Sobota Palmowa

Jutro Niedziela Palmowa. Względnie prosta logika sugeruje, że dziś w takim razie powinna być Sobota Palmowa (bo Wigilia Palmowa, przyznacie, nie brzmi jakoś szczególnie dobrze).

I pomyśleć, że mogłem sobie zrobić cały Tydzień Palmowy. Gdybym skorzystał z podesłanej mi wczoraj, naprawdę atrakcyjnej cenowo (pięć gwiazdek all inclusive za niespełna 1200 za tydzień) oferty last minute, i pojechał był dziś rano przed świtem na lotnisko, to teraz byczyłbym się pod palmami. Daktylowymi, ale zawsze.

Jeśli ktoś przypuszcza że mi palma odbiła, to uczciwie odpowiadam, że sprawdzę jutro, na razie jestem po prostu zmęczony po intensywnym dniu.

Canto nostalgiczne

Bóg dał nam Paryż, Wenecję
architekturę secesyjną, zegarki
i zegary art deco 

Kiedy w ostatnich tygodniach tekst ten zaczął krążyć po fejsbuku, wywołując niebezzasadne ochy i achy, ja… poczułem się niepewnie. Pod tekstem pojawiło się bowiem nazwisko Kotański (Andrzej), dotąd mi osobiście nieznane, tekst zaś był mi jak najbardziej znajomy…

dał nam poziomki
zamglone świty za oknem kawiarni
sklepy 

Zacząłem wtedy guglać intensywnie, znalazłem ten tekst oczywiście publikowany wielokrotnie w różnych zakątkach internetu dobrych kilka lat temu – ale cały czas nie umiałem się oprzeć przekonaniu, że dotarł do mnie dużo wcześniej, jeszcze w czasach powolnego internetu, kiedy wszystko co najfajniejsze chodziło w mailach (aczkolwiek nie były to już czasy, kiedy łatwiej było dostać płytę CD z zapisem „kompletnych interesujących stron internetowych” niż te strony załadować z sieci)

dał nam Tomasza Manna oraz Prousta
a także wrzosowiska Irlandii 

Dziś pojawił się znowu i aż – korzystając ze sprzyjających okoliczności – zapytałem (nieco podchwytliwie) o datę publikacji tego dzieła. A że Marceli bardziej jest ode mnie w internetsach biegły (a może też żyje w innym bąbelku Googla), to wynorał datę pierwotnej (?) publikacji prasowej: 1995. I zaraz uśmiechnąłem się, bo to znaczyło, że Szuwarek jak najbardziej mógł nam to przysyłać mailem w okolicach roku 2000.

oraz wymyślił bilard i nastolatki
i tysiąc innych rzeczy
jak wodospady, Boską Komedię,
fajki, wiersze Rilkego,
ulice wysadzane platanami
na południu,
amerykańskie samochody z lat czterdziestych,
pióra Mont Blanc, przewodnik
po Grenadzie oraz
Koniaki, Giny, Whisky i Bordeaux 

I tylko mam wrażenie, że na koniec dopisywano zwykle jakiś przymiotnik.

na pewno nie w tym celu
żebym siedział
przez osiem godzin dziennie
w pracy
jak jakiś chuj

/Andrzej Kotański, „Canto”/ 

Boję się własnych myśli

I znów śledzę informacje z portali i forów lotniczych, bo w trudnych do wytłumaczenia okolicznościach spadł samolot pasażerski, tym razem niemiecki lecący z Barcelony do Dusseldorfu. Rozbił się w Alpach, na skraju Prowansji.

Kiedy wczoraj przyglądałem się miejscu katastrofy, uderzało mnie, w jak bezludne miejsce trafił samolot lecący nad Francją jak po sznurku, bez próby odejścia na bok, zniżający się spokojnie aż do uderzenia w grań z pełną szybkością. Dręczyła mnie myśl (nawet o mało o tym nie napisałem), że wygląda to jakby piloci świadomie wybrali miejsce, w którym nikomu nie będą w stanie zaszkodzić (jeżeli nie mogą już uratować samolotu).

