Pytania

Po wieczornej tragedii w Nicei mnożą się w kółko.

Czy to zamach islamistów? (brak jakichkolwiek śladów lub powiązań)
Czy to robota cyklistów? (sprawca miał rower)
Skąd sprawca wziął granaty znalezione w ciężarówce? (sprzeczne dane o tym czy były, czy były atrapami)
Skąd sprawca wziął broń maszynową znalezioną w ciężarówce? (też sprzeczne dane)
Skąd w ogóle sprawca miał dostęp do broni, skoro pół roku temu zatrzymano go za incydent z bronią, a we Francji nie jest łatwo dostać pozwolenie na broń?
Czy sprawca oszalał z nienawiści do byłej żony? (lub przyszłej byłej, informacje o rozwodzie są sprzeczne, czy był w toku, czy już sfinalizowany)
Czy nie strach jechać do Francji? (bardziej niż do Dusseldorfu liniami Germanwings czy na Nowy Rok do Kamienia Pomorskiego)

Nie wszystkie pytania są poważne, ale po mózgu kręci się wszystko. Zdrowy mózg przynajmniej eliminuje ewidentne przejawy głupoty, zwłaszcza spowodowane uprzedzeniami i fałszywymi założeniami. Czasem trzeba z mózgu wyrzucić, żeby nie oszaleć.

Faworyt na własnych śmieciach

4 lipca 2004, Lizbona. Wielka Portugalia gra przed własną publicznością z małą Grecją w finale mistrzostw Europy.

19 maja 2012, Monachium. Wielki Bayern gra przed własną publicznością z pokiereszowaną Chelsea dowodzoną przez tymczasowego trenera w finale Ligi Mistrzów.

10 lipca 2016, Paryż. Wielka Francja gra przed własną publicznością z małą Portugalią (osłabioną po kwadransie przez kontuzję Cristiano Ronaldo) w finale mistrzostw Europy.

Tu się pcha jakiś bonmot, że wielkość poznaje się na koniec.

Biegnący człowiek (the running man)

Pojęciem znanym każdemu sportowcowi i kibicowi jest aut, przekroczenie linii ograniczającej przestrzeń zawodów. Bywa on definiowany przeróżnie – w futbolu wystarczy samo opuszczenie przez piłkę całym obwodem przestrzeni (niewidzialnego prostopadłościanu) wyznaczonej przez linie ograniczające boisko, w tenisie czy siatkówce piłka musi dotknąć ziemi (lub innego obiektu, nie wchodźmy w niuanse), podczas gdy zawodnik ją może śmiało poza tymi liniami odbijać. W koszykówce aut jest także wtedy, kiedy dotknie jej zawodnik będący poza boiskiem, przy czym wg przepisów „europejskich” w każdym przypadku, a wg przepisów „amerykańskich” tylko jeżeli zawodnik dotknął wcześniej podłogi lub dowolnego przedmiotu (np. ławki) poza boiskiem, dlatego w NBA czasem można zobaczyć efektowne próby ratowania piłki wychodzącej na aut poprzez wielki skok, zgarnięcie piłki i jej odrzucenie na boisko zanim zawodnik wyląduje.

W F1 (i innych wyścigach samochodowych) piłki oczywiście nie ma, co nie oznacza, że kwestie związane z „autem” (no pun intended) nie istnieją. Każdy kierowca świetnie zna pojęcie track limits, czyli białych linii wyznaczających granice toru (krawężniki znajdują się już za nimi), oraz zapisany w regulaminach zakaz jazdy poza torem (co oznacza, że jakaś część samochodu musi pozostawać co najmniej na tej białej linii). Wydaje się z pozoru dziwne, że ktoś mógłby próbować jeździć poza asfaltem (ach, te czasy kiedy poza torem były trawniki, żwir lub zgoła bariery), ale przy współczesnych standardach bezpieczeństwa przestrzeń poza torem jest w wielu miejscach wybetonowana (kąśliwie mówi się o lotniskach), przez co wyjazd poza tor może nie tylko nie oznaczać straty (prędkości ani czasu), ale zysk. W przepisach zaś zakazane jest uzyskiwanie przewagi w wyniku wyjeżdżania poza tor. W wyścigu może to oznaczać karę, w kwalifikacjach zaś – skasowanie czasu okrążenia, podczas którego kierowca wyjechał poza tor (i zyskał przewagę).

