Ofiarnie

To zawsze był ulubiony zawodnik redaktora Szpakowskiego – im bliżej było końca meczu, tym częściej jak zjawa pojawiał się na boisku i uczestniczył w coraz większej ilości akcji, zwłaszcza defensywnych. W finale Ligi Mistrzów najwyraźniej się sklonował, nawet jeśli komentatorzy go nie dostrzegali, w każdym razie w akcjach obronnych londyńczyków był po prostu niezastąpiony – w desperackim przyjmowaniu strzałów na ciało, w rzucaniu się na tor piłki, w pogoniach za uciekającymi rywalami, żeby jeszcze dać radę przeciąć próbę dośrodkowania. Ofiarności w tym meczu było pod dostatkiem, umiejętności czysto piłkarskich mniej (symboliczny będzie ten debiutant, który zagrał ofiarnie, odważnie i pewnie, lecz w akcjach ofensywnych pokazał, że nie dorósł do gry na tym poziomie). 

W kółko kręci się też myśl (i to nie tylko mnie), że sprawa ma wymiar ponadludzki, może nawet boski. Im bardziej patrzę na przebieg meczu, tym bardziej myślę, że Chelsea (lub niektórzy jej piłkarze) musiała przed meczem złożyć sute ofiary na rzecz Pani Fortuny (i innych bogów), zmienność losów Drogby w tym meczu najlepszym tego przykładem. Można mieć zresztą niemal pewność, że chełpliwi Bawarczycy o złożeniu jakichkolwiek ofiar nawet nie pomyśleli, będąc pewnymi wszystkich swoich atutów. A londyńczycy, cóż, pewnie zawarliby i kontrakt z diabłem, żeby tylko zapewnić sobie wygraną, zwłaszcza że Abramowicz mógłby coś do tego kontraktu dorzucić.

Bo właśnie to jest tak irytująco gryzące w tym finale: że ten piękny sportowy scenariusz napisany dla kopciuszka, kupiła sobie banda podstarzałych milionerów. Gratulacje dla zwycięzców, chwała dla zwyciężonych, my czekamy na kolejny sezon.

Czerwono mi

Nie hiszpańskie, nie kreolskie, ale nasze, nasze polskie..

Tak, to dziś jest Ten Dzień: po miesiącach zimy i przednówka, po raz pierwszy w handlu za rozsądną cenę kupiłem hienę pojawiły się trrrrrruskawki. Nie jakieś importowane z Hiszpanii czy innej Wenezueli, podmalowane farbką przez Milo Minderbindera, ale polskie, z naszej ziemi, z naszego pyłu, z naszym zapachem (ewentualnie podmalowane swojską farbką przez swojskiego Zenka). Posiadające smak truskawki, a nie wyrobu dekoracyjnego truskawkopodobnego. 

Proszę wybaczyć, że się oddalę, sprawa nie cierpiąca zwłoki (rodzina już się zasadza).

(997)

Ryba po grecku

Do tej potrawy mam stosunek właściwie obojętny – ilekroć dotąd spotykaliśmy się na przyjęciach, zupełnie nie czuliśmy do siebie chemii, w związku z czym ja oddalałem się w towarzystwie innych potraw, a ona oddawała się innym gościom. Stan ten zasadniczo mi nie przeszkadza, nie ma obowiązku lubienia wszystkiego co tylko nadaje się do zjedzenia, na świecie jest zasadniczo wystarczająco wielu Polaków, Greków* i innych, którzy ją lubią i zapewnią jej długą popularność.

Byłem ostatnio w sklepie po promocyjnego łososia w ilości ćwierćhurtowej, żeby jednorazowo oprawić, przetworzyć i zamrozić na zapas. Chwilę mi na rybnym zeszło, rozglądałem się, dostrzegłem i rybę po grecku różnych producentów, co również nie wzbudzało moich emocji. Do czasu, aż zobaczyłem tę.

ryba po grecku ze śledziem

Do tej pory nie wyszedłem z zakręcenia logicznego: czy śledź nie jest rybą (eee.. to czym, i czemu ja z niego te kwasy omega wchłaniam)? A może to w rybie po grecku nie ma ryby, a śledź jest dodatkiem specjalnym (właściwie pasowałoby: skoro po grecku jest tylko z nazwy, to może i ryba jest tylko z nazwy)? W dzisiejszym handlu w wiele można uwierzyć (choć długo czytałem spis i nie znalazłem tam też nic, co obok tego śledzia mogłoby sztucznie rybę udawać).

Ryba ze śledziem, też coś, nawet po grecku.

*Grecy już podobno nauczyli się robić rybę po grecku dla Polaków. Kto wie, może i sami czasem jedzą..

Czy pan śpiewa przy goleniu?

