Radość z wielkiej imprezy

Słuchałem sobie wczoraj w radio, jak redaktor Warzecha demonstrował swój manifestacyjny brak radości z powodu Euro. Jak to go strasznie uwierał przymus cieszenia się za wszelką cenę, jak to niedobrze, że ani infrastruktury nie udało się zbudować (wczoraj jeszcze obowiązywała taka wersja), ani że na tym nie zarobimy, i że w ogóle jak ludzie cierpią z powodu niedogodności związanych z tym całym Euro, a wcale się z niego nie cieszą, bo mało kogo ten futbol obchodzi. 

Zastanawiam się nad kilkoma rzeczami: 
– czy redaktor Warzecha (nie żebym miał dla niego szczególną atencję) żyje w innej rzeczywistości niż ja, który dostrzegam z każdym dniem coraz więcej samochodów z biało-czerwonymi chorągiewkami (sam nie zamierzam, chociażem kibic),
– czy redaktor Warzecha naprawdę nie potrafi sobie wyobrazić, że ludzie potrafią się cieszyć z wielkiej imprezy goszczącej w naszym kraju, po prostu jako wydarzenia, przy okazji którego ludzie z całego świata przyjeżdżają do nas w gości,
– co by redaktor Warzecha powiedział, gdyby ktoś w analogiczny sposób podsumował pielgrzymkę papieską? 

Gwiazdy

Odwiedziłem ostatnio w zbożnym celu księgarnię. Kiedy poruszałem się między półkami szukając czegoś odpowiedniego, trafiłem na stojak zatytułowany „bestsellery”. Nie spodziewałem się tam niczego znaleźć, ale rutynowo zerknąłem. 

Były to bestsellery szczególnej proweniencji, bo piłkarskie (książki o piłce, o piłkarzach lub przy pomocy piłkarzy popełnione). Cała galeria gwiazd: Xavi, Messi, Ronaldo, Rooney, Dudek, Deyna, Radzio Majdan, van Persie, Giggs…

matras oferuje nie tylko za 5 zł

I do tej pory się zastanawiam, dramat jakiej tajemniczej gwiazdy opisała Maria Nurowska. 

Pedro żegna kuzyna

Blog Majka Winiarza jest interesujący: dla poszukiwaczy szalonej rozrywki i dla socjologów badających tworzenie się sekt. Poświęciłem mu wcześniej trochę czasu, znajomy poświęcił go nawet ciut więcej, wieść gminna niesie, że jego autor to zwykły gimnazjalista – w każdym razie nie jest to ktoś, komu warto poświęcać wiele czasu (Mikołaj Sokół nazwał go wprost mitomanem). 

Zaglądam tam okazjonalnie zobaczyć, na co stać ślepo oddanych fanów wiadomości „z prawie pierwszej ręki” (czasami aż żal mi ich żarliwości). Teorie, jakie potrafią wymyślić (i uwierzyć) przekraczają możliwości racjonalnego rozumu, i aż prowokują do zmierzenia się z nimi, jeśli nie w formie dyskusji na argumenty (co mogłoby być utrudnione, bo gospodarz zatwierdza wszystkie komentarze i nieraz zdarzyło mu się nie przepuszczać moich), to w formie prowokacji co najmniej. Pomysł, że Ferrari zatrudniło byłego już kierowcę F1 Mikę Salo tylko po to, żeby Robert Kubica mógł potajemnie prowadzić testy w bolidzie udając, że uczestniczy w nich Mika Salo.. no cóż, w języku stewardów wyścigowych nosi to nazwę „self explanatory”. 

Podjąłem beznadziejną próbę wymyślenia czegoś przynajmniej równie sensacyjnego, a zarazem mogącego pretendować do wiarygodności. Stworzyłem postać młodego chłopaka używającego imienia Pedro (tak, miałem opracowaną dlań legendę rodzinną), pół-Hiszpana, którego kuzyn pracował jako budowlaniec w Hiszpanii. Tegoż kuzyna zatrudniłem przejściowo w tworzonej właśnie w Madrycie bazie zespołu Hispania Racing Team, i cóż – zacząłem zamieszczać na blogu Winiarza informacje, że tenże kuzyn ni mniej, nie więcej, tylko widział tam w bazie Roberta Kubicę na gościnnej wizycie u Toniego Cuquerelli, któy właśnie objął tam funkcję dyrektora technicznego. Wizyta była najpierw jedna, potem po jakimś czasie druga, i trzecia..

