Każdy czasem potrzebuje prostej, nieskomplikowanej i łatwo dostępnej rozrywki. Dziś – co tu dużo ukrywać – najłatwiej znaleźć ją w telefonie (jak często jeszcze ktoś mówiąc telefon nie ma na myśli komórki?), zarówno typu smartfon, jak i w takim bardziej, hmm, telefonicznym (zawsze się jakieś byle co znajdzie). W jednym z wcześniejszych modeli pamiętam, że sporo czasu spędzałem w ping-pongu (w stylu gry telewizyjnej z lat 80-tych raczej niż wyrafinowanej graficznie). W nowszych, mówiąc szczerze, mimo wypasionych bajerów graficznych (a może właśnie przez nie) przerzuciłem się na pasjanse.
W swoim poprzednim telefonie (o którym swego czasu dowiedziałem się nie bez zdziwienia, że był uznawany za wczesnego smartfona), wytrwale znęcałem się nad pasjansem Klondike. Najpierw spędziłem wiele czasu na przekręceniu czterocyfrowego licznika punktowego, a kiedy to osiągnąłem, przerzuciłem się na bicie rekordu jednej gry (ba, nawet zdarzyło mi się kiedyś przystąpić do rozważań na temat teoretycznej analizy, jaki wynik dałby się możliwie osiągnąć).
Nadszedł jednak dzień, kiedy trzeba było telefon wymienić (nie żeby ten stary całkiem padł, ale taki był już trochę nadwątlony, a poza tym operator za mną biegał i się prosił). W nowym z dużą radością odnotowałem Klondike na liście dostępnych pasjansów, tylko po to, żeby się natychmiast rozczarować – zmieniono nieco interfejs, i niestety zrezygnowano z punktowania w trakcie gry, przez co gra zupełnie straciła swoją przyjemność. Natura nie znosi próżni, więc zacząłem testować inne dostępne, by wybrać (przynajmniej na jakiś czas) Alaskę. Zrazu mocno mnie irytował, i zacząłem w niego grać w dużej mierze po to, żeby się przekonać, czy jest taki wymagający, czy taki losowy; ostateczną odpowiedź uzyskałem, kiedy w którejś partii natychmiast po ułożeniu kart powitał mnie komunikatem „niestety nie masz żadnego ruchu”, zanim przełożyłem jakąkolwiek kartę (choć jeśli po rozłożeniu miało się do dyspozycji raptem jeden ruch, to wnioski nie mogły być inne). Polubiliśmy się jednak w czasie tego testowania, bo Alaska jednak wymusza odrobinę wysiłku wzrokowego i intelektualnego (a wszak chodzi zarówno o zabicie czasu, jak i o zmianę stymulacji mózgu), a jednocześnie można bez problemu zwalić niepowodzenie na nierozwiązywalny układ kart. Ostatnio nawet odnotowałem mały, hmm, jubileusz – po kilku miesiącach wygrałem pięćdziesiątą partię. Przegrałem ich w tym czasie jedynie 1681 (patrzę na statystyki właśnie). Nie jest źle, to skuteczność 2,88%, był czas, kiedy miałem marne 2,5% 🙂
Jeżeli ktoś ma jakieś skojarzenie z gorączką złota.. cóż, może to jakiś ukryty podtekst, który coś o mnie świadczy. Nie wybieram się w każdym razie w tamtą stronę (choć kiedy parę lat temu zakończyłem notkę podobnym wnioskiem na temat Francji, to ku własnemu zaskoczeniu rok później znalazłem się w Paryżu..)