Jak się nie ma co się lubi, to się wierzy, że się ma

W dzisiejszej „Telewizyjnej” Wojciech Orliński zmieścił tekst o szwedzkich (skandynawskich) kryminałach, najczęściej ekranizacjach popularnych powieści (swoją drogą muszę kiedyś o tych skandynawskich kryminałach napisać notkę, tylko wypadałoby dla porządku doczytać do początku Millenium). Tekst jak zwykle w przypadku WO przyjemny w czytaniu, i niepozbawiony akcentów politycznych (które w skandynawskich kryminałach, lub może lepiej powiedzieć: u skandynawskich autorów kryminałów, często są obecne). 

Zamrugałem jednak serdecznie oczami, kiedy przeczytałem postawioną przez WO próbę diagnozy popularności tych skandynawskich kryminałów w Polsce. Pisze więc WO: 
Popularność tych kryminałóww w Polsce można tłumaczyć luką między poglądami społeczeństwa, a poglądami reprezentowanymi w parlamencie  i widocznymi w tym, co produkują TVP, TVN, Polsat i kinematografia wspierana przez PISF. Społeczeństwo ma coraz większy przechył w lewo (…)”
a ja zaczynam mieć wrażenie, że żyjemy w różnych krajach. W wyborach prezydenckich i w wyborach lokalnych nie udało się uświadczyć tego pogłębiającego się przechyłu na lewo, nie widać go też w sondażach przedwyborczych przed jesienną elekcją parlamentarną. Mój własny prolewicowy głos w eurowyborach był podyktowany jedynie przekonaniem, że wynik tych wyborów jest przesądzony (i był), nie jestem przekonany, że pozwolę sobie na taką ekstrawagancję na jesieni (bo ideowo mi do lewicy daleko). A górale nawet na umówiony obiad z Grzegorzem nie przyszli

Przypomniałem sobie, że rok temu miałem okazję ponaśmiewać się z komentarza powyborczego Filozofki Etyczki, dla której kilkanaście procent w pierszej turze wyborów prezydenckich było „zwycięstwem„. Zacząłem rozumieć: obracanie się wyłącznie w kręgach swoich znajomych sprawia, że wszyscy wydają się mieć podobne poglądy. Cóż, życzę kolejnego zwycięstwa w wyborach (na podium SLD nadal ma szanse, więc już zwycięstwo ma prawie w kieszeni).

A ludzie kryminały po prostu lubią, bez względu na poglądy. 

Najdłuższy wyścig, czyli z Montrealu migawki

Ten sezon jest już na swój sposób szczególny: przez tyle lat oglądania F1, z większą lub mniejszą intensywnością, nie zarejestrowałem w pamięci zbyt wielu czerwonych flag, a już zwłaszcza takich, po których wyścig zostałby dokończony. Ten z ostatniej niedzieli trwał od startu do mety ponad cztery godziny. I po tych czterech godzinach, decydowały ułamki sekund: o ułamek sekundy za późny skręt Vettela, o ułamek sekundy za daleko linia mety dla Kobayashiego.

Zapamiętamy ten wyścig w dużej mierze z powodu psikusów pogodowych, wysiłków służb technicznych i nieustannego spoglądania w niebo oraz na monitory z prognozami meteo. Znamy to świetnie, aczkolwiek z zupełnie innej dyscypliny – odruchowo szukaliśmy wzrokiem Waltera Hofera. Także mając w pamięci, że tak przerywane konkursy skoków, rzadko kiedy bywały doprowadzane do końca w pełnym wymiarze. 

Ileż to razy powtarzaliśmy, że Formuła 1 to w sporcie najściślejsza techniczna awangarda. W konfrontacji jednak z tak prehistorycznym zjawiskiem, jak solidna lejba, rozmaite wyrafinowane urządzenia techniczne dawały sobie radę o tyle, o ile. Na koniec największą skutecznością wykazywały się poczciwe szczotki i łopaty, którymi spychano i wychlapywano wodę na trawniki. 