Włączam dziś rano wiadomości i czytam (niepotwierdzone na razie) informacje, jakoby kapitan miał wyjść z kabiny na chwilę, a po powrocie zastać zablokowane drzwi (mechanizmy uniemożliwiające terrorystom dostanie się do kokpitu). Cokolwiek stało się na pokładzie tego airbusa (a możemy się nie dowiedzieć patrząc na stopień zniszczenia samolotu), wygląda na to, że moje wczorajsze odczucia szły w dobrym kierunku. 

Niewyspany Hulk

Świt. Junior obudzony wcześniej przez Matkę, jest wizytowany przez Ojca w celach motywacyjnych związanych z Newtonowską dynamiką sempiterny. Junior zbolałym głosem (nieco smarka) rzecze do Ojca:
– Ale ja jestem strasznie niewyspany…

Na co Ojciec w lot odpowiada:
– Ja też jestem niewyspany, wstałem godzinę temu…*

I tylko Junior nie wie, że Ojciec w duchu dopowiada „jestem zawsze niewyspany” głosem Bannera z Avengersów – kiedy ten przed transformacją w Hulka mówi do Rogersa „Zdradzę ci sekret: jestem zawsze wkurzony”. 

*na faktach

Płacz nad zwycięstwem

Po pierwszej serii policzyłem szybko: Freund traci do podium jakieś osiem punktów, teoretycznie do odrobienia jeśli uda mu się „odpalić” na progu. W drugiej myśli policzyłem, że za zajmowane wówczas siódme miejsce dostanie 36 punktów do klasyfikacji Pucharu Świata, 64 mniej od zwycięzcy. Prevc tracił do Freunda w klasyfikacji Pucharu 44 punkty, gdyby więc skończył zawody na drugim miejscu (za 80 pkt), to byliby na równo punktami…

W drugiej serii Freund nie błysnął, po swoim skoku przegrywał z Hayboeckiem. Za chwilę jednak pozycję oddał mu Schlierenzauer i Niemiec mógł liczyć na co najmniej siódme miejsce na koniec dnia. Zostawało mu czekać na to, jak będą skakać następni. Fenomenalnie – najdalej dziś – poleciał Tepes i objął prowadzenie, Stoch trafił na podmuch w plecy i spadł z podium. Prevc miał wszystko w swoich rękach (nogach raczej)…

To po prostu niesamowita scena: słoweńska widownia powinna szaleć ze szczęścia widząc swoich skoczków na dwóch najwyższych stopniach podium. Tyle że kolejność była 1. Tepes, 2. Prevc, 7. Freund, i przy równej (!) liczbie punktów w klasyfikacji Pucharu Świata to Niemcy szaleli z radości, bo w takiej sytuacji decydowała liczba zwycięstw w sezonie. Pamiętam jak Janda z Ahonenem współwygrywali Turniej Czterech Skoczni, pamiętam jak Niemcy w Salt Lake City wygrali drużynówkę z Finami o 0,1 pkt, ale takiej sytuacji nie pamiętam – i cieszę się, że to oglądałem.

We własnym tłuszczu

Wymyśliłem to (nie żeby było to jakieś wielkie odkrycie) przy kaczce. To znaczy: po upieczeniu kaczki, zwykle w naczyniu zostaje sporo sosu, mocno tłustego. Jak się go odpowiednio wystudzi, zostaje smalec (jeżeli za mało się odparowało, to sos powinien się rozdzielić na dwie frakcje – jedną będzie smalec, a drugą całkiem niezła zwykle galaretka). Tenże smalec oczywiście świetnie się nadaje potem także do wszelkiego rodzaju smażenia…

Przy następnej kaczce zadałem sobie pytanie już na etapie przygotowania do pieczenia – a właściwie gdybym tak od razu jakoś wykorzystał te kawałki tłuszczu spod skóry (choćby do wysmarowania naczynia)… Potem to samo rozumowanie przeniosłem też na kury (całkiem tłuste bywają), i właściwie okazało się, że do przyrządzenia mięsa nie muszę sięgać po butelkę z oliwą, bo wystarczy odpowiednio wykorzystać własne (zwierzyny) zasoby tłuszczu.