I właśnie takie kasowanie czasów okrążeń dostarczyło nam niezapomnianego widoku na Silverstone. Jenson Button z powodu awarii tylnego skrzydła nie wyjechał ponownie w Q1, w ostatnich sekundach rywale zepchnęli go na siedemnaste miejsce (pierwsze odpadające). Wysiadł z auta, rozebrał się, poszedł do strefy dla mediów – po czym nagle wrócił z niej biegiem, kiedy mu powiedziano, że prawdopodobnie czas jednego z bezpośrednich rywali (Kevina Magnussena) zostanie skasowany. Włożył z powrotem kombinezon w szampańskich barwach, wsiadł do bolidu, zapiął pasy i czekał, kamera przeskakiwała z jego mclarena na renault Magnussena – by w końcu okazało się, że sędziowie nie dopatrzyli się przekroczenia, bo fragment koła Magnussena pozostał na białej linii (kibice piłkarscy powiedzieliby: koło nie przekroczyło całym obwodem…).

Jenson Button raczej nie miał nic przeciwko przebieżce, bywa też triathlonistą.

Total Recall

Pisałem kiedyś, że filmy oglądam w telewizji połówkami (najczęściej drugimi), przynajmniej jeśli chodzi o filmy nadawane „po dzienniku”. Są jednak przypadki (i kanały) gdzie filmy puszcza się o różnych porach, więc wtedy można spokojnie obejrzeć całość lub… pierwszą połówkę.

Zupełnie nie mogę sobie przypomnieć (pun intended) co było powalającego w starym poczciwym Total Recall ze Schwarzeneggerem. Oczywiście dla fanów Arniego był Arnie (Sharon Stone była jeszcze przed Nagim instynktem, choć świetna), było trochę efektów robiących „oh!” na tamte czasy i „eh” dziś, fabuła na motywach Dicka nie brała mnie nigdy (najlepiej chyba kojarzę, że w pokazanej w Hot Shots Part Deux rywalizacji o największą ilość trupów w filmie Total Recall gdzieś tam się przewinęło). Dlatego od początku zadawałem sobie pytanie: po co kręcić temu remake?

W remake’u jest inna zupełnie sceneria (nie żeby mnie ruszał pomysł z windą z UK do Australii przez środek Ziemi), zamiast Arniego jest Colin Farrell (zostawiam paniom ocenę wrażeń estetycznych), zamiast Sharon Stone.. jest Kate Beckinsale. Jak już pisałem, Kate is enough reason to watch this shit (choć opowieści o wąpierzach i wilkołakach zdzierżyć nie umiem nawet w jej towarzystwie), a podkreślić należy, że kamera skupia się bardziej na akcji niż na Kate (co nie przeszkadza Kate wypadać znakomicie). Przypuszczam jednak, że nie poświęcałbym czasu na ten współczesny Recall, gdyby nie urzekająca wizja Kolonii (nie Koeln, tylko Australia AD 2099), malowanego na wzór Chinatown, po którym Quaid (bohater, gdybyście nie pamiętali) skacze uciekając przed rozgniewaną żoną.* A potem przenoszą się na drugą stronę Ziemi, pojawia się jakaś Biała Dżesika i generalnie powoli robi się do zapomnienia (nawet jeśli Kate nie daje nam spokoju).

To jest ten przypadek, kiedy oglądam pierwszą połówkę.

Maki

W ostatnich czasach łatwo je u nas spotkać. Rosną całymi stadami wzdłuż świeżo pobudowanych autostrad i innych podobnych inwestycji, jak również w miejscach po przy zwykłych przydomowych wykopkach. Nawet kiedyś miałem o tym napisać po prostu. 

W Kalifornii (może w całej Ameryce, nie wiem) rosną w kolorze złotym, pamiętam jak z dużym niedowierzaniem przyjmowałem przekłady Steinbecka. U nas to wszak kanoniczna czerwień spod Monte Cassino, dla Brytyjczyków – czerwień pamiątki I wojny, dla nich bardziej traumatycznej niż drugiej.

