Módlmy się za pomordowanych przez żołnierzy wyklętych

Za Polaków, Żydów, Niemców, Słowaków, Ukraińców, Litwinów, Białorusinów, w tym kobiet i dzieci – pomordowanych przez bandytów pokroju Ognia.
Za wszystkich poszkodowanych: pobitych, obrabowanych, spalonych, gwałconych tylko dlatego, że się z wyklętymi nie zgadzali lub nie chcieli im być posłuszni.
Także za wszystkich tych, którzy w dobrej wierze przystali do wyklętych i zabrakło im tylko odwagi, by się ich bandyctwu przeciwstawić.
I za tych, którzy zginęli niewinnie z rąk komunistów, a których pamięć bandyci dziś kalają chowając się za ich plecami. 

Módlmy się.

Pisze się…

…raz częściej, raz rzadziej. Tu na przykład cały tydzień nie pisałem (w dni robocze), dopiero w weekend, za to na blogu sportowym napisałem już dwa razy z okazji mistrzostw świata. Najwyższa pora zrobić więc kolejne małe podsumowanie.

A pisałem w tym roku o piłce:
Chwała Mołdawianom,

o biegach narciarskich:
Patrzmy na mężczyzn,
Tępe norweskie łyżwy,

oraz o skokach narciarskich, oczywiście:
250,
Siedem dobrych skoków wystarczy.

(1490)

Siedem dobrych skoków wystarczy

Kanoniczne jest już zdanie Adama Małysza o oddawaniu dwóch dobrych skoków. W konkursach indywidualnych jest to dziś warunek konieczny sukcesu, nie zawsze jest to warunek wystarczający (jeżeli inni też oddają po dwa dobre skoki, ale niektóre ciut bardziej dobre). W konkursach drużynowych bywa z tym nieco inaczej, gdyż decydujące znaczenie może mieć kto ile skoków zepsuje – czasem nawet i dwa nieudane skoki mogą nie wykluczać zdobycia medalu. 

Na tegorocznych mistrzostwach w Falun mieliśmy najpierw ciekawy konkurs mieszany, gdzie drużyna norweska szła niemal łeb w łeb z drużyną niemiecką, przegrywając o niecałe półtora metra – przy czym właściwie nie w żadnej z drużyn nie było skoków wybitnie nieudanych, decydowały niuanse (w tym mistrzowska forma Freunda). W konkursie męskim Freundowi trafił się akurat ten jeden jedyny słabszy skok w całych mistrzostwach, który do reszty złamał Niemców (którzy dość solidarnie notowali kiepskie rezultaty). Błędów ustrzegli się Norwegowie (w drugiej serii – widząc swoją przewagę – lądowali bezpiecznie, nie walcząc o odległość), za ich plecami natomiast sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. U Austriaków zawodzili bowiem i Hayboeck, i Poppinger, i Schlierenzauer – ale swoje wpadki kompensowali drugimi skokami; Japończycy skakali równiej, ale bez błysku, Słoweńców znów potrafił zawieść Prevc. W naszym zespole… 

Srebro przegraliśmy o niespełna trzy metry, nieco ponad pięć punktów. Hejterzy (dobry Boże, skąd się biorą takie tabuny tego plugastwa!) już wsiedli na Kamila Stocha, który przed ostatnim skokiem miał niespełna punkt przewagi nad „Schlierim”, że niby zawalił. Tyle że Gregorowi wyszedł skok wyśmienity, a Kamilowi tylko bardzo dobry. Bardzo dobry, bo był to trzeci skok w serii (w ogóle na 84 oddane w konkursie skoki Stoch miał 7 i 9 notę!), łącznie pokonał Austriaka o 15 punktów. Jedyny zaś nieudany skok oddał Janek Ziobro w pierwszej serii – choć o medalu bardziej zdecydowały wyśmienite skoki niezawodnego Krafta. 

Tak czy owak – cieszmy się, że tych siedem dobrych skoków (i jeden słabszy) wystarczyły do kolejnego medalu, rok temu ten jeden słabszy był powodem do smutku. Yes! Yes! Yes! Yes!  Żyła! Murańka! Ziobro! Stoch!

Podróże sądowe

W sądownictwie póki co nie obowiązuje rejonizacja – każdy pełnomocnik może występować przed dowolnym sądem, jedyną przeszkodą może być odległość (czasem o wiele bardziej opłaca się poszukać zastępcy „na miejscu”, niż tłuc się na drugi koniec kraju, a czasem tylko na drugi koniec województwa). Oczywiście tym bardziej nie ma przeszkód, aby sprawy do odległego sądu wysyłać (mając nadzieję, że uda się sprawę załatwić bez jeżdżenia). 

