Wiosna wśród pancernych

Dziś piękny, słoneczny dzień, z letnimi nieomal temperaturami. Wypuściliśmy żółwia, bo aż szkoda, żeby z takiego słońca nie skorzystała. Ona też tak uważała, bo jak tylko otwarliśmy drzwi do ogródka, to mimo że właśnie wygrzewała się sennie pod lampą, to natychmiast zaczęła się tłuc, że ma swoje potrzeby. Wypuszczona zrobiła sobie wycieczkę w 80 minut dookoła ogródka, po której poświęciła się wygrzewaniu się na progu. A potem postanowiła wejść do domu tylko po to, żeby pracowicie wyszukać plamę słońca wpadającą przez otwarte drzwi i spędzić w niej kolejne pół godziny. 

Wiosna, panie sierżancie! Kantyna zaordynowała frappe.

Deprecjonowanie Ramiresa

Przeglądam nagłówki po wczorajszym meczu Barcelona-Chelsea. Prawie wszędzie zdjęcia Fernando Torresa, nazwisko Torres – względnie Messi jako winowajca. 

Zostawmy Messiego, bo nie o to mi chodzi, czy pudłował bardziej niż inni. Gol Torresa był niewątpliwie wydarzeniem sezonu dla niego samego, ale był jedynie coup de grace, co najwyżej pozbawił znaczenia ewentualny strzał rozpaczy z ostatniej minuty (którego nie było). 

Przyćmił ten gol natomiast prawdziwego bohatera meczu i dwumeczu (nic nie ujmując wszystkim walczącym w obronie). Jakże rzadko eksponowany jest strzelec kluczowej, pierwszej bramki Chelsea (wystarczającej do awansu), jego zdjęć praktycznie nie widzimy. A to on w pierwszym meczu przeprowadził kluczową akcję i kapitalnym podaniem wyłożył piłkę Drogbie, ustawiając cały dwumecz. 

Ramires Chelsea Barcelona Champions League Liga Mistrzów  
(fot. Josep Llago / AFP/East News)

Ramires Santos do Nascimento. Bez niego nic się nie stało, co się stało.

Gwiazdkę z nieba

Rodzina wraca z imprezy rodzinnej w porze coraz ciemniejszej z każdą chwilą. Junior wygląda przez okno i radośnie woła:
– O, gwiazdki! Moje kochane gwiazdki! Matko, kup mi gwiazdkę z nieba, może być pluszowa! 
Matka – prowadząca samochód w wąskich uliczkach – stara się jakoś panować na emocjami, więc odpowiada Juniorowi, że to jest bardzo trudno zdobyć taką gwiazdkę z nieba. Junior natychmiast znajduje rozwiązanie:
– Ale wystarczy wejść na bardzo wysoki dom!

Może inne dzieci już to wymyśliły tysiące razy, nieważne, uciecha Rodziców jak nowa. Do Dnia Dziecka ponad miesiąc.. trzeba będzie szukać pluszowej gwiazdki, pomysł na jej zniebność Ojciec jakiś ma.

Więcej

Cztery wyścigi. Czterech zwycięzców. Czterech kolejnych liderów mistrzostw świata. Ośmiu kierowców na podium. A wyprzedzań… nie zliczę, także w ścisłej czołówce, w walce o podium.

Więcej, more, moar. A tu aż trzy tygodnie trzeba czekać.

Szukajcie, a znajdziecie

Kiedyś byłem w sklepie, zobaczyłem i zaśmiałem się.

gdzie mój banan where is my banana?

Odróżnienie towarów w cenie promocyjnej od tych niepromocyjnych bywa trudne, a co dopiero, jak ten towar promocyjny jest sztuk jeden. 

Tak mi się przypomniało, jak zobaczyłem w gazetce promocyjnej (chyba innego marketu), że cena promocyjna może być zmieniona po pierwszych trzech dniach.

Wikipedia niejeden ma język

Potrzebowałem sprawdzić na szybko jakiś szczegół dotyczący kariery Messiego. Wpisałem w google frazę „lionel messi wiki” i po chwili spojrzałem na listę wyników. Na pierwszym miejscu jak zwykle link do artykułu w polskiej Wikipedii, ponieważ większe zaufanie mam zwykle do wersji angielskiej, więc spojrzałem na link wyświetlony jako drugi. I tu się serdecznie zdziwiłem, ponieważ widniał tam link do Wikipedii.. śląskiej.

Nie, nie byłem zdziwiony faktem jej istnienia, ale raczej tym, że tak mi ją wypromowało w wynikach. Zaraz też przyszła myśl, że mocno też popularny musi być ten futbolista wśród Ślązaków. Naturalną konsekwencją było posprawdzanie, jaki będzie efekt takiego wikiszukania dla innych takich haseł. 

