Zasada ograniczonego zaufania na światłach

Był taki stary dowcip, jak to facet przejechał na czerwonym świetle, pasażer go pyta „co ty, zwariowałeś?!?” – „nie, spokojnie, mój szwagier tak zawsze robi”, po czym na następnych światłach zatrzymuje się na zielonym, a kiedy pasażer patrzy nań ze zdziwioną miną, odpowiada „no co ty, a jak mój szwagier będzie jechać?!?”

Dowcip to, jak wiadomo, tylko dowcip, ale coś w sobie ma: podpowiada, żeby zawsze zachować czujność. W tym roku, przyznam szczerze, doświadczam tego mocno. Najpierw zdarzyło się, że skręcałem na zielonym świetle w lewo, i gdy tylko wjechałem na swój pas, zobaczyłem jadącą mi naprzeciw „pod prąd” karetkę omijającą czekających na czerwonym. Mam nadzieję, że układ krążenia i nerwowy starszej pani, której wjechałem prawie pod nogi na chodniku, są w dobrym stanie. Później ruszałem spod świateł jako pierwszy na dużym skrzyżowaniu – tym razem z wyjeżdżającą z boku karetką rozminęliśmy się, bo ja dodałem gazu, a ona przyhamowała, takie wewnętrzne zrozumienie wykazaliśmy. Dziś rano wreszcie ruszałem niespiesznie w porannym korku spod świateł, gdy dojrzałem jak z boku na skrzyżowanie wjeżdża straż pożarna. Hamulec wciśnięty w podłogę, warczący ABS, zaciśnięte zęby – zatrzymałem się jednak przed zderzakiem samochodu przede mną, a tyle co zmieniłem ubezpieczyciela…

Nie ukrywam, już od pierwszej przygody dojeżdżam do świateł (tych większych zwłaszcza) z większą ostrożnością, bo jednak wolałbym nie sprawdzać czy mam jeszcze wystarczająco dużo szczęścia. Zastanawiam się tylko – takie zezowate szczęście do uprzywilejowanych pojazdów to? Zestarzałem się? Za głośno muzykę w samochodzie puszczam?

W każdym razie, bądźcie czujni także na zielonym świetle. Szwagier nie szwagier, a nuż ktoś pojedzie…

Wpatrując się w napisy

Wygląda na to, że pół świata było w ten weekend na SPECTRE (bo recenzyjki sypią się od lewej do prawej), więc pora chyba samemu coś skrobnąć o 24 Epizodzie. 

Przyznam… pod koniec filmu byłem w zupełnie nieoczekiwanym nastroju, mianowicie patrzyłem w ekran z niedowierzaniem i mamrotałem (mam nadzieję, że dość cicho) „nie, to się nie może TAK skończyć”. O ile film na różne sposoby nawiązywał do bondowskiej klasyki, z Organizacją WIDMO na czele (ach, dlaczego Blofeld nie był łysy!), to zupełnie nie do przyjęcia było idące w poprzek całej klasyce finałowe rozwiązanie, Ten Wielki Złoczyńca najzwyczajniej nie zasługiwał na to co wymyślili scenarzyści. Kiedy zapaliło się światło, patrzyłem dalej na ekran, na płynące napisy, mając nadzieję, że nastąpi jakaś nieoczekiwana przebitka dająca nadzieję. Doczekałem aż do końca napisów i jedynym źródłem nadziei był rutynowy napis JAMES BOND WILL RETURN, nadziei – bo to co zobaczyliśmy na ekranie pasowało tylko i wyłącznie do wariantu JAMES BOND IDZIE NA EMERYTURĘ.

