Escefau, wchodzę

Byłem intensywnie namawiany na Hazardowe Szaleństwo, czyli wzięcie udziału w zabawie Wygraj Ligę. Sława Mołojecka zwycięzcy jest nie do pozazdroszczenia. Złamałem się. Drużyna Kiepsko Uczesani wchodzi do gry!

Na początku był mały zgrzyt, bo organizatorzy nie przewidzieli opcji „wszystkie drużyny Ekstraklasy mi wiszą”. Zgrzytając zębami, wykonałem pas de coś w kierunku Rafała Steca i wybrałem identyfikację z Podbeskidziem Bielsko-Biała (co nie pozostało bez wpływu na moje dalsze wybory). A oto kadra do fryzjera (małe F):

Bramki strzeże niejaki Gikiewicz ze Śląska. Nawet nie wiedziałem do dziś wieczora, że taki tam występuje – chytry plan jest taki, że w Śląsku to on wiele nie wpuści, a nawet jeśli, to będę zwalał na drugiego Gikiewicza, który tam gra w ataku. Rezerwowy: Danowski z Podbeskidzia (a jak!), w końcu kosztuje niecałe 100 tys. euro.

W obronie gwiazdą będzie Bieniuk. To znaczy gwiazdą jest właściwie jego żona, mam nadzieję, że będzie przychodzić na mecze. Obok niego Sadlok, bo lubię (pomimo że wszyscy próbowali go na innych pozycjach, niż się nadaje). Do tego kapitan drużyny Niechciał (u mnie będzie chciał) z Podbeskidzia (patrz wyżej), oraz tajna broń Reina, mam nadzieję że to Pepe. To znaczy równie dobry jak Pepe. W rezerwie niejaki Lisowski (Wojciech), bo tani oraz (chytry plan!) łatwo go pomylić z innym Lisowskim, z lepszego klubu (nie pytajcie który z którego bo już zapomniałem).

Anna Przybylska

Pomoc – potężna! Najpierw Lovren.. no ten Węgier z Lecha co wszyscy go będą mieć, nie mogę odpuszczać. Do tego Malinowski z Podbeskidzia (a jak! i tu kolejny chytry plan! że go z kimś lepszym pomylą) i Sobota ze Śląska (bo lubię). Potem będzie Sobolewski z Wisły – bo idealnie pasował do domknięcia budżetu (wybierany jako ostatni). W rezerwie kolejna tajna broń – pssst – napięcie rośnie: Frączczak. Z Lovr… spowodują takie połamanie języków u przeciwników, że środek pola uważam za opanowany, nawet z Frączczczakiem (oj, coś przesadziłem chyba) na ławce.

No i atak, bo gole czasem trzeba strzelać. Więc alfabetycznie najpierw Kosecki (młody), bo kiedyś napisałem o nim notkę. Ale że młody i z Legii, to na ławkę. Obok niego Patejuk ukradziony z Podbeskidzia (a jak!), jedyny co w Śląsku potrafi grać do przodu (przesadzam, drugim bywa Sobota, co za zbieg okoliczności). No i Piech (ciekawe jak szybko ucieknie za granicę i będę musiał go sprzedać – ale będę miał wolnych środków, ha!) 

Więc drżyjcie przed fryzurami!

Migaweczki turyńskie

Nadmiar czasu na lotnisku sprawia, że człowiek zaczyna się zaczyna zastanawiać nad rzeczami kompletnie nieważnymi. Na przykład: po co w lotniskowej toalecie (w hali odlotów) automat z prezerwatywami? Żeby zrobić zapasy przed wejściem na pokład (są tacy, którzy próbują seks w samolocie uprawiać, ale nie jest to raczej zjawisko masowe)? Żeby ich użyć w jakimś zakamarku lotniska (to chyba tylko obsługa techniczna wie w jakich)? Dla załóg pokładowych? Bo ktoś, kto zmierza do miasta, chyba spokojnie poszuka prezerwatyw w innym miejscu…

Naprzeciwko dworca kolejowego Porta Nuova jest park imienia hrabiego de Sambuy. Na cześć hrabiego postawiono w parku jego wyrzeźbioną sylwetkę. Ciekawe, czy za życia też mu tak gołębie wchodziły na łeb…

pomnik park Sambuy Turyn Torino Włochy Italia

Na turyńskim targu, kilogram świeżych, dojrzałych fig kosztuje tyle, co pudełeczko truskawek. Nie żebym miał coś przeciwko truskawkom, ale wybór fig jest oczywisty. 