Starałem się jak mogłem zachować wiarygodność poprzez nienachalność i pewną prostotę umysłową mojego Pedro. Z czasem niektórzy mu chyba uwierzyli. Ale cóż, ja się trochę znudziłem, a poza tym popełniłem – można powiedzieć – błąd Agathy Christie, ograniczając żywot swojego „źródła” do czasu zakończenia prac budowlanych, a baza HRT jest właściwie gotowa. Dlatego Pedro zakończył swoją karierę dostarczyciela zaskakujących wiadomości – bo w końcu nie ma szans z ludźmi dopatrujących się (w komentarzach) w czerni tła zakamuflowanych flag mających być podprogowym sygnałem terminu powrotu Kubicy na tor..

Żegnaj, kuzynie z Madrytu. Jeśli ktoś wierzy w Twoje opowieści o wizytach Kubicy w HRT, to jego problem.

Twój Pedro.

Isner znaczy długo

Włączyłem pod wieczór telewizor, na Eurosporcie trwała transmisja z Roland Garros. Trwał piąty set pojedynku Paula-Henri Mathieu z Johnem Isnerem, przekroczyli już standardowy wymiar seta (na turniejach wielkoszlemowych w piątym secie nie stosuje się tie-breaka po dwunastu gemach i gra do przewagi dwóch gemów). 

Obecność na korcie Johna Isnera natychmiast przypomniała jego inny mecz w turnieju wielkoszlemowym, dwa lata temu na Wimbledonie. Z innym Francuzem Nicolasem Mahutem grali wtedy trzy dni (zaczęli we wtorek późnym popołudniem, kontynuowali we środę, dokończyli w czwartek popołudniu), z efektywnym czasem gry 11 godzin i 5 minut. Ostatecznie piątego seta Isner wygrał wtedy 70 do 68, bijąc wszelkie możliwe rekordy.

Dziś do tego rekordowego osiągnięcia się nie zbliżył, mecz zakończył się jeszcze przed zachodem słońca, choć 18-16 w piątym secie wyśrubowało do 76 rekord liczby gemów w meczu French Open od czasu wprowadzenia tie-breaków (w czasach kiedy każdy set musiał się skończyć przewagą dwóch gemów, rozegrano we French Open mecz trwający 83 gemy). Pod względem czasu trwania meczu (5 godzin 40 minut czystej gry), do rekordu Fabrice’a Santoro i Arnaud Clementa z 2004 roku brakło 53 minut (grali wtedy w Paryżu 71 gemów, 16-14 w piątym secie). Ale też Isnerowi tym razem wyraźnie zabrakło sił na kontynuowanie takiego maratonu. 

Życzliwy

– Dobranoc – rzecze Ojciec do Juniora, opuszczając pomieszczenie dziecięce.

– Wesołej nocy – odpowiada uśmiechnięty Junior.

Ojciec nie ma pojęcia, jakie Junior ma przewidywania co do Ojcowej nocy, ale wszystkie chętnie przyjmuje. Nawet jeżeli perspektywa Ojca obejmuje wyłącznie noc skróconą z uwagi na bladoświtową pobudkę i wyjazd dalekobieżny.

Żwirofile

Obserwuję sobie, jak ludzie urządzają sobie ogródki i inne przestrzenie wokół domu. Różne są strategie – skomplikowane rabatki, drzewka i krzewy, trawniki, to wszystko w przeróżnych kombinacjach. Serce roście jak się na takie zielone patrzy, zwłaszcza jak roślinność puści się nieco samopas, i nie wygląda jak uładzony ogród jak na konkurs, ale jak żywy organizm.

Niestety, dostrzegam też niemiłą i niepokojącą tendencję. Niektórym mniej czy bardziej swobodnie rosnąca zieleń najwyraźniej przeszkadza, zwłaszcza kiedy czują się w obowiązku dbać o jej uładzony stan, a zarazem nie mają na to ochoty. I w rezultacie tam, gdzie jeszcze niedawno było zielono, pojawia się pustkowie, wysypane obficie mniejszym czy większym żwirkiem, dla niepoznaki udekorowane wsadzonym tu i tam drzewkiem (najlepiej cyprysem, bo nie śmieci, albo prawie wcale). Najbardziej mnie wkurzyło, kiedy któryś ze sąsiadów zastąpił w taki sposób szereg wyrośniętych na kilka metrów, rozłożystych sosen, pod którymi uroczo nazbierało się poszycie z igliwia (świetną kryjówkę miały tam koty, i nie wiem jakie inne zwierzaki takoż). 

