Dywagacji czar

Zonk roku, czyli perypetie regulaminowe Legii Warszawa w Lidze Mistrzów, rozpalają głowy i serca (bardziej serca, przez co głowy cokolwiek się wyłączają). Sprawa jest wbrew pozorom banalnie prosta – Bereszyński nie miał prawa w tym meczu wystąpić, nie było sensu w ogóle wpisywać go do protokołu meczowego, w którym musi się znaleźć 18 zawodników (z potencjalnie 25 graczy potencjalnie dostępnych na tzw. Liście A oraz nieograniczonej liczby młodych graczy dostępnych na tzw. Liście B), a skoro już wystąpił, to przepisy jednoznacznie określają konsekwencje: dodatkowy mecz zawieszenia oraz zweryfikowanie wyniku na 3-0 dla Celticu. 

Dodajmy też od razu, że po weryfikacji wyniku stosuje się normalne zasady rozstrzygania rywalizacji pucharowej. „Sukces” Szkotów bierze się więc stąd, że w dwumeczu wynik jest 4-4 i decyduje ten jedyny gol strzelony przez nich w Warszawie. Gdyby więc Vrdoljak strzelił celnie któregokolwiek z karnych… lub gdyby udało się wykorzystać którąkolwiek z innych sytuacji… Legia wygrałaby ten dwumecz nawet pomimo tak jawnej niekompetencji swoich pracowników. 

Ta sytuacja nasunęła mi pewną myśl. Co by było gdyby – hipotetycznie – Legia wygrała pierwszy mecz nie 4-1, ale 3-0, a następnie w rewanżu przy prowadzeniu też wypuściła na boisku zawieszonego piłkarza? W następstwie weryfikacji wyniku stan dwumeczu wynosi 3-3, bez goli na wyjeździe. Gdyby taki wynik padł na boisku, byłaby dogrywka (i ewentualne karne). A jeśli dogrywki nie zarządzono po drugiej połowie – to drużyny powinny się ponownie spotkać na dogrywkę?

Nie znalazłem odpowiedzi w regulaminach, ale zbyt głęboko nie szukałem.

Niech się święci Pierwszy Majka

Kiedy jechał „z łapanki” Tour de France, byłem w Czechach, z ograniczonym dostępem do informacji. Kiedy wygrywał etap Touru jako pierwszy Polak od czasów Jaskuły, dowiadywałem się tego czytając wieczorem Facebooka. Kiedy wygrał drugi etap Touru jako pierwszy Polak w historii, dowiedziałem się o tym z czeskich wiadomości sportowych, nie bez zaskoczenia słuchając słów „polsky superstar Rafal Majka”. Kiedy jako pierwszy Polak w historii wygrywał klasyfikację górską Grand Touru, chodziłem po górach…

Dziś po raz pierwszy wygrał etap Wyścigu Dookoła Polski (szkoda trochę, że na słowackiej ziemi). Jako pierwszy Polak od 10 lat (leciutko zaokrąglając, bo poprzedni triumf przypadł 11 września 2004 roku). Łatwiej było zostać liderem (sam Majka doświadczył tego w zeszłym roku), teraz traci sekundę, ale wyścig nie jest w najmniejszym stopniu rozstrzygnięty, została tradycyjna (ostatnio) pętla wokół Zakopanego z podjazdem na Ząb, a potem czasówka w Krakowie, czołowa dziewiętnastka mieści się w jedenastu sekundach i zapewne dopiero na krakowskim bruku okaże się, czy będzie pierwszym od 11 lat polskim zwycięzcą Tour de Pologne. Niewiele mniejsze szanse ma zresztą teoretycznie dwóch innych Polaków…

Tytuł pożyczyłem bezczelnie od jakiegoś słuchacza Trójki, podoba mi się i pasuje jak ulał.

Punkty, punkty rozdaję…

Poświęciłem leniwie dzisiejszy poranek na zamawianie podręczników dla Juniora. Nie/stety nie jestem w fazie z rządowymi projektami, w związku z czym za wszystkie podręczniki muszę płacić, skierowałem więc kroki swej myszki* do księgarni internetowej i zacząłem pracowicie wybierać (jak już sobie potworzyłem legendę, to mogę uczciwie przyznać, że wybierałem po prostu pozycje z listy przesłanej mi przez Małżonkę, ceny się zgadzały).