Zafascynowała mnie, kiedy przechodziłem. Przez pierwszą arkadę przechodziły tory tramwajowe. Przez drugą arkadę – buspas. Trzecią arkadą przeciskały się zwykłe samochody. Niecierpliwi turyńczycy idący przez nią na czerwonym świetle chowali się za kolejnymi filarami. Trójpasmowa zabytkowa brama.

Zadania z angielskiego

Lesson 1: for beginners.

Three witches watch three Swatch watches. Which witch watches which Swatch watch?

Lesson 2: for advanced speakers.

Three switched witches watch three Swatch watch switches. Which switched witch watches which Swatch watch switch?

Lesson 3: for somebody I used to know (before his exam).

Three Swiss witchbitches which wished to be switched Swiss witchbitches, wish to watch three Swiss Swatch watch switches. Which Swiss witchbitch which wishes to be a switched Swiss witchbitch, wishes to watch which Swiss Swatch watch switch?

Jeśli przeczytaliście i jesteście w stanie tak dalej, to sobie przetłumaczcie (w końcu to zadania). 

PS Wiem że było na fejsie, sam przepisywałem. Palce też ledwo dawały radę.

Portovenere

Portovenere leży już właściwie poza Cinque Terre, posiada własny park narodowy (z bezpłatnym wstępem), wciśnięte między morze a Zatokę Poetów. Pewnie można dojechać tam drogą (koleją nie), ale łatwiej chyba wodą, mam wrażenie, że statki robią w tej okolicy za główny element zbiorkomu. 

park narodowy Portovenere Włochy Italia

Portovenere wybrzeże Morze Liguryjskie Włochy Italia

kościół chiesa San Pietro Portovenere Włochy Italia

Portovenere Italia Włochy port

Portovenere Italia Włochy

Portovenere Zatoka Poetów Golfo Poeti Włochy Italia 

Dopłynąłem, wróciłem pieszo (no dobra, do najbliższej stacji kolejowej, raptem 5 godzin).

Odczepcie się od Radwańskiej

Nie siedzę w głowie Agnieszki Radwańskiej, więc nie wiem, co czuła, co myślała, kiedy podczas Igrzysk rozegrała w trzech konkurencjach raptem cztery mecze. Nie byłem zachwycony jej wypowiedziami po porażce w mikście, nawet jeśli to było robienie dobrej miny do złej gry. Nie byłem przekonany do jej zacięcia, aby wystąpić na paradzie w charakterze chorążej reprezentacji (zwłaszcza że machanie flagą szło jej słabiej, niż machanie rakietą, jednak powinna było komuś mocniejszemu to oddać), tym bardziej że przy tej okazji odnosiło się wrażenie, że najważniejszą kwestią była długość sukienki (tak, wiem, to też bardzo ważna sprawa). 

Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma powodów wieszać na niej psów. Nie wiem jak tam było z dyspozycją fizyczną, ale na pewno zaczynała ten turniej strasznie pechowo, losując jedną z najmocniejszych przeciwniczek, jakie mogły się trafić na tym etapie. Julia Goerges to solidna zawodniczka, wysoko w rankingu, gdyby w turnieju rozstawione były 32 zawodniczki a nie 16, to Goerges grałaby z numerem 21. W pierwszej rundzie silniejszą rankingowo parę tworzyły jedynie Serena Williams z Jeleną Jankovic (suma miejsc na liście ATP: 24, Radwańska z Goerges: 26), w „ósemce” Radwańskiej oprócz rozstawionej Kirilenko były jeszcze grające z dziką kartą Paragwajka (ATP 188) i Kolumbijka (ATP 119) oraz zawodniczki z piątej i siódmej dziesiątki rankingu. A Radwańska mając słabszy dzień, przegrała i tak nieznacznie. Medal i tak nie był oczywistością, bo na drodze stały stara znajoma Kirilenko (ciężki mecz na Wimbledonie), pechowa dla Radwańskiej Kvitova, Szarapowa i – w ewentualnym meczu o brąz – tegoroczna prześladowczyni Azarenka. Realnie rzecz biorąc, po ciężkich bojach jedynie srebro wydawało się ciut możliwe. 

W deblu, gdzie akurat poszło Radwańskiej najlepiej (choć nie wiadomo na ile w tym zasługa siostry), odpadła z faworyzowaną parą amerykańską (nr 1 było nie było), też nie sprzedając skóry zbyt tanio. Czy można było z Amerykankami powalczyć – cóż, ani Czeszki, ani Rosjanki się nie ugięły, ale jednak startowały z nr 3 i 4, a nie jako para stworzona mocno ad hoc. Miksta chyba szkoda najbardziej, wyglądało jakby został potraktowany bardziej jako przedłużenie Igrzysk niż jako ostatnia szansa na medal, szkoda, bo dzięki mikstowi Azarenka i Murray zostali multimedalistami (kudosy dla tych, którzy bez gugla powiedzą, jak się nazywa brytyjska medalistka w mikście). 