Kilka dni temu Brytyjczycy pochylali głowy w zadumie nad stuleciem rozpoczęcia Bitwy nad Sommą. W Dzień Pierwszy brytyjskie straty wyniosły ponad 57 tysięcy żołnierzy, w tym ponad 19 tysięcy poległych (dla porównania: podczas D-Day brytyjskie straty to około 3 tysięcy żołnierzy). Jeden z blogerów napisał, że maki rosną tylko we wzruszonej ziemi, dlatego właśnie tyle ich rosło tego lata we Francji (i dlatego rosną wokół budów).

Kiepski Nostradamus

Przewidziałem, że trafimy.
Przewidziałem, że Ronaldo nie trafi (wyczerpał swój limit dwóch goli na Euro, seria karnych się nie liczy).
Przewidziałem, że Lewy trafi (serie karnych się nie liczą).
Przewidziałem, że prawdopodobnie nie wyjdziemy na zero z tyłu.

Przewidywałem, że strzelimy więcej.

Na stos z takimi przepowiadaczami 🙂

Dzięki, chłopaki.
Dzięki, Kuba. 

Na Islandii nie ma drwali

Islandia jest krajem w zasadzie pozbawionym lasów, zajmują jakiś 1% powierzchni (tyle co konurbacja górnośląska). Kiedyś było inaczej, ale przez 700 lat Islandczycy swoje lasy zwyczajnie wycięli (i spalili w większości). To co zostało, to głównie brzózki, topole, jarzębiny, starają się dosadzać i powolutku odtwarzać. Leśnik – są tam tacy – kojarzy się raczej z tym, kto las sadzi, niż z tym, który w nim drzewa wycina. 

Islandczycy kojarzą się, rzecz jasna, z wikingami, choć raczej od wikingów pochodzą, niż ich na cały świat wysyłali. Fizycznie wiking kojarzy się nieco z drwalem, to ten typ drwaloseksualności, ale nie ma co sądzić po pozorach. Islandzcy piłkarze nie są może wirtuozami techniki, ale w meczu przeciwko Anglikom grali momentami wręcz błyskotliwie (choć dominującym określeniem byłoby raczej „rozważnie”, kapitalnie wybierając kierunki odegrania piłki na przetrzymanie, jak również unikając zbędnego ryzyka), zwycięski gol padł po akcji tak zgrabnej, że Hiszpanie by się jej nie powstydzili, a Anglicy winni ją nagrać i powtarzać pomiędzy treningami w klubach Premier League, żeby się nauczyć grać w piłkę. 

Na Islandii nie ma drwali, a w każdym razie nie zostali zabrani na Euro.

Policja broni, Policja radzi, Policja nigdy cię nie zdradzi

Smutna historia z wczoraj, przez smutną matkę spisana (pisownia oryginalna, wulgaryzmy w ramach cytatów z funkcjonariuszy).

Serdecznie dziękuję policjantowi o numerze służbowym: 96 58 30 i Polskiej Policji za skuteczne zniwelowanie 20 lat mojej pracy wychowawczej.

Wracającego znad Wisły 20-latka policja zaprosiła do radiowozu za znaczek Razem na plecaku.

ZA ZNACZEK NA PLECAKU.

Tam, w zaciszu, bez świadków, policjant-kozak mówił, że nie lubi lewackich kurew i pedałów. Zapytał, czy młody lubi w dupę i czy bzyka się z pedałem Zandbergiem.
Zapytał, czy jest komunistą czy tylko lewacką spierdoliną.

Pierwszy błąd — delikwent założył, że nie zrobił nic złego i może nie mieć dowodu.
Drugi błąd, że potem jednak ten dowód znalazł.

Panowie policjanci mu do wyboru mandat albo Kolska.

Błąd trzeci — młody mandat przyjął, chociaż pałowania i paralizatorów w ofercie nie było, ale może był to pakiet specjalny.
Błąd czwarty — uwierzył w to, co mówił policjant, że mandat 200 zł i podpisał nie sprawdzając kwoty.

W efekcie dostał mandat za 600 zł za „wprowadzenie funkcjonariusza w błąd i używanie słów uznanych za obraźliwe”.
Jeśli nie dopisali znieważenia funkcjonariusza na służbie, do znaczy, że musiał mówić „do kroćset”, „olaboga” i „sacrebleu”.
Panów było czterech, gówniarz sam, świadków nie ma.