Na szczęście ludzie w swym zamiłowaniu do żwirku, nie doceniają możliwości przyrody. W wielu uładzonych żwirem miejscach, dostrzegam z dużą radochą, że pojawiają się wśród nich zielone pędy – znak, że czy to pod spodem nie dali folii izolującej, czy to położyli ją nieszczelnie, czy to wśród żwiru naniosło już tyle innego materiału, że zaczęła się w nim tworzyć gleba. Ten zaś (inny) sąsiad, który wysypał żwirem pod swoimi (innymi) sosnami, ma obecnie warstwę igliwia na żwirze. Efekt jest taki, że z czasem żwir zaniknie pod zielonym (lub innym), albo jego miłośnik będzie się musiał pofatygować na starannie pielenie swojego żwirnika (co powitam z dużą schadenfreude), bo przecież z kosiarką na niego nie wjedzie. 

Dajmy zielonemu rosnąć, a czasem nawet dziko (o szale koszenia każdego kawałka, gdzie zielone bujnie urosło, starczyłoby na inną notkę, teraz mi się nie chce). 

Porażka czajników

Przy okazji zeszłorocznego Touru pisałem o czajnikach i kalkulatorach, czyli kolarzach mniej zawierzających swojej sile i umiejętności zaatakowania w górach, niż mniej lub bardziej wyrafinowanej matematyce. W dzisiejszym królewskim etapie Giro do Passo Selvio też wszystko wyglądało na wielki pojedynek czajnikowo-matematyczny, bo czwórka mająca teoretyczne szanse na końcowy triumf przede wszystkim wzajemnie się pilnowała i zastanawiała, kto ile ugra na finałowej czasówce. 

Okazało się jednak, że jest wciąż jeszcze życie w peletonie. Tradycyjnie ktoś tam z przodu uciekał, inni gonili, a Gruppo Maglia Rosa dobrotliwie jechała swoje, w przekonaniu, że nikt tam im nie zagrozi, a na koniec i tak wszyscy osłabną. Interesująco się więc zrobiło, kiedy na końcowym podjeździe z czołowej grupki urwał się nieco zlekceważony Belg de Gendt i zaczął powiększać przewagę: do 4 minut, do 5 minut i rosło.. Uruchomione z niejakim opóźnieniem kalkulatory podpowiedziały, że jego strata była na tyle nieduża, że wspiął się (wirtualnie) na drugie miejsce w klasyfikacji, raptem 15 sekund za liderem. A tu pomocnicy już odpadli, zostali sami najlepsi, którzy bezradnie zaczęli spoglądać na siebie, kto weźmie na siebie ciężar pogoni.

W końcu ruszyli za „kontrolującym etap” Hesjedalem, i zaczęło się prawdziwe ściganie, oddzielające czajników od mistrzów: mocne tempo, walka o utrzymanie się za innymi, ucieczki i kontry. De Gendta nie mieli szans dogonić, ale przynajmniej zmniejszyli jego przewagę, niektórzy. Czasówka w każdym razie zapowiada się pasjonująco, może będzie pierwszy kanadyjski zwycięzca, a może nie.

Dobre rozpoznanie

Junior spogląda kątem oka na telewizor, w którym Ojciec przełączył właśnie na transmisję ostatniego, jakże ważnego sparingu naszej kadry przed Euro. Zerka i zerka znad swoich samochodów, aż obserwująca go z boku Matka pyta:
– A wiesz w co tam grają?
– W piłkę nożną.
– A wiesz kto gra?

Udzielenie prawidłowej odpowiedzi wobec widocznych na ekranie skrótów nie nastręczało wielkiej trudności, niemniej Junior postanowił podejść do sprawy  bardziej generalnie i odrzekł krótko:
– Panowie..

Nacje zidentyfikował minutę później. 