Link do śląskiej wersji zaraz poniżej polskiej znalazł się w przypadku Usaina Bolta i Zinedine Zidane’a. David Beckham i Diego Maradona nie byli już tak popularni, podobnie jak Brad Pitt&Angelina Jolie, szukani z osobna, Metallica i Rolling Stones (od razu angielska). Bardzo interesująco zrobiło się za to przy Cristiano Ronaldo, przy którym aż wybałuszyłem gały, zastanawiając się jaka wersja językowa chowa się za kodem „so”; gratulacje dla tych, którzy od razu domyślili(by) się, że chodzi o somalijską. Interesująco było też przy haśle The Beatles, gdzie wyborem nr 2 była wersja.. bawarska.

Nie pokuszę się o żadne próby wnioskowania co do sposobu wyszukiwania i proponowania wyników przez Googla. Znacznie bardziej interesujące było, że właściwie miałem problem z dobraniem haseł do kwerendy – odruchowo wybierałem takie, które były dla mnie ważne kiedyś, a znacznie trudniej było mi wybrać takie, po których można by się dziś spodziewać największej popularności (a Wy kogo byście sprawdzali?).

PS Dla leniwych dodano linki do haseł:-)

Charoszyje druzja

Zajrzałem dzisiaj na jedno z moich kont pocztowych, co to na nim dawno nie byłem. Od nieprzeczytanych wiadomości aż kipiało (też chyba dlatego, że któryś program pocztowy ich nie kasował z serwera mimo ściągnięcia, tak to z tymi programami bywa), więc wiedziony niezdrową ciekawością postanowiłem zajrzeć na początek do foldera ze spamem (tylko 45 nieprzeczytanych wiadomości). Kliknąłem i zdziwiłem się. 

Większość maili miała nagłówki i adresy nadawców po rosyjsku. Było ich na tyle dużo, że Google Chrome obejrzawszy całość, doszedł do wniosku, że wszedłem na jakąś rosyjską stronę, i zaoferował przetłumaczenie jej w całości. Nie skorzystałem, bukwy z ośmiu lat nauki jeszcze pamiętam wystarczająco dobrze, na tyle dobrze żeby docenić urodę reklamy firmy oferującej sprzedaż dyplomów (może tu mi momentami słownictwa brakuje, więc nie jestem pewien, czy to po naszemu dyplomy magisterskie, licencjackie czy inne). W każdym razie nie przeczytałem wszystkich tych spamowych maili.

Tagda, mai charoszyje druzja, jes’li kto-nibud’ pisał ka mnie na etu adriesu – izwinitie, szto ja k’wam nie atpisał, paetamu szto ja nie pracitał (u mienia niet druziej, katoryje by ka mnie pisali pa-russki). Привет!

Jak wygrać wyścig Formuły 1

Wyścig Formuły 1 można wygrać na wiele sposobów:
– dzięki prowadzeniu od startu do mety, korzystając z wolnego toru i czystego powietrza przed sobą (ewentualnie oddając przejściowo prowadzenie na czas po zmianie opon, choć i to niekoniecznie),
– dzięki uważnej jeździe tuż za liderem, i ogranie go przez korzystniejsze dobranie momentu zjazdu na zmianę opon (kiedyś i na tankowanie), wykorzystując przewagę szybkości lub lepszy moment wyjazdu,
– dzięki spokojnej jeździe i odpadaniu zawodników jadących z przodu (teraz zdarza się coraz rzadziej, ale jeżeli do mety dojeżdża 3 kierowców, a 7 zostaje w sumie sklasyfikowanych, jak w Monaco 1996..),
– dzięki innemu nadzwyczajnemu zbiegowi okoliczności, takiemu jak safety car wypuszczony w momencie pozwalającym na objęcie prowadzenia i dowiezienia go do mety (jak prawie się udało Nelsinho Piquetowi na Hockenheimie w 2008 roku),
– dzięki wyprzedzeniu rywali w bezpośredniej walce na torze.

Nie wiem które zwycięstwa najlepiej smakują kierowcom, kibicom najbardziej smakują te ostatnie. Wczorajsze zwycięstwo Nico Rosberga należało bez wątpienia do pierwszej kategorii i było znacznie mniej efektowne, niż ta walka, która toczyła się za jego plecami o miejsce drugie, trzecie i dalsze – ale niezaprzeczalnie było zwycięstwem, które w statystykach będzie zawsze wyżej, niż najpiękniejsza porażka (nawet jeżeli w pamięci kibiców lepiej zapisze się ta porażka). Nie ma bowiem powodu, aby nie cenić uczciwie odniesionego sukcesu, nawet jeśli wydawałby się osiągnięty w sposób nijaki. Kiedy Robert Kubica odnosił swoje jedyne zwycięstwo, było ono kombinacją kilku wariantów – po szczęśliwym wyeliminowaniu się przez głównych rywali, wyprzedził partnera z zespołu i pędząc do przodu, uzyskał dość przewagi, żeby po zjeździe na do boksu wyjechać jeszcze przed nim; a przecież i on, i my, pękaliśmy ze szczęścia po tym zwycięstwie.

