Barcelona Globetrotters

Kiedyś, w ubiegłym wieku, chyba jeszcze nawet w czasach komuny (głowy nie dam, może zaraz po), wybrałem się na do katowickiego Spodka na mecz sławnych Harlem Globetrotters. Wyczyniali oczywiście rozmaite sztuczki, ale – co znamienne – moją sympatię zyskali wtedy raczej ich przeciwnicy (zdaje się Washington Generals, choć pamięć uporczywie sugeruje drużynę z Bostonu). Grali ambitnie, solidnie, trafiali do kosza, nawet przez sporą część meczu prowadzili, dopóki ci drudzy nie włączyli na dobre trybu „showtime”.

Coś podobnego poczułem dzisiaj na finale Ligi Mistrzów. Manchester grał momentami ambitnie, starał się jak mógł, ale na showtime Barcelony po prostu nie miał odpowiedzi. I mimo że bliżej mi do Katalończyków, zaczynałem trzymać kciuki za Czerwone Diabły jak kiedyś za Washington Generals. Choćby dlatego, żeby nie zrobiło się nudno.

O samym zaś meczu nie dam rady napisać nic lepszego, niż dwa lata temu.

Meteorolki

Junior w ramach którejś wycieczki zoczył na mieście ulicę Meteorologów. Ponieważ stara się zapamiętać wszystko, w tym nazwy ulic, postanowił przyswoić sobie i tę nazwę. Szło ciężko sylabizowanie, oj ciężko, tak że w pewnej chwili prościej było dojść do prawidłowej wymowy przez wyjaśnienie, że to jest najpierw pan meteorolog, potem panowie meteorologowie,* aż wreszcie ulica Meteorologów. Taki sposób tłumaczenia doprowadził jednak oczywiście do pytania:

– A jak są panowie meteorologowie, to jak są panie?

Ojciec uciekł od szczegółowego wyjaśnienia mając w pamięci własne pomysły na napisanie notki o trudnościach z tworzeniem formy żeńskiej rozmaitych rzeczowników,* więc Junior rozwiązał sytuację we własnym zakresie, z właściwą sobie dziecięcą pomysłowością:

– To są panie meteorolki!

Ciekawe co na to biolki i socjolki:)

*bo czas nie był szczególnie sprzyjający na opowieści o zawiłościach gramatycznych 

Żyrafy wchodzą do szafy

Jednym z istotnych czynników na wojnie jest posiadanie informacji oraz zdolność ich przekazywania, czyli komunikacja. Ci, którzy informacje mają, są do przodu, ci, którzy ich nie mają lub mają je błędne, najczęściej na tym cierpią (pisał o tym nawet Wieszcz w Epopei Narodowej).

Formuła 1, jak każda rywalizacja, może być z racji swojego skomplikowania porównywana do wojny, a na pewno informacja i komunikacja odgrywa w niej istotną rolę. Tradycyjną formą komunikacji pomiedzy kierowcą, a jego zespołem, była tablica pokazywana kierowcy na prostej startowej, zawierająca informacje siłą rzeczy podstawowe (przy prędkości 200+ km/h nie ma czasu na przyglądanie się skomplikowanym komunikatom). Bardziej nowoczesną formą jest oczywiście radio, które jednak potrafi być nawet dzisiaj urządzeniem zawodnym, na co gorzko się wczoraj żalił Nico Rosberg.(jakże żałuję, że nie potrafię znaleźć w sieci zdjęcia z pokazywanej Rosbergowi tablicy „Nico no radio?”). Kierowca wie bowiem tyle, ile widzi i czuje auto, wskaźniki ma ograniczone do minimum; zespół zaś ma komplet danych z telemetrii (i nie tylko), ale też może je przekazać jedynie tymi ogólnie dozwolonymi kanałami.

Żeby upewnić się, że zespoły przekazują kierowcom tylko to, co im wolno, obowiązuje zasada, że wszystkie połączenia między kierowcami a zespołami muszą być słyszalne dla wszystkich (w trakcie wyścigu raz za razem słuchamy dzięki temu, co sobie nawzajem opowiadają). A skoro wszyscy słuchają, to wszyscy (zwłaszcza ci tuż za lub tuż sprzed) dowiedzą się czegoś istotnego – kiedy więc jakaś istotna informacja jest przekazywana w jednym zespole, drugi natychmiast ją analizuje i podaje swojemu kierowcy. Rozkwita więc sztuka białego wywiadu („Sebastian has no KERS, so push now”), na co oczywistą odpowiedzią staje się szyfrowanie i dezinformacja („musimy przejechać jeszcze wiele okrążeń”, po czym prawie natychmiastowy zjazd do boksów). Cudowne przykłady przekazywania informacji sobie tylko zrozumiałych dawał McLaren  – najpierw pojawiła się zadziwiająca informacja o safety carze (którego na torze w tym sezonie ani widu ani słychu), a później podczas pięknej pogoni Hamiltona za Vettelem magiczne „use blue button” i „push yellow button”. I tylko się można pocieszać, że niektórzy te manewry z szyfrowaniem ważą sobie lekce, co pozwala sobie wyobrazić przykładowy dialog:

– Fernando, zees ees Nighthawk calleeng!
– OK, I’ll keep pushing! 

