Zonk roku, czyli perypetie regulaminowe Legii Warszawa w Lidze Mistrzów, rozpalają głowy i serca (bardziej serca, przez co głowy cokolwiek się wyłączają). Sprawa jest wbrew pozorom banalnie prosta – Bereszyński nie miał prawa w tym meczu wystąpić, nie było sensu w ogóle wpisywać go do protokołu meczowego, w którym musi się znaleźć 18 zawodników (z potencjalnie 25 graczy potencjalnie dostępnych na tzw. Liście A oraz nieograniczonej liczby młodych graczy dostępnych na tzw. Liście B), a skoro już wystąpił, to przepisy jednoznacznie określają konsekwencje: dodatkowy mecz zawieszenia oraz zweryfikowanie wyniku na 3-0 dla Celticu.
Dodajmy też od razu, że po weryfikacji wyniku stosuje się normalne zasady rozstrzygania rywalizacji pucharowej. „Sukces” Szkotów bierze się więc stąd, że w dwumeczu wynik jest 4-4 i decyduje ten jedyny gol strzelony przez nich w Warszawie. Gdyby więc Vrdoljak strzelił celnie któregokolwiek z karnych… lub gdyby udało się wykorzystać którąkolwiek z innych sytuacji… Legia wygrałaby ten dwumecz nawet pomimo tak jawnej niekompetencji swoich pracowników.
Ta sytuacja nasunęła mi pewną myśl. Co by było gdyby – hipotetycznie – Legia wygrała pierwszy mecz nie 4-1, ale 3-0, a następnie w rewanżu przy prowadzeniu też wypuściła na boisku zawieszonego piłkarza? W następstwie weryfikacji wyniku stan dwumeczu wynosi 3-3, bez goli na wyjeździe. Gdyby taki wynik padł na boisku, byłaby dogrywka (i ewentualne karne). A jeśli dogrywki nie zarządzono po drugiej połowie – to drużyny powinny się ponownie spotkać na dogrywkę?
Nie znalazłem odpowiedzi w regulaminach, ale zbyt głęboko nie szukałem.