Przepraszam synu, że Cię dwadzieścia lat okłamywałam, że obywatel, nawet lekko nietrzeźwy, nie musi obawiać się policji.
Że policja tak naprawdę jest po Twojej stronie. Przepraszam, że nauczyłam Cię, że żeby cię ukarać, musisz być winny i że mandaty dostaje się sprawiedliwie. Niestety również nauczyłam Cię, że się je płaci i teraz muszę Ci pożyczyć 600 zł, które ze swoich studenckich dochodów będziesz mi spłacał trzy miesiące.

Panie Mariuszu, Marianie lub Marcinie, numer służbowy 96 58 30, już wiemy, że wróciły czasy, w których noszenie nieprawomyślnych znaczków jest niebezpieczne, że przed policją znowu należy uciekać.
Wychowałam się w latach ’80, wiedzę jak omijać milicję wyssałam z mlekiem matki. Może pan być pewien, że ją przekażę synowi, żebyście z niego nie zrobili Grzegorza Przemyka Dobrej Zmiany.
A Panu i kolegom serdecznie dziękuję za rozwianie naszych złudzeń. 

Postscriptum: tekst został umieszczony na Facebooku i tam szeroko był rozpowszechniany. Po czasie mierzonym w godzinach został przez służby Facebooka skasowany, gdyż „nie spełniał Standardów społeczności Facebooka”, tych samych, które w przypadku hate speech okazują się być naruszane dopiero w następstwie odwołania.

Please share.

Nietrafiony

Kiedyś wymyśliłem luźno, żeby zrobić skalę niecelności strzałów. Oczywiście, nie jest ona w stanie uwzględniać wszystkiego, w szczególności niecelności w pionie, ale zawsze można dopracować.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) wyglądałoby to następująco:
niecelność 1 stopnia – piłka mija bramkę
niecelność 2 stopnia – piłka wychodzi poza linię końcową poza polem bramkowym
niecelność 3 stopnia – piłka nie przechodzi przez pole bramkowe
niecelność 4 stopnia – piłka wychodzi poza linię końcową poza polem karnym
niecelność 5 stopnia – piłka nie przechodzi przez pole karne
niecelność 6 stopnia – piłka wychodzi za linię boczną

Przez te wszystkie lata widziałem już wszystkie te stopnie niecelności. W dzisiejszym meczu Chorwacja – Portugalia na pewno były niecelne 2 stopnia, a i 3 też się chyba trafił. Mecz tak ciekawy, że aż to postanowiłem zapisać.

Matka muzyki filmowej

W gruncie rzeczy nie mam edukacji muzycznej, żeby nie powiedzieć: głębiej się na muzyce nie znam. Nie przeszkadza mi to ani trochę o muzyce pisać, gdyż nie jestem krytykiem muzycznym ani nawet muzycznym dziennikarzem (i nie zamierzam być), piszę wszak głównie o swoich odczuciach związanych z muzyką. 

Bohaterka dzisiejszej notki to utwór wielokrotnie złożony, obejmujący pięć różniących się od siebie i skomplikowanych wewnętrznie części. Ma już swoje latka (wiek mocno emerytalny, lecz właściwy żywym), lecz dla mnie brzmi na wskroś nowocześnie. Niektóre fragmenty wprost genialne, jak początek czwartej części czy cała część pierwsza, pełna fanfar. Reszta zaś malownicza jest niemożebnie, obrazy się same próbują do mózgu cisnąć, na tyle, że nieustająco powraca pytanie „ale z jakiego to jest filmu?”.

No i właśnie, kiedy wsłuchuję się, w różnych fragmentach niemal rozpoznaję nuty i motywy z wielu filmów. Kompozycja zdaje się być źródłem nieustającej inspiracji dla kompozytorów muzyki do filmów, od romansów przez westerny po filmy akcji i horrory, daję słowo że i Gwiezdnymi Wojnami mi zatrąca (nie, nie temat główny ani Marsz Imperialny, ten ostatni mi raczej Prokofiewem zalatuje). 

A jako że w niedzielę przypada 90 lat od pierwszego wykonania – dziś jest dobry dzień na odtworzenie. Filharmonicy wiedeńscy pod batutą Mackerrasa, Leos Janacek, Sinfonietta. Fanfary!