Sam film – dużo dobra dla oczu, przecudne sceny w Meksyku, Rzymie i w Austrii, autocytaty (zwłaszcza klinika na alpejskim szczycie jak w W Tajnej Służbie Jej Królewskiej Mości i walka w pociągu niczym z Pozdrowieniach z Moskwy czy Szpiegu Który Mnie Kochał). Z rozumem miejscami gorzej (choć bez takich wysilonych pomysłów jak Silva specjalnie planujący bombę w tunelu metra, użyteczną wyłącznie w sytuacji kiedy akurat ktoś będzie go ścigał w dokładnie określonym czasie i odległości) – chcę wierzyć, że scen z Moniką Bellucci miało być więcej, tylko wyleciały w montażu (inaczej jej obecność na ekranie jest kompletnie pozbawiona fabularnego sensu). Och, jak miło zobaczyć znów po latach ukrytą na odludziu tajną bazę Złego, szkoda że w tamtym momencie nie udało się zakończyć filmu. No i za bardzo na siłę próbowano połączyć cztery filmy wspólną klamrą – przecież to niewyobrażalne, by Le Chiffre był człowiekiem (filarem!) SPECTRE, skoro tak naprawdę kontrolował go Mr White (natomiast myśl, że Quantum działa jak SPECTRE, zupełnie nie była mi obca w przeszłości). 

Mam szczerą nadzieję, że następny film zacznie się od pokazania, w jaki sposób Mr Hinx odbija Blofelda (po Mirandzie Frost, Mitchellu i Denbighu trudno uwierzyć, że w MI6 nie ma już więcej kretów), żeby mógł pozbyć się włosów na przyszłość. No, chyba że przegapiłem moment, w którym zginął, co wspierałoby tezę WO, że Mr Hinx to wyjątkowo nieudany henchman.

Co, jak, gdzie?

I znów dramatyczne sceny, znów rozpacz, znów samolot spadł na ziemię. Tym razem nie ma problemu gdzie spadł, to było wiadomo od razu że na synajską pustynię (nie wnikam w dokładność wielokrotnych przekładów, ale główna część samolotu wylądowała w miejscu zwanym Doliną Ciemności…). I znów spędzam czas na niecierpliwym poszukiwaniu strzępów informacji, podawanych w serwisach branżowych. 

Tym razem istotą zagadki jest „CO się dokładnie stało”. Wiadomo mniej więcej, że coś jakby urwało w powietrzu tylną część samolotu, ale nie wiadomo co dokładnie i w jaki sposób. Są dwie zasadnicze koncepcje: że była to awaria techniczna bądź bomba (z mniej prawdopodobnych tylko napomknę o możliwości trafienia meteorytem oraz o wyjątkowym zbiegu okoliczności prowadzącym do zupełnie nieoczekiwanej eksplozji na pokładzie, spowodowanej kombinacją różnych drobnych nieprawidłowości ludzkich). Za awarią przemawiałby brak (na razie) jakichkolwiek wyraźnych śladów zamierzonej eksplozji oraz fakt, że samolot ileś tam lat temu miał nieszczęście lekko zawadzić o ziemię, co mogło osłabić konstrukcję (mimo iż naprawiali ją specjaliści z Airbusa). Za zamachem bombowym optują natomiast rządy anglosaskie, które miały podsłuchać bliżej nieznane rozmowy ludzi związanych z terrorystycznymi ugrupowaniami islamskimi, wskazujące na dokonanie bądź też plany dokonania zamachu bombowego (potraktowały to na tyle poważnie, że Brytyjczykom w Sharm-el-Sheik zalecono wstrzymanie się z odlotem do czasu zabezpieczenia lotniska, a i tak bagaże mają wrócić osobnym samolotem transportowym). 

Osobiście nie próbuję stawać po żadnej ze stron, bo ufam wyłącznie temu, co zostanie znalezione na szczątkach. W każdym jednak z wariantów kluczowym będzie jednak udzielenie odpowiedzi GDZIE dokładnie nastąpiło zdarzenie prowadzące do rozpadu samolotu oraz JAK dokładnie przebiegał zainicjowany tam proces. Znamienne wydaje się, że rejestratory w „czarnych skrzynkach” zamilkły jak na komendę (nic nietypowego ponoć nie rejestrując), zupełnie jakby ktoś wziął i w ułamku sekundy odciął kable doprowadzające do nich dane (lub, jak już ktoś też zasugerował, jakby rejestratory zostały celowo wyłączone).