A w przerwie – kiedy już wyczerpywały się możliwości pokazywania stewardów, oficjeli i moknących kierowców – widzieliśmy też galerię celebrytów. Ja to jednak nie na czasie jestem, bo nawet jeśli wiem (za sprawą korzystania z portali głównie) kim jest panna Rihanna, to jednak ani jej nie rozpoznam, ani tym bardziej nie jestem w stanie stwierdzić, że zmieniła ostatnio fryzurę czy nawet kolor włosów. Cóż, zdecydowanie szybciej rozpoznałem George’a Lucasa:) jednak sądzę, że nawet gdyby poprosili go o pomoc w walce z warunkami, to i przy wsparciu całego LucasArts by nic nie wskórał. W końcy Mocy wystarczyło mu tylko na pierwszą serię, kiedy to modele statków kosmicznych kleił naprędce z pudełek po zapałkach, a później tylko zlecał zabawę programistom.

Pasztet bezmięsny

Junior od samego poranka baardzo solidnie wkurzył Rodziców (shit happens) i skończyło się to dlań rozmaitymi nieprzyjemnościami, w tym w szczególności przygotowaniem na śniadanie takich kanapek, jakie lubi, tylko takich, za jakimi znacznie mniej przepada.* Kiedy potem siedział zły nad talerzem, w pewnej chwili Rodzice usłyszeli:

– A to nie jest serek ogórkowy, tylko pasztet ogórkowy. Bez mięsa..

I tylko teraz Ojciec nie wie, czy uśmiechać na myśl o kreatywności, czy jednak niepokoić się tym, że tworzy sobie własną rzeczywistość, zamiast polubić się z tą istniejącą.

*reklamacji nie uwzględnia się

House się chowa

Na rozprawie strona przeciwna (uzbrojona w siłę fachową) zgłasza wnioski o przeprowadzenie dowodu z opinii biegłych z zakresu grafologii oraz psychiatrii – w celu wykazania, że podpisy jej rodziców na umowie został sfałszowane, a sami rodzice w chwili podpisywania umowy nie byli w stanie pozwalającym na samodzielne pojmowanie rzeczywistości i w konsekwencji na świadome (ze skutkiem prawnym) podpisanie umowy. Jest jeden drobiazg, rodzice zmarli ze siedem lat temu. Sędzia przygląda się uważnie stronie przeciwnej, jakby czekając na jakąś kontynuację (bo tym wnioskom nie towarzyszą żadne inne wnioski dowodowe), po czym uprzejmie pyta:

– A Pani Mecenas będzie uprzejma sprecyzować, w jaki sposób mamy przeprowadzić te dowody? Na podstawie ekshumacji?

Gregory miał różne ekscentryczne pomysły, ale na to chyba nie wpadł:) (sprostujcie mnie jeśli się mylę). No, ale on też bez choćby starej dokumentacji medycznej raczej by nie próbował postawić diagnozy.

Hate Akamai

Przeciętnemu użytkownikowi internetu nazwa Akamai Technologies nic nie mówi. Nie pojawiają się na portalach, nie prowadzą serwisów, nie świadczą żadnych znanych (dobrze lub źle) usług. Nie znaczy to, że nigdy się z nimi nie zetknęli nieświadomie. Akamai Technologies świadczy bowiem usługi polegające na udostępnianiu pomocniczych serwerów, na których korporacje umieszczają kopie swoich plików, żeby te łatwiej było ściągnąć użytkownikom. 

Z pozoru nie ma w tym nic złego (bo nie ma), skąd więc taki ładunek niechęci zawarty w tytule? Otóż sam nie mam nic przeciwko działalności tej firmy (lub podobnych, bo nie jest ona jedyną na świecie), jeżeli tylko mam szybkie łącze. W warunkach zaś, jakie potrafią nam wciąż oferować operatorzy komórkowi (teraz tę notkę też piszę przez modem komórkowy), łącze działa nieraz ledwie tak sobie pod warunkiem, że się go szczególnie nie obciąża. I wtedy właśnie pojawia się problem, że wiele aplikacji (włącznie z przeglądarkami) dokonuje rozmaitych aktualizacji, gdy tylko wykryje połączenie z Internetem; można to oczywiście ograniczyć, ale pilnowanie, kiedy jest czas na aktualizacje, albo bycie zasypywanym pytaniami o udostępnienie łącza dla aplikacji, zniechęca w sposób błyskawiczny. A kiedy aplikacja zaczyna namolnie się ściągać, zaraz zaczyna się problem z podstawowym sposobem korzystania z Internetu, czyli ładowaniem stron przez siebie zamierzonych. 