I cóż, pamiętać należy, że specyfika cyklu tenisowego jest taka, że trwa on niemal nieprzerwanie od stycznia do października, a czołowe zawodniczki są zmuszone regulaminowo do uczestniczenia w najważniejszych jego imprezach. Formę muszą więc utrzymywać przez wiele miesięcy, szlifując jej szczyty być może na turnieje wielkoszlemowe. Każdy dobry występ w turnieju, to większe nim zmęczenie, pozostawiające ślad na dalszych meczach. Radwańska tuż przed Igrzyskami doszła na tej samej londyńskiej trawie do finału, nikt nie wie jak wpłynęło to na jej formę. Teraz gra już w turniejach w Nowym Świecie, odpadła dwa razy w ćwierćfinale w słabym stylu. Aha, jej pogromczyni w tych turniejach.. na Igrzyskach odpadła w pierwszej rundzie, mimo że była rozstawiona…

Po co to wszystko właściwie piszę? Bo przeczytałem ostatnio tekst o tym, jak to Radwańska czuje się niezrozumiana przez media. I wzburzyło mnie potężnie – nie, nie to niezrozumienie – jak Jego Ekscelencja Dziennikarz miał do Radwańskiej pretensje, że nie okazała „pokory, skruchy, żalu” za swój występ olimpijski. Cóż, jaśniepaństwo dziennikarskie rośnie w siłę, zdolność dostrzeżenia, że za nasze wybujałe oczekiwania odpowiadamy wyłącznie my, jest w zaniku, podobnie jak zrozumienia, że porażka jest dramatem sportowca dalece bardziej niż naszym. Nie wspominając już o tym, że Radwańska występ olimpijskich wypracowała sama przez lata, bez pomocy pieniędzy publicznych i nie dzięki okazjonalnej kwalifikacji, na pewno ni była „olimpijską turystką”.

Złoto jak z filmu

Ed McBain napisał kiedyś takie opowiadanie kryminalne o kręceniu pornola (jak ktoś dopiero chce je przeczytać, to SPOILER ALERT:-)), w Polsce chyba nie było drukowane, a przynajmniej nigdy nie natrafiłem (za każdy sygnał o McBainie wdzięcznym). 

W opowiadaniu reżyser wspomina, jak to z kolegami za tanie pieniądze kręcili pornola, a właściwie pornola ambitnego – film o kręceniu pornola (ta aktorka zażądała podwójnej gaży twierdząc że będzie występowała w dwóch filmach!). Ambitny scenariusz opisywał trudną drogę aktorki w biznesie, jak to musiała sypiać ze scenarzystą, operatorem, reżyserem.. (a że pieniędzy na obsadę nie było zbyt wiele, to we wszystkie te drugoplanowe role wcielali się odpowiedni członkowie i tak skromnej, kilkuosobowej ekipy, co produkcji dodawało wiarygodności). Pomimo trudności i ograniczeń, praca posuwała się do przodu, aż pewnego dnia nastąpił dramat. Aktor zakochał się w Aktorce i przyszedł do reżysera z pretensjami, że coś jest nie tak, by w końcu rzucić reżyserowi w twarz skrywaną prawdę:
– W tej kamerze nigdy nie było taśmy…

Jakoś mi się to opowiadanie przypomniało po ostatnich rewelacjach na temat Amber Gold, który nawet nie miał prawa sprzedawać klientom złota.  

Wyroki Plichty lub Stefańskiego

Jak to zwykle w medialnych sprawach, wszyscy dostali werbalnego rozwolnienia i opowiadają bzdury od lewej do prawej (pomijam tu tych, którzy gorączkowo sprawdzają czy i dlaczego ktoś może im się do sempiterny dobrać). Postanowiłem więc – częściowo dla zaspokojenia własnej ciekawości, częściowo w imię zasad – uporządkować co wiemy o szefie Amber Goldów przed Amber Goldami, z prawnego punktu widzenia. 