Nasunęła mi się przy tym myśl, że obecna sytuacja „w podręcznikach” jest zwyczajnie chora – rozumiem: wybór, rozumiem: konkurencja poprawia sytuację (to tak na marginesie banał i to mocno fałszywy, rozważam poświęcenie notki kwestii marnotrawstwa powodowanego konkurencją), ale nie widzę zbytnio sensu w sytuacji, kiedy dla jednej klasy jest n konkurujących pakietów podręczników o tej samej zawartości merytorycznej. Ba! nawet wydawnictwo produkujące (bo to chyba właściwe słowo) pakiet nakazany przez wychowawczynię Juniora produkuje dwa różne zestawy podręczników dla tej samej klasy…

Snując takie myśli dotarłem do końca procesu zamawiania, potwierdziłem dane osobowe. Formularz poinformował mnie wówczas, że moje zamówienie oznacza uzyskanie około sześć koma pół punktu (cokolwiek to znaczy, bo nie zamierzałem czytać regulaminu), które mogę (wnioskując z innego punktu formularza) zachować na przyszłe zakupy (które robię tam raz do roku póki co) albo przekazać jakiejś bibliotece. Ta ostatnia możliwość natychmiast mi się spodobała i wszedłem w listę bibliotek. Ku swojemu zaskoczeniu (i niezadowoleniu) spędziłem nad nią dużo czasu. Nie znalazłem bowiem żadnej zaprzyjaźnionej biblioteki (ani ze znanej sobie szkoły, ani żadnej publicznej okolicznej), nie znalazłem też biblioteki z żadnej miejscowości, z którą czułbym się jakoś mocniej emocjonalnie związany. Były na liście biblioteki przeróżne – szkolne, publiczne, jak też i biblioteka jakiejś szkoły polskiej/polonijnej w Anglii oraz biblioteka przy ambasadzie w Chorwacji (tam specjalnie zaglądałem, bo byłem ciekaw czy to literówka w nazwie Zabrzeg, czy jednak naprawdę Zagrzeb). Pomyślałem sobie, że takich bibliotek, które naprawdę mogłyby wsparcia potrzebować (znacznie chętniej wsparłbym punktami jakiś punkt biblioteczny w Kazachstanie czy innym odległym miejscu przebywania Polonii), to na tej liście nie wygrzebię. Ostatecznie obdarowałem jakąś szkolną bibliotekę w górach, bo… czemu nie.

Urlop się kończy, wracam pomału do życia, kierat od jutra. Notki różne są w planach, ale na razie pewna taka leniwość jeszcze ma nade mną władzę.

*cokolwiek sobie pomyśleliście, tak naprawdę to touchpad aka gładzik

Kanikuła sądowa

Lato. Ostatni dzień przed wyjazdem na urlop, gorączkowe przeglądanie co jeszcze zostało do zrobienia. Aż tu nagle wpada do skrzynki pocztowej mail z prawniczej listy dyskusyjnej ze starym orzeczeniem Sądu Najwyższego z roku pańskiego 1968. Odruch ciekawości – zawodowej i ludzkiej – nakazuje się zapoznać.

A tam – abstrahując od adekwatności orzeczenia, trafności rozważań etc – język, sposób formułowania myśli, za jakim czasem dziś się tęskni.

Nie byłoby więc logiczne zakładać, że zdrowy na ciele i umyśle kierowca, całkowicie trzeźwy, godzi się na popełnienie samobójstwa przez zaśnięcie za kierownicą prowadzonego przez siebie samochodu

Rzecz dzieje się na szerokiej drodze i w „biały dzień”. Każdy kierowca jadący w danym kierunku po tej drodze omija stojący na skraju drogi samochód. Aż tu nagle wpada na ten samochód ciężki wojskowy samochód ciężarowy „Tatra-138” ze śpiącym za kierownicą kierowcą oskarżonym Andrzejem Bronisławem G. 