Jest podobno taki zwyczaj, że faceci śpiewają przy goleniu (Ojciec nie może potwierdzić, ponieważ odkąd się goli – a zwyczaj ten sięga ubiegłego tysiąclecia – to jakoś sobie przypomina, może dlatego że przy używaniu czegoś z ostrzem to woli gębę trzymać nieruchomo, a maszynka elektryczna raczej zagłusza; a poza tym Matka mu zakazuje). Nie bardzo potrafią więc Rodzice zgadnąć, skąd się Juniorowi wzięła maniera, że kiedy tylko wchodzi do łazienki, natychmiast zaczyna śpiewać (śladów golenia na szczęście nie stwierdzają, w przypadku siedmiolatka byłoby to z wszech miar niepokojące). I nawet nie chodzi o to, co śpiewa (to co zawsze, można przeżyć) ani jak (ujdzie), odruch zadziwia, nikt mu nie zakazuje śpiewania w domu (no chyba że po raz dwudziesty z rzędu tę samą piosenkę.

Ojcu zachciało się sprawdzić kto właściwie śpiewa przy goleniu i jedynym znalezionym śladem była Weronika M.-P. (Junior na szczęście nie zna). To Ojciec już tym bardziej dziękuje.

Ibrahimovic, Piszczek i finał ekstraklasy

Finał rozgrywek ligowych jest.. ciekawy. Bez względu na to, kto komu kibicuje lub antykibicuje, sytuacja, w której przed ostatnią kolejką cztery drużyny mają szanse na tytuł, musi być uznana za ciekawą. Mniej ciekawy jest niestety fakt, że prowadząca trójka rozgrywa w ostatniej kolejce mecze z drużynami, które nie grają już o nic. 

Analizując w ostatnich miesiącach stopień niegodności Łukasza Piszczka jako uczestnika afery korupcyjnej, doszliśmy właściwie do przekonania, że najgorsze w sportowej korupcji jest to, że drużyna (lub zawodnik) nie stara się osiągnąć zasadniczego celu sportowego przyświecającego każdym pojedynczym zawodom, a mianowicie nie stara się wygrać. W przypadku Piszczka sytuacja była o tyle specyficzna, że wbrew pozorom nie skłaniał on (wraz z innymi) przeciwnika do porażki, ale wyłącznie do remisu, na dodatek remisu korzystnego dla obu stron. Z punktu widzenia rywalizacji na dystansie jednego meczu, było to więc imitowanie walki, podczas gdy z punktu widzenia całego sezonu, umówiony wynik był dla stron minimaksem, który strony mogły osiągnąć nie kłopocząc się wydawaniem pieniędzy i narażaniem się na ingerencję prokuratora. 

Przykładów podobnych sytuacji w historii futbolu było wiele. Airborell stworzył kiedyś nawet specjalną listę ustawionych meczów, na której czołowe miejsce zajmuje mecz, w którym prawie na pewno żadne pieniądze nie były ani proponowane, ani przekazywane. Osiem lat temu na mistrzostwa Europy, Szwecja grała z Danią, dla obu drużyn korzystnym rezultatem (dającym obu drużynom wyjście kosztem Włochów) był remis bramkowy, a najlepiej wysokobramkowy. Po 90 minutach uroczej dla oka gry, na tablicy wyników widniało 2-2 (to co że po golu wyrównującym w 89 minucie). W drużynie Szwecji cały mecz rozegrał wtedy Zlatan Ibrahimovic. Czy należy go przywitać gwizdami, jako niegodnego sprzedawczyka?

W meczach decydujących o mistrzostwie Polski AD2012 o obustronnie korzystnych rezultatach mowy być nie może, tylko jedna ze stron może coś zyskać lub stracić, druga co najwyżej premie meczowe i honor. Już wiadomo, że kibice Wisły Kraków – od której najwięcej będzie zależeć – chcą, aby ich drużyna swój mecz przegrała (w końcu w tym sezonie mamy już dziwne wyniki, ze sztandarową porażką Widzewa z Lechią, po której kibice się cieszyli, że ten wynik pomógł wyrzucić z ekstraklasy lokalnego wroga). Ciekawe, czy którykolwiek z nich potem nazwie Piszczka niegodnym. Oczywiście, Wisła może zwyczajnie nie dać rady, grając bez szczególnej motywacji przeciwko drużynie z wizją tytułu w oczach, tak samo jako reprezentacja Polski nie miała wiele do powiedzenia przeciwko Holendrom na zakończenie eliminacji do amerykańskiego mundialu – ale powinna zrobić wszystko żeby udowodnić, że potrafi zagrać fair do końca. Jest to winna.. piłkarzom Odense.

Bez

Ta piosenka napada mnie zwykle raz do roku na chwilę. Powstała w czasach, kiedy Anita Lipnicka jako nastolatka jeszcze kręciła (zawodowo) z Robertem Jansonem w pozycji supergwiazdy i generowała adekwatne do tej sytuacji piosenki. Płyta Elf nigdy mi szczególnie nie podchodziła, choć oczywiście były na niej miłe akcenty i ten między innymi jakoś zapadł w pamięć. Właśnie akcent, bo nie cała piosenka:

wieczorem dasz mi garść dusznego bzu

Nieważne, co kto kogo i jak w piosence. Co roku przychodzi czas rozkwitania bzu właśnie. Czy wsadzony do wazonu, czy jeszcze na drzewie, przytłacza swoim ciężkim zapachem. Bez którego nie ma wiosny. 