Patrzę sobie na mapę (może nieco wirtualnie nawet)… Z oczywistych względów częściej bywam w sądach bliższych mojego miejsca zamieszkania i wykonywania zawodu. Chorzów, Katowice, Mikołów, Mysłowice, Ruda Śląska, Tychy – chyba tylko Siemianowice Śląskie jakoś mi się nie przytrafiły. Dalej w Śląsk idąc mamy też Bytom, Gliwice, Tarnowskie Góry i Zabrze, a jak się odchylić bardziej na południe to i Rybnik (acz bez innych miast ROW-u). W podróży na południe mamy z kolei Pszczynę, Bielsko-Białą i Cieszyn (jakoś nie mam szczęścia do litery Ż, bo ani w Żywcu, ani w Żorach w sądzie jeszcze nie byłem). Patrząc na nieśląskie części województwa – nawiedzałem już Będzin, Częstochowę, Dąbrowę Górniczą, Jaworzno, Sosnowiec i Zawiercie…

Oczywiście, zdarza mi się wyjeżdżać i poza województwo. Stawałem przed sądami w Chrzanowie, Wadowicach i Krakowie, zaliczyłem Nowy Sącz, Nowy Targ i Tarnów (ubolewam trochę, że Zakopane nigdy się nie złożyło, choć mogło). Odwiedzałem Pińczów, zarówno kiedy był tam sąd samodzielny, jak i wydział sądu w Busku… W ramach podróży jeszcze dalszych był i Wrocław, i Warszawa, i Pruszków, i Piotrków Trybunalski, i Radomsko, i Toruń, i wreszcie – Słupsk (grzebię jeszcze w pamięci, ale chyba jednak więcej miejscowości nie było). Piszę o miejscowościach, niezależnie od tego jakie sądy w nich odwiedzałem.

Trochę się człowiek najeździł. Uważni zapewne rozpoznają, że o niektórych z tych wyjazdów powstawały notki przez te wszystkie lata…

Biwak

Czytam sobie opowiadanie. Bohater przemierza lasy nad Wielkimi Jeziorami, najwyraźniej dobrze sobie znane z czasów młodości, szukając odpowiedniego miejsca do łowienia ryb. Wybiera sobie miejsce między drzewami i zaczyna rozbijać sobie obóz.

W tym miejscu zaczyna mnie lekko trafiać szlag. Bohater najpierw robi sobie miejsce, odrąbując „dwa sterczące korzenie” i wyrywając „wszystkie kępy paproci”. Potem odrąbuje z pnia szczapę, żeby zrobić z niej kołki do namiotu. Kolejne szczapy odrąbuje, żeby rozpalić ogień. A w międzyczasie wbija w drzewo gwoździe, żeby móc powiesić na nich rzeczy…

Kiedyś na obozie harcerskim wymyśliliśmy młodziakom zadanie polegające na rzucaniu w drzewo szyszkami i finką; w przypadku rzutów szyszkami punktowaliśmy trafienia, w przypadku finki – oczywiście sprawność umysłu i odmowę rzutu. No, ale macho Ernest H. na pewno się takimi drobiazgami nie przejmował.

Tępe norweskie łyżwy

Mistrzostwa świata w Falun przynoszą liczne niespodzianki. Dla nas jakże miłą niespodzianką (bo jednak za pewnik tego nie można było przyjmować) jest pierwszy w historii medal w sprincie drużynowym i pierwszy w historii medal Sylwii Jaśkowiec. Niespodzianką jest rozrzut medali, powodujący praktycznie brak „hegemonów” sięgających po medale seriami. Dość powiedzieć, że po rozdaniu ośmiu kompletów medali w biegach, jedynie pięcioro zawodników z 25 ma po dwa medale, z czego trójka „ratuje się” konkurencją zespołową (Northug, Falla i Nilsson).  

Zaskakująco słabo w technice łyżwowej wypada Marit Bjoergen. W biegu łączonym zaledwie szósta (półtorej minuty do medalu!), sprint drużynowy odpuściła, by zbierać siły na 10 km. Zapewne nie spodziewała się, że jak słabo w tym biegu wypadnie, nawet jeśli wziąć poprawkę na nietypowe warunki atmosferyczne i nietrafione smarowanie nart, to jednak zajmując 31. miejsce przegrała z trzema koleżankami z reprezentacji. Czyżby oszczędzała siły na jeszcze kolejny bieg…?