Brak przeszkód do pokonywania, utrzymywanie na przestrzeni długich kilometrów tego samego kierunku jazdy i tej samej szybkości, połączone z monotonnym odgłosem pracy silnika oraz z usypiającym działaniem spalin i ciepłem panującym wewnątrz kabiny kierowcy, powoduje senność nawet u najbardziej wypoczętego, trzeźwego i w pełni zdrowego kierowcy. Niekiedy nawet przyczynia się do tego zbyt suty posiłek albo chociażby oddawanie się – przy samotnych podróżach – różnego rodzaju usypiającym rozmyślaniom.

/postanowienie Sądu Najwyższego – Izba Wojskowa z dnia 7 listopada 1968 roku/

A przynajmniej ja się z takimi nie stykam.

Mirek

Patrzyłem na rozradowanych Niemców idących po złote medale, ściskających Angelę, robiących niedźwiedzia z Platinim, potem podskakujących z pucharem. byli tam wszyscy – i ci, którzy ani na chwilę nie zeszli z boiska, i ci, którzy nie dostali szansy na nie wejść (na szczęście nie pozbawia ich to medali). 

Mogło się wydawać, że on jest wśród nich jakiś zamyślony. To jego czwarty mundial i czwarty medal, czwarty mundial, na którym strzelał gole, bijąc definitywnie rekord liczby goli strzelonych w turniejach finałowych (szczegółowo wszystkich rekordów statystycznych wymieniać nie ma sensu). Ma 36 lat (skończone tuż przed turniejem), trudno sobie wyobrazić lepszy sposób na zakończenie kariery (przynajmniej reprezentacyjnej), niż tytułem mistrza świata. Po dekoracji ustawił się do zdjęcia z Pucharem, mając po bokach dwójkę swoich dzieci.

Miroslav Klose nie strzelił gola w finale, strzelił go jego zmiennik. Trudno o lepsze symboliczne przekazanie pałeczki. 

Z wizytą

Może nieproszoną, ale też nienachalną. Rodzina nie była w komplecie, bo mieszkają w piątkę, a – jak widać – obecnych było czworo domowników. 

bociany katowice zarzecze grota roweckiego 2014

Test nowego aparatu (a zwłaszcza jego zooma) wypadł, sądzę, udanie (użytkownik jest zadowolony).

Dobrze jest mieszkać o kilometr od bocianiego gniazda, można boćki zobaczyć nie tylko na gnieździe, ale i na łące lub na niebie. 

Gramofon…

Stał na półce w markecie, kiedy przechodziłem alejką luźno się rozglądając (to co miałem kupić już kupiłem). Uśmiechnąłem się na jego widok, bo taki oldskulowy. Nawet sobie pomyślałem, że cena jest pewnie adekwatna do tego retro, bo widać było reklamową plakietkę oferty kupna na raty. Podszedłem.

Kiedy przeczytałem metkę, moje życie zatrzęsło się (nie wiem czy się zmieniło, okaże się). Nie, to nie była kwestia ceny (żeby się oszołomić ceną poszedłbym do sklepu dla audiofilów), poza tym akurat ten market jak próbuje szokować, to ceną w dół, niż w górę. Czytałem tę metkę raz za razem i widniejące na niej trzy słowa nijak mi do siebie nie pasowały.

gramofon Hyundai USB

HYUNDAI GRAMOFON USB

Ani się kojarzy z muzyką, ani z elektroniką, ani z retro. Nie analizowałem sposobu działania, po prostu mnie oszołomiło.

Klauzula sumienia dyrektora

Artur Sporniak pisząc w Tygodniku Powszechnym o sprawie Chazana (zakładam że nie muszę jej referować, chyba że właśnie zajrzał ktoś świeżo przybyły z dalekiej podróży bez dostępu do krajowych newsów), stawia rozmaite ważkie pytania (które jedni uznają za ważny temat dyskusji, a inni za kwestie wyłączone z jakiejkolwiek debaty). Jednym z nich jest pytanie o granice klauzuli sumienia, która prawnie jest zagwarantowana lekarzom (w pewnym kształcie, też kwestionowanym, ale to temat na inne rozważania, raczej nie tu), cytuje autor w pewnym punkcie prof. Zolla, wg którego „prawo do klauzuli sumienia ma każdy człowiek, gdyż jest ono prawem podstawowym, które nie wymaga ustawowego ogłaszania”. W konsekwencji Sporniak konkluduje, że „także dyrektor szpitala ma prawo do klauzuli sumienia i nie powinien być z powodu korzystania z tego prawa dyskryminowany”.

