Hitnąć i rajdnąć szarka

W terminologii telewizyjnej występuje pojęcie dżampnąć szarka, czyli pozostając bliżej poprawnej polszczyzny – przeskoczyć rekina (w oryginale: na nartach wodnych). 

Włączyłem dziś wieczorem dla odmóżdżenia Tomb Raidera. Widok Angeliny Jolie walącej rekina w nos, a następnie łapiącej rekina za płetwę grzbietową i korzystającej z darmowej podwózki na powierzchnię: bezcenny. I nie chodzi mi wyjątkowo o walory wizualne. Pal licho, że w grze też było.

lara croft shark screensaver

Najchętniej wrzuciłbym fotkę wprost z filmu, ale nie chce się jej samej znaleźć (a mnie szukać).

Kibolstwo gdzie okiem nie sięgnąć

Właściwie to nie mam ochoty rozwijać najgorętszego tematu tygodnia, który przybiera już zdaje się wymiar polityczny, więc będzie krótko do bólu. 

We Frankfurcie po przegranym przez Eintracht meczu z Koeln, około 150 rozgoryczonych zrobiło zadymę na stadionie.

frankfurt randale zadyma bild.de

Ciekawe, czy stadion zamkną. W tym sezonie Eintracht już go nie potrzebuje, a w przyszłym w 2. Bundeslidze… (żeby się uratować, potrzebują w ostatniej kolejce wygrać na stadionie świętującego mistrza)

Donald i Teodozja

Popołudniowy spacer po parku. Rodzice starają się zwrócić uwagę Juniora na rozmaite okoliczności przyrody, mniej edukacyjnie, a bardziej żeby odwrócić jego uwagę od nieustającego klepania o wszystkich sprawach, jakie Juniorowi przyjdą w danym momencie do głowy. W pewnej chwili Ojciec mówi więc:
– Patrz, kaczki!
– O, tam, dwie – dodaje Matka.

Junior spogląda i stwierdza z nutą przemądrzałości:
 – O, kaczka i kaczor. Pewnie mają na imię Teodozja i Paweł…

Stanowczo nadużywa tego kalendarza, nawet jeśli kreatywnie. Kiedyś były tylko Donald i Daisy…

kaczka krzyżowka strykowski.net

Nie, to nie te same kaczki (źródło zdjęcia: Zdjęcia – www.strykowski.net)

Derby, derby, derby, derby.. i po derbach

Serial się zakończył. Real wziął puchar krajowy, Barcelona wzięła awans do finału Ligi Mistrzów. Nam pozostało wziąć oddech (także ulgi) i co najwyżej odpowiedzieć* sobie na pytanie:

Kto był najlepszym piłkarzem tego serialu?
A – Boski Leo,
B – Święty Iker,
C – a co co chodzi?

*pewnie można byłoby wkleić jakąś sondę, ale ni cholery nie chce mi się zastanawiać skąd

Refleksje o fladze

Dzisiaj tak zwany Dzień Flagi, święto państwowe będące jednocześnie dniem roboczym (w końcu tylko święty wytrzymałby rozumem trzy różne święta państwowe po sobie, będące dniami wolnymi). Jest to formalnie Dzień Flagi RP, ale widziałem już dzisiaj twórcze rozwinięcie, mające w mniejszym poważaniu ten ograniczający człon definicji (zdjęcie na FB, nie sprawdzałem, czy niedostępne bez logowania).

Junior barwy flagi państwowej dobrze zna. Podobnie jak barwy 189 innych uznanych państw świata, oraz dodatkowo flagi Palestyny, Kosowa, Tybetu i Sam-Nie-Wiem-Czego. O, na przykład Alaski, którą dorabialiśmy mu do atlasu. Wiecie ile trzeba się narobić, żeby takie gwiazdeczki namalować na miniaturze 2×3 cm?

Wypadałoby zakończyć jakimś utworem słowno-muzycznym. Spośród wielu możliwych, dzisiaj najbardziej w uszach mi brzęczy ten:
Głowa widząc flagę mówi flaga
Kolor naszej flagi jest złożony
Kolo górny jest kolorem białym
Kolor dolny to kolor czerwony

I tylko nie wiem – czym wypić zdrowie flagi? 

Refleksje o Gran Derbi

Wałkuje się ten temat wszędzie i wkoło i od każdej strony, że aż obrzydzenia można dostać, ale przy okazji przelatują człowiekowi rozmaite myśli, które chce się złapać i w snopek powiązać.

Kilka miesięcy temu Real przegrał z Barceloną 0:5. W zeszłym tygodniu wygrał 1:0. Przypomniał mi się podobny „dwumecz” sprzed ponad pół wieku. Dawid przegrał wtedy z Goliatem pięcioma golami (3:8), żeby parę tygodni później w znacznie ważniejszym momencie wygrać jednym (3:2). Messi jak Puskas, Mourinho jak Herberger?