Wiadomo, że skazywany był siedmiokrotnie, dla lepszego zobrazowania pożyczę sobie od redaktora Samcika dość przejrzystą tabelkę:
wyroki Plichty Amber Gold Maciej Samcik
Przyjrzyjmy się, na ile układa się to w całość. Mamy więc na początek samotny wyrok za incydentalne podrobienie zaświadczenia o zarobkach (dla klienta), dokonane prawdopodobnie w latach 2003-04 (nie znalazłem szczegółów, ale nie będę się przed nimi bronił). Potem mamy trzy mniejsze lub większe wyroki za Multikasę, potraktowaną jako wypadek przy pracy, a nie przestępczy od początku pomysł, czyli dotyczące działalności z okresu 2004-05. I wreszcie wyroki za wyłudzenia kredytów, dokonane „na słupa” w latach 2005-06. Dlaczego tak podkreślam te daty? Bo mają one kluczowe znaczenie dla zrozumienia, co działo się później. 

Zacznijmy teraz od stwierdzenia, które w świetle choćby wypowiedzi pewnego eksministra może się wydać dziwne: otóż Plichta nie jest recydywistą. Nie jest, bo recydywistą stać się może tylko ten, kto popełnia przestępstwo po odbyciu przynajmniej określonego czasu trwania kary, i musi zachodzić tzw. podobieństwo przestępstw. Jeżeli spojrzymy teraz na moment popełniania kolejnych przestępstw, to jedynie wyłudzenia ostatnich kredytów miały miejsce po wyroku (acz nie było to wykonywanie kary więzienia sensu stricto), aczkolwiek nie były to przestępstwa podobne (fałszerstwo, ew. przywłaszczenie versus wyłudzenie). Jest więc Plichta wielokrotnym przestępcą, ale nie recydywistą, przynajmniej na razie. 

Teraz wypada poruszyć kwestię, ile tych wyroków właściwie jest. Powyżej padła liczba siedem, bo tyle razy Plichta usłyszał „uznaje za winnego”, ale tu odzywa się nam instytucja zatarcia skazania. Zgodnie z kodeksem karnym, po określonym czasie skazanie ulega zatarciu, co oznacza fikcję, że nigdy go nie było (odzyskuje się „niekaralność”, o ile oczywiście nie ma się wyroków więcej). Co ważne, w przypadku zawieszenia kary pozbawienia wolności, zatarcie skazania następuje co do zasady po upływie sześciu miesięcy od zakończenia okresu zawieszenia (oczywiście jeśli w tym czasie nie wysłano skazanego do więzienia). W przypadku Plichty oznacza to, że już w 2009 roku „pozbył się” z kartoteki co najmniej dwóch wyroków, a do dziś co najmniej dwóch kolejnych (dwa mu na pewno pozostały, bo nie upłynął okres próby). 

Nie znamy szczegółowej treści wszystkich wyroków, więc nie wiemy, w których sądy nałożyły na Plichtę obowiązek naprawienia szkody. W wyroku wskazuje się wtedy termin do którego szkoda powinna być naprawiona, a jego niedotrzymanie może być podstawą zarządzenia wykonania kary pozbawienia wolności (choć w praktyce wystarcza, żeby obowiązek został spełniony, zanim sąd pochyli się nad sprawą). Nie znając terminów nie powinniśmy się wypowiadać, doniesienia są niejasne, ja ze swojej strony powiem tylko, że skoro Plichta (jak się ponoć deklarował) zarabiał 100 tys. miesięcznie i potrafił tyleż dać na kościół, to byłby niemądry, gdyby nie spłacił tych wyłudzonych kredytów (choćby dla uniknięcia wizji powrotu za kraty, znane mu z paru traumatycznych miesięcy w areszcie).

Przejdźmy wreszcie do kluczowego pytania: a czemu w zawieszeniu? Zacznę od przypomnienia rzeczy podstawowej: sądzi, orzeka, skazuje sąd (w rozumieniu konkretnego składu), a nie prezes, nadprezes, minister, kontroler, dziennikarz czy opinia publiczna. Kto chce sądzić, powinien był wybrać określoną ścieżkę kariery i wtedy mierzyć się ze sprawą na podstawie całości jej akt, i tyko na tej. Każdemu chętnemu proponuję na początek prosty test: niech oceni Plichtę nie jako przyszłego sprawcę przekrętu dekady (jak sądzę) tylko jako dość młodego chłopaka, który parę lat temu wyraźnie pobłądził, a w danym momencie gorliwie współpracuje, przyznaje się do winy i obiecuje wszystko naprawić (ja się zastanawiam, czy w tych sprawach o wyłudzenie kredytów Plichta ściemniał, że to na spłatę starych wyroków potrzebował, pieniądze na spłatę kredytów miał, tylko wykazywalnej zdolności kredytowej nie). Będziecie surowi (co z drugiej strony oznacza dla sądu uciążliwy proces) czy odpuścicie młodziakowi? A jak nie odpuścicie, to gdzie w przyszłości wyznaczycie granicę między zawieszaniem i niezawieszaniem, jak będzie się różnić wyrok skazujący za wyłudzenie 10 tys. od wyroku skazującego za zorganizowanie całego Amber Golda?