Komć czy komeć, oto jest pytanie

Współczesna mowa, zwłaszcza internetowa, charakteryzuje się między innymi tendencją do używania skrótów, uproszczeń i zdrobnień. Mamy więc już nie blogi (które to słowo w swojej genezie też już samo jest skróconą formą „weblog”), a na nich komentarze, ale blogaski, a na nich komcie. Słowa te żyją własnym życiem językowym, dzięki czemu pojawia się czynność komciowania, jak również określenie osoby zamieszczającej komcie, czyli komcionauta.

Komcionaucie zdarzyć się może sytuacja, w której napisał gdzieś komcia, a potem znaleźć go nie może, i wtedy chciałby zadać pytanie: a gdzie jest mój… No i właśnie, docieramy do pytania o formę mianownika liczby pojedynczej. Nasuwają się (i pojawiają) dwie: komć lub (chyba częstszy) komeć. Żaden nie wydaje się idealny:) Nie znajduję (choć polonistą czy językoznawcą nie jestem) w języku polskim takich rzeczowników męskich, które by się kończyły na „meć”. Można więc jedynie szukać takich, które kończyłyby się na „ć” i miały w liczbie mnogiej końcówkę „-cie”. Komeć wykazuje podobieństwo (choć oczywiście nie historyczne) do takich słów jak łapeć, kapeć, czy połeć; komć zaś do rzeczownika liść

Istniało zaś w staropolszczyźnie zacne słowo imć, dziś już zarzucone, będące właściwie skrótem od grzecznościowego „jego miłość”, więc też niezbyt przydatne (bo i liczby mnogiej nie posiada) – ale przyznam, że mi się podoba. Z braku argumentów rozstrzygających, na mój subiektywny użytek niech będzie więć komć. (Pozostawiam na uboczu wnioski, jakie można wyprowadzić z frazy „piszę komcia z domcia”)

Niniejsza notka łączy w sobie opracowanie tematu, który od dawna za mną chodził, ze skrywaną okazją. Otóż pod poprzednią notką, zacny bloger imć Stradovius zamieścił był komcia, który niniejszym oficjalnie ogłaszam tysięcznym na tym blogu (oficjalnie, bo coś tam się w przeszłości wycięło jako zdublowane, nieudane czy spam – ale w statystykach przeskok licznika na 1000 nastąpił dziś rano). No to teraz można jedynie życzyć sobie: niech rozkwita kolejny tysiąc komentarzy. Mogą być komcie.

Współczesny sęp

Zwyczajny sęp krąży nad stepem czy innym swoim biotopem i wypatruje zwierzyny, która wygląda na osłabioną. Gdy taką wypatrzy, zaczyna czujnie za nią podążać, licząc na to, że zwierz padnie i stanie się obiadem.

Współczesny sęp krąży po zatłoczonym mieście i wypatruje człowieka, który wygląda na ukrywającego w kieszeni kluczyki. Gdy takiego wypatrzy, zaczyna czujnie za nim podążać, licząc na to, że ten odnajdzie swój samochód i zwolni miejsce do zaparkowania. 

Dzisiaj tak polowałem na miejsce.

Żółty pył

Pamiętnej burzliwej wiosny zeszłego roku (katastrofa, wulkan na Islandii, ulewy, powodzie), zauważyłem pewnego dnia najpierw na szybach samochodów, a potem i na skraju kałuż, cytrynowożółte ślady. Wtedy pomyślałem, że to dotarły do nas ślady wulkanicznego pyłu wyrzuconego przez wulkan i wypłukały się z chmur, zwłaszcza że nie kojarzyłem podobnych śladów w latach wcześniejszych.

W tym roku o wulkanach ciszej (nawet jak gdzieś się uaktywniają, to bez takich dramatycznych skutków, no i daleko od nas), a żółte ślady znowu widzę gdzieś od przedwczoraj. 

To chyba sosny gdzieś w okolicy masowo dojrzały w zeszłym roku i zaczęły pylić. Tak tłumaczono mi to w zeszłym roku, tak sobie to tłumaczę i w tym. Nie przeszkadza mi to ani trochę, czy to zdrowotnie, czy estetycznie, jest sobie jak jest i niech będzie. 

Re-re kum-kum

Słońce zaszło, noc była ciemna i cicha. O tyle cicha, że pochowały się dzienne odgłosy Miasta.

W tej cichości dobrze było słychać naturalne odgłosy wieczoru. W niejeden cichy wieczór słuchałem, jak czadu dają cykady, ale tu i teraz bardziej pasują żabie koncerty.* Bo przecież żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie.

A rano przyleci bocian.

PS. Następnym razem zajmę się kukułką.

[*że też człowiek własnych notek nie pamięta..]

Sałatka z Ikera

O ośmiornicy Paulu wiedzą wszyscy: i jak dobrze typował wyniki na Mistrzostwach Świata, i o tym że odszedł w pokoju, i o tym że poszukiwany jest jego następca (tak że daruję sobie linki). 

Ze znalezieniem następcy jednak łatwo nie będzie. Ostatnio kandydatem był niejaki mocarny Iker, który został poddany testowi podczas pamiętnego serialu Gran Derbi. Trafił za pierwszym razem, typując remis w lidze. Trafił za drugim razem, przewidując zdobycie przez Real Pucharu Króla. Potem przed półfinałami Ligi Mistrzów włożył całe swoje serce i wywróżył ponowne zwycięstwo Realu. Cóż – czy miało to być w jednym meczu, czy w dwumeczu, w każdym razie w roli następcy Paula się nie sprawdza.

Z 16 kg Ikera-wróżbity można zrobić sporo sałatki z ośmornicy.