Wziąłem dziś kawał karczku, rozdzieliłem mięso od tłustego. Wrzuciłem tłuste do gara, postawiłem na malutkim ogniu. Wytopiły się solidne dwie-trzy łyżki tłuszczu (co się nie wytopiło, okazało się nienajgorszą skwarką). Zastygły w sympatyczny smalczyk, który jednakowoż w późniejszym etapie spokojnie roztopiłem z powrotem i obsmażyłem wszystko jak należy, zanim przeszedłem do duszenia. I tak oto ani drobina się nie zmarnowała, a wieprzek okazał się samowystarczalny (i pyszny, dodajmy bez związku z głównym tematem).

Żal mi Olka Zniszczoła

To nie był wcale jakiś szczególnie zły skok: poprawnie na progu, dość równo w powietrzu, o lądowanie nie mam pretensji, bo przy krótkich skokach zawodnicy zwykle lądują zrezygnowani. Owszem, był to najkrótszy skok w konkursie (na 32), ale też był to skok z najmniejszymi szansami powodzenia: ruszał z najniższej, 4. belki (wszyscy pozostali nasi reprezentanci skakali z szóstej) i miał trzeci najsłabszy wiatr pod narty w całym konkursie (skaczący bezpośrednio po nim Takeuchi miał ponad dwa razy silniejszy, prawie półtora metra na sekundę, przy średniej w tej grupie 1,72 m/s). I oczywiście, oznaczało to że miał najlepszy w całym konkursie wskaźnik punktów bonusowych, bo aż +32,6, ale straconych punktów za odległość to nie rekompensuje. 

Pochylam się nad skokiem Zniszczoła, bo już widzę tu i tam marudzenia, że przez niego straciliśmy szansę na miejsce na podium. Istotnie, do trzecich Norwegów straciliśmy trzydzieści punktów z jakimś grosikiem, na pewno przyzwoity skok Zniszczoła był w stanie tę różnicę zniwelować. To po skoku Polaka belkę startową podniesiono i Takeuchi pofrunął o 50 metrów (i 60 punktów) dalej. Czy Zniszczoł potrafiłby polecieć równie daleko? W serii próbnej przy słabym wietrze, acz z dziewiątej belki, w warunkach niemal identycznych jak Japończyk, osiągnął 203 metry, dwa metry dalej od Takeuchi…

Żal mi Olka nie tylko dlatego, że przez błąd (bo tak należy nazwać decyzję o wyborze belki) sędziów i pech co do wiatru (skaczący przed nim Asikainen i Koudelka mieli wiatr silniejszy niż Takeuchi) nie tylko jest bezzasadnie obwiniany o kolejne „stracone podium”, ale także dlatego, że drugą serię odwołano – i zwyczajnie nie dostał szansy sobie polatać (o „rehabilitacji” dobrym wynikiem nawet nie mówię), w niedzielnym konkursie finałowym już nie wystąpi, w PŚ jest (jeszcze) 48, w klasyfikacji lotów 35 (a startuje czołowa trzydziestka).

A przy okazji dowiedziałem się, że (przynajmniej w Planicy) za wiatr pod narty mniej się punktów odejmuje, niż dodaje za wiatr w plecy.

Związek kierowców

Każdy ma prawo założyć jakąś organizację, na przykład zawodową, i często z tego korzysta (znaczy zakłada lub do już założonej przystępuje). Kierowcy wyścigowi nie są wyjątkiem, w końcu w zbiorowości siła i łatwiej cokolwiek załatwić wspólnie niż pojedynczo, już w 1961 roku powstał związek kierowców F1, używający nazwy Grand Prix Drivers’ Association (ciekawostka: od roku 1996 działa w formie brytyjskiej spółki z siedzibą w Londynie). Przynależność do niego nie jest obowiązkowa, ale ostatnio była zasadą raczej niż wyjątkiem.

Działalności GPDA prawie się nie dostrzega, ostatnio zwykle raz czy dwa razy do roku pokazywało się zdjęcie, jak cała grupa kierowców wesoło się uśmiecha przy wspólnej kolacji. Historycznie rzecz biorąc, GPDA od samego początku zajmowała się przede wszystkim kwestiami bezpieczeństwa w wyścigach, przyczyniając się do rozwoju standardów – i trudno powiedzieć żeby czymkolwiek jeszcze. Pod koniec zeszłego roku komentatorka Kate Walker pisała, że GPDA powinien okazać się organizacją godną swojej nazwy i zająć się prawami kierowców jako pracowników – przy czym punktem wyjścia dla jej wypowiedzi była sytuacja w McLarenie, który nie miał ogłoszonych kontraktów na rok 2015, i nie było wiadomo kto z trójki: Alonso, Button, Magnussen, zostanie na lodzie, w zasadzie może bez możliwości ścigania się w F1 (jak wiadomo, Alonso i Button mają ostatecznie kontrakty wyścigowe, a Magnussen kontrakt rezerwowego, z którego ile mógł, tyle skorzystał w ten weekend w Australii). 