Dyskusyjną kwestią kuratorów zajmę się kiedy indziej, jak chociaż będę znał jakieś szczegóły, ale daleki jestem od zwalania wszystkiego na nich, nawet bardzo.

Nic się nie stało!

Pawle, nasz rezerwowy dżudoko, nawet jeśli należał Ci się ten ippon, i także jeżeli się nie należał. 

Mateuszu, wyniósł Cię gdzieś ten kajak, nie Ciebie jednego.

Nadiu i Robercie, ostatnia lotka bywa najtrudniejsza. 

Grzegorzu i Mariuszu, byliście o piłkę od sensacji przeciwko starym mistrzom, ale linia Wam nie sprzyjała.

Moniko, nawet gdyby sędziowie mieli tę Rosjankę ostatecznie wycenić wyżej, gdyby się jej ta ostatnia szarża nie udała.

Piotrze, pewnie gdyby nie ta wcześniejsza kontuzja, to poprawiłbyś się aż na swój drugi medal, a nie tylko na piąte miejsce, nie nadrabiałbyś braków samą wolą, przez co spaliłeś połowę rzutów.

Za walkę, za emocje, za nadzieję, za wzruszenia – dziękuję. Chcę Wam powiedzieć: nic się nie stało, choć Wy sami uważacie, że się stało – straciliście medale. Może jeszcze kogoś tu mógłbym wymienić, ale Sylwia Bogacka i tak się nagrodziła medalem.

Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej nie dziękuję, jedynie sprowokowała mnie do uwolnienia tej notki z głowy.

Wszyscy się spieszą

Kiedy lato przechodzi w fazę schyłkową i nieubłaganie zmierza ku jesieni, wszyscy zaczynają się spieszyć: bociany pośpiesznie ćwiczą latanie przed podróżą do Afryki, rolnicy w pocie czoła zbierają plony z pól niespokojnie oglądając się na deszcz (nawet w taki suchy rok, deszcz w czasie żniw nie jest wskazany), zwierzęta gromadzą zapasy na zimę, w kryjówkach lub pod futrem, zanim stanie się to dużo trudniejsze. 

Przyjechałem niedawno popołudniową porą do domu, zaparkowałem samochód. Parę godzin później – nie więcej niż trzy – wyszedłem na chwilę po coś do samochodu i nie mogłem aż uwierzyć własnym oczom. W ciągu tych paru godzin pająk uplótł sieć zaczynającą się na samochodzie. Na pewno się spieszył, nie mam tylko pojęcia po co konkretnie.

Nie wiem, czy pajączki latające jako babie lato się dokądś spieszą, ale mają niewielki wpływ na to, jak szybko podążają. Ale one dopiero przylecą. 

Niemoc

W chorobie Guillain-Barre najgorsze jest to, że człowiek nie może zrobić tego, co wydaje mu się oczywiste: siedzieć, złapać widelca, nawet ruszać szczękami i przełykać. Widzi świat, tak jak go widział zawsze, ale czuje się względem niego bezradny. (Sam na szczęście nie doświadczyłem, bazuję na wspomnieniach Josepha Hellera i reportażach na ten temat).

Kiedy wczoraj patrzyłem, jak ze sztangą walczył nieszczęsny Marcin Dołęga, początkowo miałem wrażenie, że się gdzieś spieszy, że dźwiga tę sztangę, jakby nie mógł się doczekać chwili, kiedy ją będzie miał nad głową, że wstaje nie dbając, czy sztanga jest prawidłowo ustabilizowana. Ale w późniejszych wypowiedziach nigdzie ten wątek pośpiechu się nie przewija (zresztą w trzeciej próbie wrażenia takiego już nie było), dominuje uczucie głębokiego niezrozumienia co się stało. Ot, ciężar nieledwie treningowy, jaki nie wymknął się z rąk od miesięcy, nagle stał się niekontrolowalny; jak wydusił z siebie Dołęga: nie miał czucia w rękach. 

Nie próbuję odgadnąć, co się dokładnie stało na londyńskim pomoście i z jakiej przyczyny, nie twierdzę, że sztangista zaczyna chorować (choć koncepcja, że w tym momencie organizm zaczął się „bronić” ma pewną atrakcyjność). Czuję podskórnie jego osłupienie, że nie potrafi sobie poradzić, mniej więcej tak jak czułbym się, gdybym nie potrafił podnieść i postawić na blacie baniaka z wodą.