Nic jednak nie tłumaczy racjonalnie tego, co stało się dziś w biegu panów na 15 km. Norwegowie nie wypadli źle, meldując czterech reprezentantów w pierwszej dziesiątce, w tym jednego (najmniej spodziewanego) na najniższym stopniu podium. Gdzież jednak był ich lider? Mało, że przegrał z wszystkimi kolegami. Mało, że przegrał z wszystkimi Szwedami, Finami, Rosjanami czy Szwajcarami – on przegrał także z wszystkimi Polakami. Owszem, pokonał Irańczyka, Duńczyka, Węgra i wszystkich Australijczyków, ale zawodnikowi tak utytułowanemu jak Petter Northug wstyd trochę kończyć na 62 miejscu, blisko pięć minut za zwycięzcą. Jeśli dobrze liczę, to startujący trzy minuty za nim Cologna wyprzedził go przed metą…

Stabilność czy wyzwanie

Sezon ogórkowy w Formule 1 był tym razem jeszcze bardziej niesamowity niż poprzednio (choć wydawało się niewyobrażalne), przetasowania kierowców były prawie nieprzewidywalne, zarówno w czołowych zespołach, jak i w tych bardziej z tyłu (i tak na dobrą sprawę to wcale się nie skończył, bo ekipa Manor, czyli dawna Marussia, zaciekle walczy o wystartowanie w nowym sezonie, więc jeszcze dwóch kierowców być może do stawki doszlusuje). Dość powiedzieć, że pracodawców zmieniło dwóch mistrzów świata, mających łącznie na koncie sześć indywidualnych tytułów.

Co dalej? Po dwóch latach szalonych zawirowań (dość powiedzieć, że na dwudziestu zgłoszonych w tej chwili kierowców, zaledwie pięciu siedziało w tych samych fotelach dwa lata temu), wydawałoby się, że powinno się uspokoić. I być może będzie spokojnie… choć jest wciąż powód żeby się ekscytować. Powodem tym jest długość kontraktów niektórych kierowców, przede wszystkim urzędującego mistrza. Na dziś Lewis Hamilton ma – oficjalnie – kontrakt obowiązujący do końca roku 2015, od jakiegoś czasu trwają rozmowy o podpisaniu z Mercedesem nowego kontraktu. Plotki głosiły, że na fotel w Mercedesie ostrzył sobie zęby Fernando Alonso (licząc na to, że tam samochód wreszcie da mu szansę sięgnięcia po kolejny tytuł), ale z kontraktu z McLaren-Honda zapewne nie będzie się mu już łatwo wykręcić. Z końcem sezonu 2015 upłynie również podstawowy okres kontraktu Raikkonena w Ferrari, a czerwony bolid wydaje się, że solidnie przyspieszył względem poprzedniego sezonu…

Hamilton ma dziś dwa tytuły mistrzowskie, tyle co Alonso, mniej niż Vettel. W odróżnieniu jednak od nich zdobył je w dwu różnych zespołach – pierwszy w McLarenie, drugi w Mercedesie (i wydaje się głównym kandydatem do tytułu w tym roku, ale to dzielenie skóry na niedźwiedziu, który jeszcze smacznie zażywa zimowego snu). Mógłby dokonać wyczynu nieosiągalnego dla innych, gdyby… zmienił zespół i sięgnął po tytuł w trzech różnych stajniach, bijąc na głowę Sennę, Laudę czy Schumachera; jedynie bowiem w początkach Formuły 1 legendarny Juan Manuel Fangio zdobył swoje pięć tytułów w aż czterech różnych samochodach (Alfa Romeo, Ferrari, Maserati, Mercedes), po nim nikt nie osiągnął tego w więcej niż dwóch. Gdyby więc od roku 2016 Hamilton zaczął jeździć w Ferrari, to… na dodatek mógłby jeszcze w bezpośrednim pojedynku, w takich samych samochodach, udowodnić swoją wyższość nad Vettelem, symbolicznie pieczętując swój prymat w epoce „po Schumacherze”. 

Nie mam pojęcia, czy Hamilton taki scenariusz w ogóle rozważa, być może to tylko moje wymysły, a on sam negocjuje jedynie dokładną wysokość zapewne ostatniego już kontraktu z Mercedesem – ale podjęcie takiego wyzwania wydaje mi się czymś wspaniałym (zwłaszcza że Ferrari zapłaciłoby mu pewnie nie mniej niż Mercedes). W każdym razie od jego decyzji o kontrakcie na rok 2016 i następne zależą dalsze istotne ruchy transferowe.