Już dawno doszedłem do przekonania, że muszę kontrolować co się dzieje na łączu (także ze względów bezpieczeństwa). Zainstalowałem więc aplikację identyfikującą połączenia. Kiedy zaczyna mi wyświetlać całą stronę połączeń z serwerami Akamai, a jednocześnie nie mogę się doczekać na załadowanie oczekiwanej strony, zaczynam odcinać połączenia z Akamai. Zwykle pomaga.

Wiem, że to Cygan zawinił, a kowala powiesili, ale nie poradzę. Akamai jakoś przeżyje to okresowe odcinanie, przepuszcza przez swoje serwery podobno około 20% całego ruchu w Internecie.  A potem i tak się podłączę do szybszego łącza.

Wielokolorowo

Wpadłem dzisiaj do sądu, jak to zwykle bywa. Ku mojemu zaskoczeniu, na ławie przeznaczonej dla strony powodowej, rozsiadła się pani prokurator, która z bliżej nieznanych mi na razie przyczyn postanowiła się przyłączyć do sprawy cywilnej. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, zrobiło się bardzo kolorowo od żabotów: fiolet togi sędziowskiej, czerwień prokuratorskiej, błękit radcowskiej i zieleń adwokackiej. Rzadko się zdarza tak kolorowy zestaw na sali:)

Próbowałem sobie jeszcze potem wyobrazić konfigurację z szarobłękitnymi żabotami Prokuratorii Generalnej, ale to chyba wyjątkowo rzadkie. A na rozprawie przed Trybunałem Konstytucyjnym skład miałby wprawdzie barwy biało-czerwone, ale brakłoby fioletu.

Zawalidroga i cuda

Zatrzymał nam się w podwórku samochód. Zatrzymał się tak udatnie, że mimo iż podwórko jest na dwa samochody szerokie, to nikt nie był w stanie wyjechać, łącznie spod czterech domów. Kierowca (ona) gdzieś znikła, zostawiając jednakże w samochodzie torebkę, co mogło sugerować rychły powrót, a nie porzucenie z zamiarem wyzbycia się. 

Problem nie był banalny, bo sąsiadka musiała pilnie wyjechać, a wymanewrowanie z podwórka wymagało cudu (nie graniczyło z cudem, tylko właśnie wymagało cudu). Ewentualne ściągnięcie straży miejskiej z lawetą było zapewne jakimś rozwiązaniem, ale cudem byłoby, gdyby zjawili się szybko (było już późne popołudnie).

Jest taki stary film francuski „Przygody rabbiego Jakuba”. Kiedy rabbi de Funes jedzie taksówką na lotnisko i staje w korku, na zamówienie stał się cud – dziesięciu towarzyszących mu młodych Żydów wysiadło z taksówki, dźwignęło ją na ramiona i poniosło nad dachami innych samochodów (od 5:15). Nas było tylko trzech (a auto słuszne, i zero efektów specjalnych do pomocy), więc ograniczyliśmy się do kilku minut popychania auta, zostawionego jak Pan Bóg przykazał na biegu i ręcznym. Większość była już potem w stanie wyjechać. 

Kierowca zmaterializowała się dziesięć minut później. Cała w przeprosinach odjechała, więc może nawet skrzyni biegów jej auta zbytnio nie zaszkodziliśmy. A zresztą, nie nasza sprawa.

Nurkujące spodnie

Zapewne każdy Rodzic przeżył lub przeżyje podobny moment – kiedy dziecię zamiast robić to co właśnie powinno, stoi z ewidentnie głupią miną. Dziś rano Ojciec tak widzi Juniora, który właśnie ma się ubierać do wyjścia – i nim zdąży uzyskać konkretną odpowiedź na odruchowe pytanie „co się stało?”, widzi, że spodnie, które Junior właśnie miał wkładać na szanowne cztery litery, zaczynają nasiąkać w żółwim akwarium.

Wyjaśnienie było proste: Junior polubił ostatnio podrzucanie z głupia frant rozmaitych przedmiotów, a że doświadczenie i zdolność kontroli toru lotu ma jeszcze niewielkie, to.. cóż, na przykład spodnie mogą doznać fantazji w locie i zboczyć, gdzie je nogawki poniosą. W przyszłości czeka go pewnie (i Rodziców pewnie też) jeszcze niejedno takie zdarzenie, że piłka czy inny przedmiot dziecięcego użytku obierze zupełnie nieplanowną trajektorię, i oby bez szkód się obywało.