Ani Walker, ani nikomu innemu raczej się nie śniło nawet, że pod znakiem respektowania kontraktów kierowców będzie stała pierwsza połowa marca. Sprawy wojny (krótkiej dość) między Giedo van der Garde a Sauberem o dostęp do fotela, zakończonej ostatecznie polubownie: rozwiązaniem kontraktu i wypłatą odszkodowania (obejmującego kwotę zapłaconą przez sponsorów prawie na rok przed rozpoczęciem sezonu), relacjonować tu w szczegółach nie będę. Kiedy jednak po raz pierwszy usłyszałem, że van der Garde ma w ręce wyrok uznający de facto ważność jego kontraktu na rok 2015, pomyślałem sobie „ciekawe kiedy odezwie się w tej sprawie szef GPDA Alex Wurz”. Wiedziałem, że Sauber ma niezaprzeczalnie równie ważne kontrakty wyścigowe z dwoma innymi kierowcami (których sponsorzy, ekhm, płacą zespołowi znacznie więcej), aczkolwiek w zeszłym sezonie nie próbowałem się nawet zastanawiać, dlaczego mimo gromkich protestów Holendra zespół podpisuje kontrakty z tymi „nowymi” (inna sprawa, że kontrakty są ściśle tajne, więc wszelkie rozważania byłyby czczymi dywagacjami). 

Van der Garde zakończył swoją przygodę z Sauberem publicznym apelem o wprowadzenie standardów chroniących prawa kierowców. Sauber ma przed sobą proces (zapewne o odszkodowanie) z Adrianem Sutilem, który również ma wazny kontrakt na 2015. Felipe Nasr i Marcus Ericsson, którzy w niedzielę zdobyli dla Saubera pierwsze od roku punkty, nie są zdaje się członkami GDPA.

W gościnie

Junior zgłasza się do Ojca po stuzłotową zaliczkę na szkolną wycieczkę (dobrze jest otrzymywać esemesy od dziecka, ale dlaczego „kochane pieniądze dajcie rodzice”?). Otrzymany banknot ogląda przez chwilę, po czym stwierdza:
– Po raz pierwszy w moim portfelu zagości banknot stuzłotowy…

Ojciec mruknął pod nosem, że faktycznie banknot będzie tam tylko gościem i to na krótko. 

Jeden procent podatku – podstawowe zasady

Po pierwsze zastanów się, czy za wszelką cenę musisz go komuś przekazywać. Jeżeli nie ulegniesz narracji, że musisz – to Twoje pieniądze najzwyczajniej zostaną w budżecie państwa (w części zostaną przekazane gminie, powiatowi i województwu) i zostaną wydane na drogi, szkoły czy filharmonie. Oczywiście, na ośmiorniczki i diety radnych też.

Po drugie zastanów się, czy wiesz coś o organizacji, której masz dać pieniądze, co właściwie robi? Czy dałbyś komuś swoje pieniądze tylko dlatego, że ktoś Ci podsunął numer konta (a nieraz przecież się zdarza, że o przekazaniu 1% podatku po cichu decyduje doradca podatkowy, albo bezrefleksyjnie wypełnia się PIT korzystając z programu komputerowego domyślnie wpisującego OPP wybraną przez jego twórców? 

Po trzecie zastanów się, czy organizacja szanuje Twoje pieniądze, czy też wydaje je niepotrzebnie?

Po czwarte zastanów się, ile z Twoich pieniędzy pójdzie na słuszny cel, trafi do osoby potrzebującej – a ile zgarną pośrednicy?

Po piąte uświadom sobie, że przekazywanie jednego procenta podatku nie robi z Ciebie dobroczyńcy. Jak chcesz komuś pomóc, po prostu wyślij mu pieniądze.

Po szóste: w razie wątpliwości, patrz punkt pierwszy.