Trochę nie rozumiem tej prosumpcji

pan Soukup wytłumaczył wszystkim jak to jest z tym alkoholem: żeby się opłacało go używać do oświetlania, to musi być tani – a wtedy wszyscy natychmiast zaczęliby go pić; dlatego trzeba zrobić z niego denaturat, a to kosztuje, i dlatego alkohol do picia musi być wielokrotnie droższy„*

To nie jest tak, że jestem przeciwny energii ze źródeł odnawialnych (choć do każdego źródła można mieć mniejsze lub większe uwagi, ale po pierwsze do czego nie można, a po drugie do energetyki konwencjonalnej znajdzie się ich więcej). Mam problem z tą całą poprawką prosumpcyjną, która – z tego co czytałem czy to w artykułach, czy to w drukach sejmowych i senackich – sprowadza się do tego po ile drobny producent energii (taki co to PROdukuje i część konSUMUJE, czyli „prosumuje”) będzie przymusowo sprzedawał wyprodukowany przez siebie prąd (bo poza tym to wszystkie przepisy ułatwiające tym drobnym producentom życie i tak zostały uchwalone). Celem jest, jak rozumiem, żeby w określonej perspektywie czasowej zakup instalacji (nietaniej) zwrócił się producentowi (a przynajmniej tym pierwszym szczęśliwcom, którzy zmieszczą się w limicie wydatkowym). 

Mam problem, bo jak na to nie patrzę, to mi wychodzi, że jest to fundowanie przez ogół tym, którzy i tak mają nieźle. Żeby zainstalować sobie wiatrak czy panele słoneczne (nie mówiąc o domowej biogazowni), trzeba mieć na początek nieruchomość, co już dość skutecznie eliminuje uboższych. Do tego trzeba mieć środki na zainwestowanie w instalację, póki co niemałe (i jakoś średnio wierzę w argument, że nagle masowa produkcja spowoduje potanienie – gdyby tak było, to można byłoby sprowadzać instalacje tanio z krajów, w których już są rozpowszechnione; jeśli zaś lokalni producenci wliczają sobie dopłatę za ryzyko, to znaczy, że dziś te urządzenia są solidnie przepłacone). Tylko tacy będą więc mogli (oprócz zaoszczędzenia na własnych rachunkach za prąd) dostawać za prąd cenę kilkakrotnie przewyższającą jego wartość rynkową (w stosunku do ceny hurtowej jakieś 4-5 razy). Jeżeli więc dziś cena prądu „ze źródeł konwencjonalnych” to 150 zł za MWh (15 gr za kWh), to kupno od prosumentów mocy dającej 10% zapotrzebowania po 750 za MWh oznacza, że średnia cena prądu (hurtowa) będzie wynosiła 210 zł za MWh (21 gr za kWh). A teraz dopiero doliczamy do tego koszty własne i zysk dystrybutora oraz podatek (nie wspominając nawet o opłatach przesyłowych)… w skali roku oznacza to co najmniej kilkadziesiąt złotych na gospodarstwo domowe tylko z tej racji, że trzeba zapewnić rentowność inwestycji tym lepiej sytuowanym.

Oczywiście, mam świadomość, że docelowo prąd i tak będzie musiał drożeć (bo nie liczymy kosztów ekologicznych i innych energetyki), a upowszechnianie OZE jest trendem rozsądnym. Wciąż jednak nie mam przekonania, że wybrany sposób wspierania tych mikroinstalacji jest właściwym (mam wrażenie, że sensowniejsze byłoby zagwarantowanie przystępnych cen instalacji, nawet z dopłatami budżetowymi czy z funduszy ochrony środowiska), skoro ci, którzy prądu muszą używać, zapłacą tym, których stać na inwestycje. Zwłaszcza, że ci, którzy uzbierają później, nie będą już mogli liczyć na takie same bonusy.

*cytat z grubsza dokładny, bo całkowicie z pamięci, ducha raczej oddaje niż dokładną literę, pochodzi z „Panoptikum grzesznych ludzi” Jiriego Marka, tak mi się nieodparcie nasunęło 

O molestowaniu seksualnym

Zacznę od jasnej deklaracji: nie wiem co się działo w redakcji pewnej telewizji ogólnopolskiej i nie zamierzam szczegółowo tego dociekać, w szczególności nie będę nikogo oskarżać, osądzać ani rozgrzeszać. Fakty jakie były takie były (no pun intended), chcę się skupić wyłącznie na pojęciu i jego recepcji.

