Trochę nie rozumiem tej prosumpcji

pan Soukup wytłumaczył wszystkim jak to jest z tym alkoholem: żeby się opłacało go używać do oświetlania, to musi być tani – a wtedy wszyscy natychmiast zaczęliby go pić; dlatego trzeba zrobić z niego denaturat, a to kosztuje, i dlatego alkohol do picia musi być wielokrotnie droższy„*

To nie jest tak, że jestem przeciwny energii ze źródeł odnawialnych (choć do każdego źródła można mieć mniejsze lub większe uwagi, ale po pierwsze do czego nie można, a po drugie do energetyki konwencjonalnej znajdzie się ich więcej). Mam problem z tą całą poprawką prosumpcyjną, która – z tego co czytałem czy to w artykułach, czy to w drukach sejmowych i senackich – sprowadza się do tego po ile drobny producent energii (taki co to PROdukuje i część konSUMUJE, czyli „prosumuje”) będzie przymusowo sprzedawał wyprodukowany przez siebie prąd (bo poza tym to wszystkie przepisy ułatwiające tym drobnym producentom życie i tak zostały uchwalone). Celem jest, jak rozumiem, żeby w określonej perspektywie czasowej zakup instalacji (nietaniej) zwrócił się producentowi (a przynajmniej tym pierwszym szczęśliwcom, którzy zmieszczą się w limicie wydatkowym). 

Mam problem, bo jak na to nie patrzę, to mi wychodzi, że jest to fundowanie przez ogół tym, którzy i tak mają nieźle. Żeby zainstalować sobie wiatrak czy panele słoneczne (nie mówiąc o domowej biogazowni), trzeba mieć na początek nieruchomość, co już dość skutecznie eliminuje uboższych. Do tego trzeba mieć środki na zainwestowanie w instalację, póki co niemałe (i jakoś średnio wierzę w argument, że nagle masowa produkcja spowoduje potanienie – gdyby tak było, to można byłoby sprowadzać instalacje tanio z krajów, w których już są rozpowszechnione; jeśli zaś lokalni producenci wliczają sobie dopłatę za ryzyko, to znaczy, że dziś te urządzenia są solidnie przepłacone). Tylko tacy będą więc mogli (oprócz zaoszczędzenia na własnych rachunkach za prąd) dostawać za prąd cenę kilkakrotnie przewyższającą jego wartość rynkową (w stosunku do ceny hurtowej jakieś 4-5 razy). Jeżeli więc dziś cena prądu „ze źródeł konwencjonalnych” to 150 zł za MWh (15 gr za kWh), to kupno od prosumentów mocy dającej 10% zapotrzebowania po 750 za MWh oznacza, że średnia cena prądu (hurtowa) będzie wynosiła 210 zł za MWh (21 gr za kWh). A teraz dopiero doliczamy do tego koszty własne i zysk dystrybutora oraz podatek (nie wspominając nawet o opłatach przesyłowych)… w skali roku oznacza to co najmniej kilkadziesiąt złotych na gospodarstwo domowe tylko z tej racji, że trzeba zapewnić rentowność inwestycji tym lepiej sytuowanym.

Oczywiście, mam świadomość, że docelowo prąd i tak będzie musiał drożeć (bo nie liczymy kosztów ekologicznych i innych energetyki), a upowszechnianie OZE jest trendem rozsądnym. Wciąż jednak nie mam przekonania, że wybrany sposób wspierania tych mikroinstalacji jest właściwym (mam wrażenie, że sensowniejsze byłoby zagwarantowanie przystępnych cen instalacji, nawet z dopłatami budżetowymi czy z funduszy ochrony środowiska), skoro ci, którzy prądu muszą używać, zapłacą tym, których stać na inwestycje. Zwłaszcza, że ci, którzy uzbierają później, nie będą już mogli liczyć na takie same bonusy.

*cytat z grubsza dokładny, bo całkowicie z pamięci, ducha raczej oddaje niż dokładną literę, pochodzi z „Panoptikum grzesznych ludzi” Jiriego Marka, tak mi się nieodparcie nasunęło 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s