Tego rodzaju zdarzenie wydaje się zupełnie nieśmieszne, kiedy ma miejsce na 10 minut przed porą wyjścia z domu, później jednak zaczyna nabierać komizmu. Cóż, angielski humor:) Swoją drogą, była to subtelna zapowiedź ze strony Wszechświata, że dzień będzie stał pod znakiem kontaktu odzieży z wodą.

Reprezentacja z Biedronki

Wróciłem do domu z wycieczki. Sięgnąłem dla relaksu po GW i przeczytałem, jak Rafał Stec znęca się nad najbliższymi meczami reprezentacji Polski, w szczególności nad jutrzejszym sparingiem z trzecimi rezerwami Argentyny (wspominając sobie przy tym jak to wczoraj Robert Błoński biadolił nad kompletnym brakiem rezerw polskiej kadry). Po czym zacząłem przeglądać GW od początku i natrafiłem na wielką reklamę oficjalnego sponsora reprezentacji Polski, zapowiadającego tenże mecz jako – powiedzmy – Wydarzenie.

Reklama ta jest względnie prosta w swym zamyśle i nawiązuje do podstaw działalności sponsora. Oto zapowiedź meczu okraszona jest flagami narodowymi obu państw, po bliższym przyjrzeniu widać, że skomponowanymi z prostych produktów żywnościowych. Flaga polska złożona była z pasa plastrów pomidora i pasa plastrów białego sera (chciałoby się pomyśleć, że mozzarelli, ale w końcu nie zatrudniliśmy trenera neapolitańczyka, więc może jednak twarogu). Flaga argentyńska była zaś złożona z pasa twarożku, ozdobionego chyba rozetką z żółtego sera (nie odszyfrowałem do końca), wtłoczonego pomiędzy dwa pasy z niebieskich punkcików, po uważnym przyjrzeniu zidentyfikowanych jako jagody (uwaga dla krakusów: borówki to zawsze i wszędzie te czerwone, które smaży się z gruszkami i podaje jako dodatek do mięsa).

Mamy początek czerwca. O tej porze roku jagody nie nadają się do jedzenia, chyba że są z mrożonki. Cóż, reklama, jak sam mecz – produkt z Biedronki (z całym szacunkiem dla sieci i niektórych sprzedawanych w niej produktów).

Atrapy komunikacyjne

Wybierałem się w podróż służbową pociągiem i zapragnąłem kupić bilet zawczasu, zwłaszcza że wyjazd był w godzinach wczesnoporannych. Tuż obok mojej drogi znalazł się dworzec kolejowy w mieście Chorzów. Postanowiłem więc skorzystać z okazji, i skręciłem w jego stronę. Wyglądał zupełnie normalnie z zewnątrz (choć oczywiscie nie idealnie).

stacja Chorzów Miasto

Wszedłem więc do środka. Rozejrzałem się. Odczytałem tabliczkę „po odebraniu biletu upewnij się, czy został prawidłowo wystawiony”, która była jedynym śladem, że kiedykolwiek wystawiano tam bilety. Stanowiska kasowe zakratowane, a wszystko co nie za kratami – nie istniało. 

W dalszej kolejności na swojej trasie miałem Mikołów. Nadłożyłem więc jedynie odrobinę i podjechałem pod tamtejszy dworzec. Ten z zewnątrz wygląda znacznie lepiej, i wyraźnie widać było jakiś ruch. 

dworzec mikołów

Niestety, ruch ograniczał się do wyodrębnionego płytami paździerzowymi wejścia do fryzjera. Na głównej sali widać natomiast było (przez szybę) jakichś robotników układających drewniane panele. Nie wiem, czy będzie to nowa, przyjazna dla pasażerów posadzka, czy też po prostu kolejna część hali również zostanie wynajęta (żeby z czynszów finansować utrzymanie kas, miejmy nadzieję). 

Byłem więc zmuszony kupować bilet raniutko przed odjazdem. Mój nastrój był mocno minorowy, bo katowicki dworzec również przechodzi fazę tymczasowości wszystkiego. Na szczęście pociąg był najzupełniej w porządku, a nie jedynie atrapą.

A w mieście docelowym zobaczyłem w pewnej chwili tabliczkę z napisem „przystanek czasowo skasowany”. Jak widać w komunikacji dominują obecnie imitacje.