Cóż bowiem przeciętny człowiek sobie wyobraża, kiedy słyszy o molestowaniu seksualnym? Samo najgorsze. W praktyce któreś z przestępstw opisanych w kodeksie karnym, jeśli nawet nie gwałt (który jednak „wymaga” zastosowania przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu), to jednak nadużycie stosunku zależności w celach seksualnych jak najbardziej (także na zasadzie „wymuszania kariery przez łóżko”). Są to jednak wyłącznie rozumienia potoczne, kodeks karny (ani szerzej: prawo karne) nie operuje pojęciem molestowania seksualnego, w przepisach na pewno nie, a i w nauce też nieszczególnie (skoro nie stanowi odrębnej formy czynu zabronionego).

Pojęcie molestowania seksualnego jest za to zdefiniowane w kodeksie pracy (gdyż to miejsce pracy jest najczęściej miejscem, w którym do takiego molestowania między dorosłymi będzie dochodzić). I tutaj osoby nie interesujące się tematem mogą się poczuć zaskoczone, gdyż definicja ta jest znacznie szersza niż te odruchowe skojarzenia. Art. 18[3a] paragraf 6 kodeksu pracy brzmi bowiem następująco:
„Dyskryminowaniem ze względu na płeć jest także każde niepożądane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika, w szczególności stworzenie wobec niego zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery; na zachowanie to mogą się składać fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy (molestowanie seksualne).”  

Chcę podkreślić zwłaszcza dwa elementy: po pierwsze, zachowanie stanowiące molestowanie seksualne zgodnie z definicją nie musi mieć charakteru seksualnego! Wystarczy bowiem, że odnosi się do płci osoby molestowanej, więc nawet „baba do garów” może stanowić molestowanie (nie ma przy tym znaczenia jaka to płeć, ani jakiej płci jest molestujący). Po drugie, kluczowe jest naruszenie godności pracownika (w ujęciu raczej zobiektywizowanym niż subiektywnym), choćby nie było to celem molestującego. Należy też pamiętać, że molestowanie seksualne zachodzi niezależnie od tego, jaka jest relacja między uczestnikami (paradoksalnie nawet podwładny może molestować przełożonego), ani też nie musi mieć charakteru powtarzającego się (odmiennie niż mobbing). Nie trzeba jednak popadać w przeświadczenie, że można molestować bezwiednie – z zawartego w definicji słowa „niepożądane” (które można i należy rozumieć też jako „nieakceptowane”) wynika, że molestowany powinien wyrazić swój sprzeciw, brak zgody na dane zachowanie. Dlatego też jeśli w jednym zespole opowiadanie świńskich historyjek („zachowanie werbalne o charakterze seksualnym”) będzie przejawem dobrej atmosfery (bo wszyscy wołają „jeszcze, jeszcze!”), o tyle w innym to samo zachowanie może stanowić molestowanie (jeśli jedna osoba powie „nie życzę sobie”). 

Tak jak napisałem na wstępie: nie wiem co rzeczywiście miało miejsce, która wersja jest bliższa prawdy. Cokolwiek się zdarzyło, mogło stanowić molestowanie w rozumieniu przepisów prawa, lub go nie stanowić, a wnioskowanie w oparciu o niepełną wiedzę jest rzeczą, której lepiej się zawsze wystrzegać.

Opłacona reklama zawsze na czasie

Wchodzę sobie rano na Bloksa. Loguję się, patrzę co nowego, wzrok prześlizguje mi się obojętnie po banerze reklamowym. Obojętnie, bo zobojętniałem co do zasady na internetowe reklamy, są prawie przezroczyste (bez adblocka), ale tym razem zwraca moją uwagę. Baner proponuje mi bowiem możliwość nabycia za wyjątkowo korzystną cenę prezentów walentynkowych. Zerkam w kalendarz, Dzień Świstaka się nie dzieje, przez rok mam te prezenty trzymać?

Z Bloksa przeskakuję sobie jeszcze na chwilę na forum. Tam dla odmiany zadziwia mnie reklama „magicznych ferii w kinie”. Junior właśnie zbiera się do szkoły po feriach… no dobra, rozumiem, w pięciu województwach ferie się dopiero zaczynają, czyli tylko skrypt jest bezmyślny i nie próbuje dostosować reklamy do mojej mniemanej lokalizacji (wprawdzie próbuje mnie lokalizować w Warszawie, ale tam ferie skończyły się dwa tygodnie temu).

Ciekawe co jeszcze mi dziś nieaktualnego zareklamują.