Nie wiem kiedy poznamy odpowiedź, wiarygodnych przecieków na razie brak (niektórzy też z tego wyprowadzają pewne wnioski…)

Jak nudno byłoby bez mercedesów

Sezon 2015 dobiega końca, Hamilton zapewnił sobie trzeci tytuł (choć w drugim zespole), jego zespół zapewnił sobie kolejny tytuł mistrzowski – a do końca sezonu jeszcze parę wyścigów. To jest taki moment, kiedy emocje już opadają, kiedy rywalizacja staje się poniekąd o pietruszkę, o statystyki, o pojedyncze sukcesy indywidualne – wtedy jednych ogarnia znudzenie, a innych różne myśli w stylu „a co by było gdyby”.

Cztery lata temu w podobnej sytuacji popełniłem rozważania „a co gdyby Vettela nie było„. Parę miesięcy temu mignął mi gdzieś podobny tekst dotyczący tego roku, tyle że odnoszący się do całego zespołu Mercedesa, z bardzo interesującymi wnioskami. Poszedłem więc tokiem myślenia w tamtym artykule i przeliczyłem wyniki poszczególnych wyścigów (oraz zdobyte w nich punkty) celem ustalenia jak wyglądałby bieżący sezon, gdyby nie uczestniczyły w nim Srebrne Strzały. Wyniki.. były zgodne z wnioskami tamtego artykułu.

Gdyby więc Mercedesa nie było w stawce, to obecnie mielibyśmy niezmiernie pasjonującą walkę… o drugie miejsce wśród kierowców, Raikkonen, Massa i Bottas stale zmieniają się miejscami (chwilowo prowadzi ten trzeci). Po prowadzeniu od początku sezonu Ferrari na amerykańskiej ziemi ostatecznie przypieczętowałoby tytuł wśród konstruktorów. A tytuł mistrzowski? Vettel zapewniłby go sobie już w Japonii, na pięć wyścigów przed końcem, mając wtedy na koncie 11 zwycięstw w 14 wyścigach (dokładając później jeszcze dwa)…

Cieszmy się więc mimo wszystko z obecności Mercedesa w stawce i zapewnianej przez jego kierowców jeszcze do niedawna rywalizacji o tytuł mistrzowski. Bez niego moglibyśmy głównie cieszyć się pierwszym zwycięstwem Grosjeana oraz pierwszymi podiami Verstappena. Co ciekawe, nawet w takiej sytuacji do podium nie dałby rady doskoczyć uważany za utalentowanego Hulkenberg…

Taką jesień chcemy kochać

Rzuciło mnie wczoraj w ciut dłuższą podróż służbową. Zaplanowałem ją sobie tak, aby rano ruszyć szybciej i dojechać autostradą, natomiast co do powrotu… poważnie się zastanawiałem, czy nie pojechać sobie drogą równoległą do autostrady (poznaj swój kraj), jeśli tylko czas i warunki pozwolą.

Ruszyłem więc. Jazda autostradą ma to do siebie, że jest nudna, chyba że się mocno dociska (a takiej potrzeby nie miałem). Za Gliwicami… sądzę, że stałem się irytujący dla innych kierowców, gdyż zacząłem się trzymać prędkości 100-110 km/h (na prawym pasie, oczywiście) – po prostu zbyt ładnie było wokół. Autostrada sporymi odcinkami została poprowadzona przez las, a słońce tylko podkreślało jego wszystkie kolory. Aż się chciało patrzeć, przy większej prędkości zwyczajnie mniej i krócej się widzi (nie wspominając o bezpieczeństwie jazdy). 

Na miejscu odbyłem (poza obowiązkami) mały spacer, ciesząc oko pięknem drzew nad kanałem… i przyszła pora wracać. Wahałem się, wahałem – w końcu skręciłem na drogę krajową zamiast na autostradę. I… co z tego że wracałem o prawie godzinę dłużej. Mimo że droga prosta jak strzelił, szeroka (dość, na tzw. półtora pasa), zupełnie nie chciało mi się rozpędzać. Po lewej – las, po prawej las, przyglądałem się w zachwycie palecie złotej jesieni, z trudem nadążając za zmianami kolorów między żółtymi, brązowymi, zielonymi, czerwonymi (napisałbym też o pomarańczowych, ale jak wiadomo, faceci nie znają się na kolorach, więc pewnie był to jakiś odcień wcześniej wymienionych). Zwłaszcza odcinek między Opolem a Nakłem był taki cudny, jakaś wieś pośrodku dawała chwilę wytchnienia od uniesień estetycznych. A kiedy brakło lasu, to zwykle drogę od pola oddzielał drzew szpaler, niewiele tylko mniej barwny, a też oko cieszący. 