Więc tu muszę zaprotestować. Owszem, dyrektor szpitala ma prawo do klauzuli sumienia, jak każdy inny. W jego przypadku korzystanie z tej klauzuli winno się przejawiać w odmowie podpisania umowy, na podstawie której szpital otrzymuje pieniądze za gotowość do wykonywania pewnego pakietu świadczeń (w tym tych, z którymi się w sumieniu nie zgadza) – a jeżeli szpital ma taką umowę podpisaną, odmówić przyjęcia stanowiska (lub z niego zrezygnować). Jeżeli pełni funkcję dyrektora w szpitalu, który zawarł kontrakt na wykonywanie zabiegów wywołujących pytanie o zgodność z sumieniem, i próbuje torpedować wykonywanie tych zabiegów („publicznie zapewniał, iż w kierowanym przez niego szpitalu nie przeprowadza się aborcji”) przyjmując jednocześnie pieniądze za gotowość do ich wykonywania, to jest to najdelikatniej mówiąc hipokryzja, a mówiąc dosadnie z pewnego punktu widzenia – zwyczajne oszustwo.

Można wykonywać zawód lekarza pomijając pewne zabiegi (nawet w obrębie własnej specjalności), ale nikt nie ma obowiązku bycia dyrektorem. A jak się chce nim być, to zgodnie z sumieniem winno się być uczciwym. Chazan w tym przypadku uczciwy nie był, więc o klauzuli sumienia w tym przypadku lepiej niech nie wspomina, on ani nikt inny.

Kwestii prawnych i etycznych związanych z samym przypadkiem dyskutować tu nie będę i proszę o respektowanie tego.

(1400)

Zesztywniała pomarańcza

No i półfinały za nami. O pierwszym nic nie mam do powiedzenia (bo i ciężko powiedzieć cokolwiek), z drugim jest niewiele lepiej, choć z diametralnie innych powodów. 

Słynny „krulewski” manewr van Gaala być może pomógł wyeliminować Kostarykę, ale długofalowo wywarł niewątpliwie fatalne skutki. Cillessen nie dość że schodził wściekły z boiska, to w następnym meczu był poddany dodatkowej presji – jako ten, który poprzednio został uznany za nie dość dobrego do bronienia karnych strzelanych przez outsidera, a teraz ma bronić karnego strzelanego przez najlepszego piłkarza świata (i to w sytuacji gdy chwilę wcześniej nie wykorzystał swojej kolejki wzięty z łapanki na wykonawcę Vlaar). Trudno będzie zapomnieć pracę kamery na początku dogrywki, od momentu kiedy zaczął się rozgrzewać Huntelaar – przeskakiwała z niego na Cillessena i Krula, i tak w kółko (ponieważ była to ostatnia zmiana dostępna Holendrom). Nie wiem, czy bez tego Cillessen dałby radę lepiej odbić decydujący strzał Rodrigueza, ale na pewno był bardziej usztywniony, niż bez tego manewru.

Niezależnie od tego, van Gaal wykazał zaskakujący wręcz brak elastyczności. Wystawienie rekonwalescentów de Jonga (mięsień) i van Persiego (żołądek) niewątpliwie miało pokazać siłę, ale w praktyce oznaczało robienie wymuszonych zmian. Jednocześnie narzucił zawodnikom do bólu sztywny gorset (tu zawsze mi się przypomina Keira Knightley w „Piratach z Karaibów”) taktyczny, dzięki któremu udało się trzymać pod kontrolą Messiego. Dla widza bolesne jest wspomnienie akcji w dogrywce, kiedy to ruszający lewą stroną Holendrzy oglądają się na grającego po tej stronie Kuyta, a ten niemal pokazuje „sorry chłopaki, dajcie radę sami, ja asekuruję tyły” (niegdyś bramkostrzelny napastnik, król strzelców!). W efekcie były ataki 3-4 przeciwko 7-8 (obustronnie zresztą), nie dziwota że trudno było o sytuacje bramkowe (znamienna była akcja, w której próbowali wypuścić Robbena, piłkę przejął ostatni obrońca, a Robben zatrzymał się na linii stojących kilka metrów wcześniej trzech Argentyńczyków).

Dopiero na widok synka Robbena wszystkim zrobiło się miękko.