Posłuchajcie, a ja idę ogołocić parę krzaków w różnych kolorach (dzięki czemu nie usłyszę całości). 

PS Może są inne piosenki na temat bzu, ale mi się nie kojarzą.

(993)

Argentyński czosnek

Z czosnkiem jest jak z pudełkiem czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz:-)

Ten hodowany na południu Europy jest zwykle dość łagodny w smaku, że można go prawie jeść łyżeczką. Ten, który rośnie w Polsce, jest z kolei ostry do bólu, jednym (dużym) ząbkiem można potrawę zaprawić tak, że smakuje głównie czosnkiem. Jak się z kolei poza sezonem kupi chiński, to nigdy nie wiadomo, czy będzie ostry jak polski, czy kompletnie bez smaku (ale nie jak śródziemnomorski, tylko jak chińska tandeta). 

Wziąłem z półki w garażu świeżo dowieziony czosnek. Patrzę na metkę: argentyński. I bądź tu pan mądry i pisz wiersze, myślę sobie. Koniec końców chyba przejawia się w nim latynosko-italskie pochodzenie Argentyńczyków, bo raczej należy do łagodnych, dwa ząbki roztartego z solą ledwo czuć w litrze chłodnika na kefirze (na będące testem ostatecznym gazpacho pomidory jeszcze nie doszły). 

(992)

Migawki żywieckie

Kiedy szliśmy przez żywiecki park zamkowy, moją uwagę zwróciło, że przeważały w nim ptaki. Dużo szpaków i kosów, i innego ptactwa. Z kolei nie widziałem żadnej wiewiórki. Żywiec doda ci skrzydeł?

Modne stają się ostatnimi czasy ławeczki z ważną postacią. W Pszczynie postawili ławeczkę z księżną Daisy, w Żywcu koło zamku na ławeczce siedzi księżna Alicja Habsburg, założycielka parku zamkowego. Ciekawe, czy jej córka, mieszkająca obecnie na zamku księżna Maria Krystyna von Altenburg, przysiaduje czasem koło matki.

I w ogóle muszę stwierdzić, że Żywiec bardzo mnie przyjemnie zaskoczył, bo niewiele w nim spodziewanej małomiasteczkowej zapyziałości. Większość domów w centrum zadbana i odnowiona (choć oczywiście nie znaczy to, że każda boczna uliczka jest reprezentacyjna); nie dotyczy to jednak, niestety, dróg i terenów kolejowych (a żywiecki dworzec kolejowy z młodszych lat należy do najlepiej mi znanych w całej Polsce). 

Bonus: pisałem jakiś czas temu o pretensjonalnym sposobie używania nazwy „klinika”. W Żywcu spotkałem miejsce określające się kliniką w sposób dalece bardziej zasadny, albowiem reklamowało się, że znieczula i leczy z bezsenności. To Klinika Pub. I pomyśleć, że ja w ten ciepły dzień ani w Żywcu, ani w domu, nawet jednego żywca nie wychyliłem..

Dał nam przykład Bonaparte

Junior ćwiczy ostatnio opanowywanie polskiego hymnu (właściwie nie wiem skąd mu to przyszło, ale łatwiej go było nauczyć hymnu polskiego, niż hymnu Bahamów). Po stwierdzeniu, że tekst drugiej zwrotki Junior powiedzieć potrafi, Matka przystąpiła do komentarza historycznego (bo w końcu bez sensu jest mówić czy śpiewać coś, czego się kompletnie nie rozumie). Postanowiła zacząć od Bonapartego i zadała pytanie „na inteligencję” – a skoro dał przykład jak zwyciężać, to co on musiał robić dobrze?

Junior przemyślał tę kwestię i odpowiedział:
– No musiał być szybszy od innych..

Słowo „zwyciężać” kojarzy mu się póki co wyłącznie z Formułą 1:-) Ojciec zatriumfował w duchu (bo odkąd usłyszał pytanie, to trzymał kciuki za taką odpowiedź )

Sznurówki i krawat

Przeczytałem właśnie, że podobno 19 procent dzieci w wielu od lat 2 do 5 wie jak uruchomić grę na smartfonie, ale jedynie 9 procent (takich, jak sądzę) dzieci potrafi zawiązać sznurowadła. 

Właściwie to wcale nie jestem zdziwiony. Grę na smartfonie potrafi zapewne uruchomić większość dorosłych facetów, ale umiejętność zawiązania przez nich krawata zdaje się być dla większości wiedzą tajemną. A krawat nie jest bardziej skomplikowany w obsłudze niż sznurówki. (Eh, moje dziecko na razie nie wiem czy potrafi zawiązać sznurówki, bo używa butów na rzepy i paski, za to według mojej wiedzy nigdy nie miało szansy uruchomić gry na smartfonie, bo nie daję do ręki).

A tekst zasadniczo był głównie o tym, czy rodzice pilnują swoich dzieci i że im włażą na konta na Facebooku. Czy moi rodzice włażą mi na konto.. ojca mam wśród znajomych nawet, ale on nawet nie chce tracić czasu na czytanie tego, co ja tam piszę. Ale chyba nie pasuję do profilu grupy badanej:-)