Zdjęć… nie będzie, i tak by wszystkiego nie oddały, a poza tym jednak zza kierownicy kiepsko się robi, jak ktoś nie jechał ostatnio sam przez las to może zobaczyć jak to w zeszłym roku wyglądało. A na tegoroczne zdjęcia zapraszam do Stradoviusa.

Tragedia Górnośląska

To pojęcie przebija się do świadomości publicznej. Odchodzący właśnie sejm przyjął wiosną uchwałę w sprawie upamiętnienia Tragedii (pełna nazwa to „uchwała w sprawie uczczenia ofiar Tragedii Górnośląskiej z 1945r.„), przy okazji w gmachu sejmowym przez tydzień funkcjonowała specjalna wystawa historyczna, odbyła się w Sejmie konferencja naukowa transmitowana przez telewizję sejmową, zapis jest dostępny na stronie sejmowej

Nie będę tu opisywał czym Tragedia była. Po prostu odnotowuję pro memoriam, właśnie kończę czytać materiały z konferencji (dostępne dla każdego, wystarczy ściągnąć), niech każdy wybierze w jaki sposób będzie się zapoznawał z tym kawałkiem naszej historii, jednym z mniej chlubnych.

Klauzula sumienia znów rozpala

Piszę „znów”, bo takich sytuacji, w których stawała się tematem gorących dyskusji, było już kilka (sam byłem zaskoczony w ilu notkach mniej lub bardziej poważnie pojawiał się temat sumienia). Dziś asumpt do gorzenia dał wyrok Trybunału Konstytucyjnego, rozpatrującego skargę na przepisy o lekarskiej klauzuli sumienia. Trybunał dopatrzył się tu i ówdzie niekonstytucyjności, po czym…

Przyznam szczerze, byłem od razu ciekaw co dokładnie – i z jakiego powodu – uznano za niekonstytucyjne (bo przepis można pod różnym kątem obwąchiwać konstytucyjnie, ale Trybunał bada tylko to, o co go wyraźnie zapytano, nie wychodząc ponad pytanie choćby nawet był święcie przekonany, że można uznać niekonstytucyjność z innych powodów niż we wniosku wskazano). Doczekałem się w końcu tej chwili, kiedy wyrok umieszczono na stronie Trybunału (a nie tylko był znany z relacji „Rzeczypospolitej”), prześledziłem szybko, pokiwałem głową że w gruncie rzeczy dość zrozumiały. Zerknąłem wtedy na portal i we mnie samym troszkę się zagotowało, gdyż bez względu na wektor, nie lubię publicznego wyrażania nieprawdy. A na portalu już z nagłówka waliło fałszem, potwierdzonym w tekście. Anonimowy autor (w oparciu o depeszę PAP, być może to tam fałsz został zapoczątkowany) wyrażał bowiem myśl, jakoby Trybunał zniósł wszelkie ograniczenia lekarskiej klauzuli sumienia, pozwalającej na odmowę dokonania zabiegu (w praktyce: aborcji) w pewnych warunkach („zawsze może skorzystać z klauzuli sumienia„).

Na czymże ten fałsz polega? Otóż będący przedmiotem skargi art. 39 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty pozwala lekarzowi na odmowę dokonania zabiegu (w języku ustawy: wykonania świadczenia zdrowotnego) jeśli byłoby to niezgodne z jego sumieniem – jednak z obowiązkiem respektowania art. 30 tejże ustawy, zgodnie z którym lekarz ma obowiązek wykonania zabiegu, jeżeli jego opóźnienie powodowałoby niebezpieczeństwo utraty życia, niebezpieczeństwo ciężkiego naruszenia ciała, niebezpieczeństwo ciężkiego rozstroju zdrowia, oraz jeśli zachodzą inne „przypadki nie cierpiące zwłoki”. Przedmiotem skargi w odniesieniu do tego przepisu były wyłącznie „przypadki nie cierpiące zwłoki” (z konstrukcji przepisu wynika, że są to sytuacje w których nie zachodzi niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia) i wyraźnie do tego tylko fragmentu odwołuje się wyrok Trybunału (który uznał, że wolność sumienia jest na tyle ważna, że jej ograniczanie ustawą musi być na tyle dobrze opisane, żeby była możliwa ocena jakie dobra byłyby chronione wskutek takiego ograniczenia i czy jest to uzasadnione). W pozostałych przypadkach ograniczenia klauzuli pozostają zatem nietknięte. O tym jak wyglądają komentarze do tego wyroku to aż pisać hadko…