999 i pół, czyli 1001 drobiazgów z 1001 nocy

To miała być szczególna notka, na szczególny jubileusz, ale wszystko poszło nie tak. Nie trafiłem z nią na tysięczny dzień (bo musiałbym pisać dużo szybciej), ani na 1001-szy, ani nawet w okrągłą czwartą rocznicę. Nie jest to też wcale notka nr 1001, tylko jubileuszowa tysięczna. I też mówiąc szczerze, weny na tę szczególność notki też jakoś brakuje, na rozmaite drobiazgi i komentarzyki by się jeszcze znalazła, ale na nic więcej. 

Miejmy to więc za sobą. Może jakaś bardziej wyrafinowana treść pojawi się pod notką nr 1111, 1234, 1500 lub 2000 (do tej ostatniej na pewno sporo czasu zostało). O ile nie przegapię w numeracji.

Klondike i Alaska

Każdy czasem potrzebuje prostej, nieskomplikowanej i łatwo dostępnej rozrywki. Dziś – co tu dużo ukrywać – najłatwiej znaleźć ją w telefonie (jak często jeszcze ktoś mówiąc telefon nie ma na myśli komórki?), zarówno typu smartfon, jak i w takim bardziej, hmm, telefonicznym (zawsze się jakieś byle co znajdzie). W jednym z wcześniejszych modeli pamiętam, że sporo czasu spędzałem w ping-pongu (w stylu gry telewizyjnej z lat 80-tych raczej niż wyrafinowanej graficznie). W nowszych, mówiąc szczerze, mimo wypasionych bajerów graficznych (a może właśnie przez nie) przerzuciłem się na pasjanse.

W swoim poprzednim telefonie (o którym swego czasu dowiedziałem się nie bez zdziwienia, że był uznawany za wczesnego smartfona), wytrwale znęcałem się nad pasjansem Klondike. Najpierw spędziłem wiele czasu na przekręceniu czterocyfrowego licznika punktowego, a kiedy to osiągnąłem, przerzuciłem się na bicie rekordu jednej gry (ba, nawet zdarzyło mi się kiedyś przystąpić do rozważań na temat teoretycznej analizy, jaki wynik dałby się możliwie osiągnąć). 

Nadszedł jednak dzień, kiedy trzeba było telefon wymienić (nie żeby ten stary całkiem padł, ale taki był już trochę nadwątlony, a poza tym operator za mną biegał i się prosił). W nowym z dużą radością odnotowałem Klondike na liście dostępnych pasjansów, tylko po to, żeby się natychmiast rozczarować – zmieniono nieco interfejs, i niestety zrezygnowano z punktowania w trakcie gry, przez co gra zupełnie straciła  swoją przyjemność. Natura nie znosi próżni, więc zacząłem testować inne dostępne, by wybrać (przynajmniej na jakiś czas) Alaskę. Zrazu mocno mnie irytował, i zacząłem w niego grać w dużej mierze po to, żeby się przekonać, czy jest taki wymagający, czy taki losowy; ostateczną odpowiedź uzyskałem, kiedy w którejś partii natychmiast po ułożeniu kart powitał mnie komunikatem „niestety nie masz żadnego ruchu”, zanim przełożyłem jakąkolwiek kartę (choć jeśli po rozłożeniu miało się do dyspozycji raptem jeden ruch, to wnioski nie mogły być inne). Polubiliśmy się jednak w czasie tego testowania, bo Alaska jednak wymusza odrobinę wysiłku wzrokowego i intelektualnego (a wszak chodzi zarówno o zabicie czasu, jak i o zmianę stymulacji mózgu), a jednocześnie można bez problemu zwalić niepowodzenie na nierozwiązywalny układ kart. Ostatnio nawet odnotowałem mały, hmm, jubileusz – po kilku miesiącach wygrałem pięćdziesiątą partię. Przegrałem ich w tym czasie jedynie 1681 (patrzę na statystyki właśnie). Nie jest źle, to skuteczność 2,88%, był czas, kiedy miałem marne 2,5% 🙂

Jeżeli ktoś ma jakieś skojarzenie z gorączką złota.. cóż, może to jakiś ukryty podtekst, który coś o mnie świadczy. Nie wybieram się w każdym razie w tamtą stronę (choć kiedy parę lat temu zakończyłem notkę podobnym wnioskiem na temat Francji, to ku własnemu zaskoczeniu rok później znalazłem się w Paryżu..)