mające ponoć reputację przyjaznego rowerzystom, przynajmniej wcześniej). Niecały rok temu, pojawił się tam projekt wprowadzenia ograniczenia prędkości do 8 mil na godzinę (czyli prawie 13 km/h), nie sprawdzałem, jakie były jego dalsze losy. Z kolei w nieodległym, a uważanym przez lokalnych rowerzystów za nieprzyjazne, stołecznym (na miarę stanu) Denver obowiązuje limit szybkości prawie dwa razy wyższy, bo 15 mph (czyli 24 km/h). Całkowite niemal rozpasanie wykazali cykliści w leżącym o wiele dalej na północ kanadyjskim Calgary, bo zgłosili projekt podwyższenia obowiązującego tamże limitu prędkości, wynoszącego 20 km/h. Wreszcie w dbającym o porządek i bezpieczeństwo Nowym Jorku, w zeszłym roku zlikwidowano ograniczenia prędkości w Central Parku, wynoszące 15 mph. 

Być może ktoś rozwinie bardziej te poszukiwania, a nawet wynikami się podzieli, ja nie zamierzam się na tym doktoryzować. W każdym bądź razie, nie widzę, aby takie daleko idące ograniczenia prędkości na ścieżkach były powszechne (a twierdzenie, że jazda rowerem powyżej 10 km/h przestaje być rekreacją trącą ciężką śmiesznością, raczej bym sądził, że wtedy ona rekreacją być zaczyna). Nie mogę się jednak nie przychylić do wygłoszonego w dyskusji stwierdzenia – że skoro nie ma obowiązku posiadania w rowerze prędkościomierza (a nie ma i raczej Sopot sam go wprowadzić nie jest w stanie), to nikomu nie da się udowodnić, że świadomie jechał szybciej. Czyli zakaz i tak będzie martwy. Ale być może jakieś tam punkty w jakiejś części elektoratu ktoś zbierze, bo przecież o nic innego w tym chyba nie chodzi.

Tu zajdzie zmiana

Nic wielkiego, ot małe sięgnięcie po grzebyk. Zdarzało mi się nieraz w przeszłości zastanawiać, czy eklektyzm tego bloga nie jest zbyt wielki, czy nie podzielić jego treści na osobne blogi, w tym wydzielając wszystko, co chce mi się napisać o sporcie (tak blisko jedna trzecia produkcji, wliczając notki o F1). Z różnych względów, pomysł się nie ziścił. Kiedy jednak zwrócił się do mnie sam Pavel Czado z propozycją, żebym pisał odtąd w ramach projektu śląsk.sport.pl, to było to jak reinkarnacja. No i cóż – od tej pory ci, którzy zaglądali tu dla sportu, są zapraszani w nowe miejsce (linka wrzucę, jak będzie wszystko gotowe, zresztą na pewno umieszczę go też w bocznej kolumnie), a ci którzy tu zaglądali dla wszystkiego poza sportem, odetchną z ulgą:-)

Wyjaśniając na przyszłość: notki w kategorii F1 będą się pojawiały jak dawniej (czyli od czasu do czasu), równolegle na starym i na nowym. Inne notki o sporcie.. też mogę czasem zamieszczać, ale wyłączana będzie możliwość ich komentowania. Może będę wrzucał zajawki notek, jak mi się będzie chciało. Starych notek oczywiście nie kasuję. 

Innych zmian na razie nie przewiduję.

Daltonista też człowiek

Pojechałem do sklepu kupić Rzeczy Różne. Nie spieszyło mi się, więc tu zerknąłem, tam skręciłem, ówdzie zajrzałem, powybierałem, pooglądałem… Na takie drobiazgi nawet nie zamierzałem spoglądać, ale był wystawiony na pół przejścia, patrzyło się po prostu omijając.

krzesło w kolorze czerwonym niebieskim daltonista

Oczywiście „NIEBIESKIE” to może być przecież nazwa producenta. 

Od autora

Moje pierwsze zapamiętane zetknięcia ze Sportem to jeszcze moskiewskie igrzyska olimpijskie, przejazd Kowalczyka na Artemorze, bieg Malinowskiego, skoki Kozakiewicza (gestu, mówiąc szczerze, nie zauważyłem). Pierwsze zetknięcie ze Sportem na żywo, to żużlowe mistrzostwa świata par na Stadionie Śląskim i medal duetu Plech-Jancarz (choć prawdę mówiąc, z korony widziałem ledwo co, na szczęście później była retransmisja w reżimowej TV). Pierwsze świadome przeżywanie zawodów to hiszpański Mundial, po dziś dzień pamiętam, jak jedliśmy truskawki rycząc wniebogłosy, kiedy Boniek i spółka wbijali gole Peru. A potem już jakoś poleciało.. W okresie studiów niektórzy mnie zapamiętali jako faceta z przyrośniętym do ręki egzemplarzem katowickiego „Sportu” (i nie dajcie sobie wmówić, że była w Polsce inna dobra, a na pewno jakakolwiek lepsza codzienna gazeta sportowa). 

Dziś człowiek już starszy, inne rzeczy na głowie, ale rywalizacja (czyjaś) wciąż nieodmiennie pobudza, niezależnie czy to Wielki Futbol, czy amatorka, niezależnie czy to siatkówka czy brydż, niezależnie czy oglądany na żywo, na ekranie czy śledzony w live-timingu (tak, potrafię tak oglądać biathlon, strzelectwo.. choć raczej tylko na wielkich imprezach), także przy zwykłym czytaniu dobrze napisanego tekstu (kiedyś się jeszcze w radio słuchało, ale ja ostatnio jakoś nie). No i od paru lat rozmaite emocje przelewam w formie bloga, średnio raz na tydzień, prawie ćwierć tysiąca notek się nazbierało

Namówił mnie Redaktor Paweł, żebym od teraz pisał te swoje kawałki o sporcie na oddzielnym blogu, w serwisie śląsk.sport.pl No to cóż, chcecie, to czytajcie, miło mi, nie chcecie czytać – tyz piyknie, ale pamiętajcie, że zupełnie mnie to nie rusza, dobre rady zachowajcie dla znajomych. Piszę dla siebie, o czym chcę i jak chcę, więc nie pytajcie „a dlaczego o tym nie piszesz” – odpowiedź będzie brzmiała: bo nie.