Dla porządku dodam jeszcze że Trybunał uznał też za niedopuszczalne nakładanie na medyka korzystającego z klauzuli sumienia obowiązku wskazania takiego medyka, który się na klauzulę nie powoła – stwierdzając, że to nie jest właściwy sposób gwarantowania praw pacjenta (zapewne obowiązki w tym zakresie powinien posiadać szpital/przychodnia, zwłaszcza jeśli ma kontrakt na takie zabiegi, względnie NFZ). W pozostałym zakresie ustawowe rygory związane z klauzulą uznał za prawidłowe. 

Trochę się boję tego, jakie komentarze zobaczę jutro. 

PS To nie jest tekst o klauzuli jako takiej. 

PS 2 Lead umieszczony na stronie głównej portalu („Dlaczego dziennikarze robią sensację w sprawie lekarskiej klauzuli sumienia”) jest wyłącznie autorstwa portalu. Jestem pod wrażeniem jego głębokiej autoironii :)))

Trzy kwartały książek

Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z jednym przedstawicielem handlowym dużej firmy, który zdradził, że plan sprzedaży za cały rok zwykle wyrabia (co gwarantuje mu określoną premię) do sierpnia-września, a potem do końca roku ma właściwie wolne (być może mógłby nakręcić jeszcze większą sprzedaż, ale po pierwsze nie dostałby za to aż tak dużej premii, a po drugie być może w następnym roku dostałby znacznie wyższy plan do wykonania). Czuję się w zasadzie podobnie – roczny plan wykonałem w sierpniu, a teraz czytam już tylko dla przyjemności 🙂 

Niemniej przyjemność przyjemnością (cóż, nie zawsze się zresztą trafi na książkę gwarantującą przyjemność czytania), ale tradycji niech stanie się zadość – skoro dziś ostatni dzień kwartału (i właśnie skończyłem czytać książkę), to pełna lista przeczytanych w tymże kwartale wg kolejności ukończenia:

40. Oksana Robski, Szczęście nadejdzie jutro
41. Wawrzyniec Podrzucki, Uśpione archiwum /e/
42. Wawrzyniec Podrzucki, Kosmiczne ziarna /e/
43. Wawrzyniec Podrzucki, Mosty wszechzieleni /e/
44. Joanna Dziwak, Gry losowe /e/
45. Adam Wiśniewski-Snerg, Robot /e/
46. Terry Pratchett, Łups! /p/
47. Daniel Kot, Kierunkowy 22 /e/
48. Adam Wiśniewski-Snerg, Nagi cel /e/
49. Jerzy Żuławski, Na srebrnym globie /e/
50. Anne Tyler, Święty Być Może 
51. Szczepan Twardoch, Drach
52. Alice Munro, Widok z Castle Rock
53. John Burdett, Detektyw z Bangkoku
54. Michael Connelly, Oskarżyciel
55. Jeronimo Tristante, Tajemnica domu Arandów
56. Ostatnia karczma. Zbiór opowiadań /p/
57. Jeffrey Archer, Pierwszy cud
58. Michał Bułhakow, Biała gwardia
59. Jeronimo Tristante, Zagadka ulicy Calabria
60. Mariusz Czubaj, 21:37
61. Laurence J. Peter, Raymond Hull, Zasada Petera /p/
62. Jean-Christophe Grange, Las Cieni
63. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy

W sumie 24.. a tak się krygowałem po drugim kwartale… Na koniec roku myślę, że dam od razu zbiorczo za całe 12 miesięcy.