Jak mantra w wypowiedziach o ostatnich meczach powraca wątek „czy to wypada tak zmienić styl, żeby pokonać przeciwnika”. Staje mi przed oczami kultowa filmowa walka czasów mojej młodości, kiedy Bruce Lee w trakcie walki zmienia styl, żeby pokonać Chucka Norrisa. On mógł? No mógł. I nie on jeden, tylko inne przykłady gdzieś się chowają przytłoczone ta walką.

I czy wypada tak dostosowywać taktykę, żeby skupić się na przeszkadzaniu przeciwnikowi? Kiedy w roku 1990 zaczynało się u nas hej-tu-en-bi-ej, zostałem z powodów bliżej niezrozumiałych dzisiaj kibicem Detroit Pistons. Raczej chodziło mi o finezję Isiaha Thomasa, ale nie mogę zapominać, że kluczem do sukcesu były The Jordan Rules. Te ostatnie nie działały zresztą bardzo długo.

Kolejna runda maratonu GD już dzisiaj. Spodziewam się tego, co ostatnio, a może..?

Śmigusowe strategie

Sporą część dzisiejszego dnia spędziłem w ogródku na przyziemnej batalii z mleczami (bo za chwilę zaczną kwitnąć, a poprawianie trawnika traktuję bardziej jako wyzwanie, niż jako pracę). Przez cały ten czas mogłem słuchać, jak dzieciaki latają po osiedlu i organizują sobie śmigusowe polewanki. I przyznam, że bawiło mnie serdecznie, z jakim zmysłem taktyczno-strategicznym podchodziły do rzeczy. Ciągle się słyszało o barykadach, umocnieniach, zwiadach, podchodach, zasadzkach, użyciu ciężkiej artylerii (wąż podłączony do zaworu).. Ba, sięgały nawet po wywiad i dezinformację („bo on będzie udawać, że jest z nimi, i poda im nasz fałszywy plan, a nam ich prawdziwy plan”). Ciekawe, skąd czerpią te wszystkie militarne koncepty. W zamierzchłych czasach mojej młodości, traktowaliśmy to bardziej luzacko, wręcz partyzancko, ot – kto kogo trafi, organizując się co najwyżej według klucza seksistowskiego („dziewczyna? musi być mokra, urraaa!”). Przy czym mnie samemu największą radochę sprawiało potraktowanie kogoś wiadrem, zwłaszcza znienacka.

Wołgi bać się nie trzeba

W wielkanocny poranek hazok przyniósł Juniorowi między innymi model Wołgi (białej). Model był z serii „gazeta dla kolekcjonera”, więc przejrzałem załączone do modelu (lub na odwrót) czasopismo, w większości poświęcone temu zacnemu pojazdowi, ale nawiązujące do też do historii polskiego rocka. No i o tym wprawdzie nic nie wspomnieli (bo to nowszy utwór), ale już po prostu nie było siły:

Nie strasz mnie
Nie boję się
Czarów, klątw
Biurowych mątw

Kumpli twych
Naczelnych pism
Szefów firm
W futrach z fok

Matki, siostry i psa
Ojca z zaświatów i lwa
I czarnej wołgi wołgi wołgi wołgi wołgi

Nosowska po prostu potrafi być genialna. A Junior czarnej wołgi i tak się nie boi.

Pisanka numer…

Robienie pisanek (a ściślej mówiąc, kraszanek),  jest moją ulubioną tradycją od ćwierć wieku co najmniej, i nie spodziewam się, by coś się w tej sprawie zmieniło w przewidywalnym czasie. Upraszczam sobie oczywiście życie, korzystanie z zupełnie naturalnych barwników ograniczając do łupin z cebuli, a szerszą paletę barw wyciskając z przemysłowych barwników spożywczych EEEE-cośtam, dostępnych w standardowych zestawach świątecznych.

Z obserwacji wynika przy tym, że na efektowność pisanki znaczny wpływ ma naturalny wygląd skorupki jajka. Dzisiaj w handlu dominują jajka koloru nieokreślonego, dobrze jeżeli nie są upstrzone plamkami, a znalezienie jakże popularnych kiedyś jajek o białej skorupce wydawało się niedawno mission impossible. Kiedy więc w markecie pojawiły się zestawy 15 jaj w białych skorupkach (wielkości M co prawda), nie wahaliśmy się długo i postanowiliśmy na nich oprzeć tegoroczny talerz pisanek. I dopiero kiedy szykując się do barwienia odfoliowałem paletę, mina mi nieco zrzedła. Na białej skorupce, wyraźną czerwienią rysowały się obligatoryjne oznaczenia wskazujące na datę zniesienia, producenta etc.

Na niektórych jajkach, zwłaszcza tych trzymanych dłużej w barwniku, numery na szczęście znikły. Inne wyglądają.. jak numerowane.

Wesołych Świąt, bez numerów.