Czy się siedzi, czy się leży

Juniora dorwało dzisiaj jakieś przeziębienie. Odstawia jak zwykle twardziela, więc „leżeć nie będzie”, ale po drugim śniadaniu zmęczenie zaczęło się robić wyraźne. Poleżał trochę oglądając przygody Zygzaka McQueena, po czym przysnął na trochę. Pochrapał pół godziny, przebudził się i na wszelki wypadek usiadł, żeby już nie spać dalej (choć wyglądał dość mętnie).

Po minucie chrapał na siedząco.

Rekordy Nico

Liczbą dnia w ustach Andrzeja Borowczyka było po dzisiejszych kwalifikacjach w Szanghaju: 111. To numer wyścigu, w którym Nico Rosberg zdobył swoje pierwsze pole position. A ponieważ Nico bywa często i złośliwie porównywany do Nicka Heidfelda, jako do kierowcy specjalizującego się w dojeżdżaniu do mety i zdobywaniu punktów, lecz bez zwycięstwa, przyjrzałem się bliżej statystykom. 

Heidfeld brał udział w 185 weekendach wyścigowych, w tym w 183 wyścigach. Gdyby teraz wygrał (przy założeniu, że ktoś wpuściłby go do bolidu z szansami na zwycięstwo), ustanowiłby rekord wszech czasów w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem”, obecnie należący do Marka Webbera (pierwsze zwycięstwo w 131 wyścigu). Wbrew odruchowemu skojarzeniu, nie prowadzi jednak w kategorii „największa liczba wyścigów bez zwycięstwa”, gdyż ta należy do Andrei de Cesarisa z aż 208 wyścigami w 214 weekendów. Musiałby się więc Rosberg długo „starać”, żeby pobić którykolwiek z powyższych rekordów. Gdyby natomiast udało mu się (w co raczej powątpiewam) z tego pierwszego miejsca jutro wygrać, to w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem” znalazłby się na piątym miejscu, ex aequo z Giancarlo Fisichellą.

Sprawdziłem też, czy to 111 faktycznie jest rekordowe – i wbrew pozorom nie jest. Palmę pierwszeństwa dzierży również Mark Webber, który na swoje pierwsze pole position czekał również do 131 wyścigu. „Lepsi” od Rosberga byli też Jarno Trulli i Thierry Boutsen (odpowiednio wyścigi nr 119 i 115, jeśli dobrze policzyłem). Heidfeldowi zaś udało się swoje pierwsze PP zdobyć „już” w 91 starcie. Przy okazji dodam jeszcze, że jak sięgniemy do czasów, kiedy liczba wyścigów w sezonie była mniejsza, a trudność zakwalifikowania się większa, Denny Hulme czekał na swoje pierwsze PP aż do dziewiątego sezonu startów (w sumie miał tych startów w karierze 112), a Rosberg „tylko” do siódmego. 

Na razie więc Nico na listach rekordów cieszy się przede wszystkim z pierwszego miejsca w kategorii „najmłodszy zawodnik, który uzyskał najszybsze okrążenie w wyścigu” (ba, i to w debiucie!), bo z rekordu „liczby punktów bez zwycięstwa” raczej dumny nie jest. Do rekordu Heidfelda w kategorii „liczba miejsc na podium bez zwycięstwa” na razie też mu daleko (5 do 13, i chyba nie chce go pobijać, jak zrobił to w poprzednio wymienionej kategorii). Cóż, nawet nie udało mu się zostać pierwszym synem zdobywcy pole position, który zdobył pole position – po ten tytuł dawno już sięgnął Damon Hill (zgarniając też od razu laur dla pierwszego mistrza świata będącego synem mistrza świata). 

PS Jeżeli wyścig wygra partner Nico z zespołu i towarzysz na pierwszej linii, to wskoczy na szóste miejsce w kategorii „najstarszy zwycięzca wyścigu”. Gdyby był wygrał kwalifikacje, byłby czwarty „oldest polesitter”. Jakiż ciekawy ten sezon:-)

PS 2 Liczbą dnia jest oczywiście 0,505 – czyli przewaga, jaką Rosberg uzyskał nad Hamiltonem w Q3. Aż niewiarygodna, w ogóle ten zwycięski czas był niesamowity, aż nie można się było opędzić od myśli, że Rosberg gdzieś pojechał na skróty – ale to oczywiście tylko perfekcyjne okrążenie było.