Prawnik wszechstronny być musi

Ciężkie czasy idą na prawników: tu minister liberalizuje zawody tak by nic nie zliberalizować, tam gospodarka stęka i kwiczy, że wkrótce nie będzie komu prawnikom płacić (bo za co, to zawsze będzie). Wielu kolegów z branży obstawia się na wszelki wypadek na wszystkie strony – jak mecenas nie zarobi na poradach, to przynajmniej na czym innym dorobi. Niektórzy przewidująco ustawiali się tak z dużym wyprzedzeniem, inni stawiają na oryginalność oferty

Kiedy ostatnio zobaczyłem kolejny koncept wielobranżowości, zacząłem się poważnie zastanawiać..

reklama

..jaki biznes wybrać jako dodatkowy? Znajoma mecenas hoduje psy rasowe, ale ona jest już na emeryturze..

Kaj leziesz?

Bacznie śledzę debatę, wróć, zawieruchę, wokół spektaklu Villqista „Miłość w Koenigshuette„. Dziś ktoś zarzucił linkiem do wypowiedzi Aleksandry Klich. Wypowiedź to trudna, nie ukrywa, że pisana aż z trzewi. 

Mnie ta wypowiedź kłuje (bo nie boli) z zupełnie innego powodu. Czytam ją wciąż i czytam, starając się nie przeinaczyć sensów, zastanawiam się, czy nie czepiam się słówek. Chodzi głównie o opozycję „Śląska morcinkowo-hadynowego” do dorosłości wyznaczonej świadomym przeżyciem bólu historycznej krzywdy. Brzmi to, jakby te dwie sfery się wzajemnie wykluczały, zamiast być dwiema stronami tej samej monety (w uproszczeniu, bo może lepiej byłoby powiedzieć: dwiema ściankami tej samej kostki). 

Nie mogę się oprzeć refleksji, że morcinkowo-hadynowość jest Śląska życiem codziennym, nawet jeśli w tym wycinku bliższym kręgom robotniczym i rolniczym. Skupienie się zaś na traumach historycznych, tych sprzed dziesiątek lat i tych świeższych, uruchamia we mnie obawę przed pojawieniem się postaci, która siedzi mi w samym środku mózgu, z której drwiłem w pracy maturalnej, lecz nieskutecznie. Postaci, która na salonach światowych jedyne, co ma do powiedzenia, to – wskazując na paszczę – „o, tu, panie, wybili, trzonowego wybili”. To postać Polaka-emigranta z „Monizy Clavier” Mrożka, jakim chichotem byłoby, gdyby w taki sposób się śląska tożsamość spolonizowała. 

Ale mam świadomość, że to nie moje traumy będą, więc nie chcę się pchać ze szczewikami w duszę.

Prawie jak Larsson

Od jakieś czasu gości u mnie w domu duża ilość kryminałów (wypożyczanych), z wyraźną nadreprezentacją skandynawskich. Najbardziej znane nazwiska szwedzkich pisarzy kryminalnych znają dziś pewnie wszyscy, więc wydawcy jak tylko mogą, to wciskają do wszelkich reklam jakieś nawiązania do Larssona, Stiega. Właśnie zresztą taka reklama stała się swego czasu inspiracją do tej notki, kiedy na okładce książki niejakiego Kallentofta przeczytałem, że jest „lepszy od Larssona”. 

Z pisaniem tej notki wstrzymywałem się długo, bo uznałem, że do jej rzetelnego opracowania, muszę najpierw.. przeczytać Larssona. Pierwsza myśl po przeczytaniu wyżej zacytowanego hasła reklamowego brzmiała bowiem „to nietrudne”, aczkolwiek nie miałem pewności, ile w tym było zwykłej złośliwości – w tamtym czasie z Larssona miałem przeczytany wyłącznie zamykający trylogię „Zamek z piasku, który runął”, po którym miałem uczucie głębokiego WTF. Ocena moja nie uległa zmianie po „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” – płaskość języka, schematyczność postaci, ideologiczność intrygi aż raziły (tym bardziej nie rozumiałem tych, którzy się nim zachwycali), nie wspominając o nieustającym odczuciu, że Kalle Blomkvist stanowi projekcję marzeń autora o tym, jak chciałby się w życiu spełnić. Dopiero „Kobieta, która igrała z ogniem” troszkę te jego notowania poprawił (wtedy w miarę zrozumiałe stały się zachwyty nad Salander), aczkolwiek tak niesamowite sytuacje musiał Larsson wymyślić, żeby Salander mogła rozkwitnąć.. no, jest to pewnego rodzaju pójście na łatwiznę. 

Wzmiankowany wyżej Kallentoft nie był zresztą od Larssona wiele lepszy, żeby nie powiedzieć, że był daremny. Częstą przypadłością tych skandynawskich kryminałów jest bowiem brak polotu w wymyślaniu intrygi – w tym sensie, że wybiera się jako sprawców ciężkich szajbusów i psycholi, wyrafinowanie znajdując w palecie potworności raczej (aż się boję sięgnąć po leżącą na półce książkę, gdzie na okładce piszą coś o „tajemniczych sobotnich masakrach”) i nadrabia ilością stron. Dotyczy to zresztą i największych nazwisk, włącznie z Lackberg (choć mam tu względnie niewielką próbę badawczą), Mankellem (najlepszy w swoich krótkich opowiadaniach) czy Leifem GW Perssonem (jest na sali lekarz?) – aż się momentami zastanawiam, czy skandynawski brak słońca nie wpływa jakoś na ciemną stronę mózgu, a przynajmniej duszy.

Dużo ciekawsze w tych skandynawskich kryminałach jest zresztą tworzenie obrazu relacji społecznych Skandynawii (w tym względzie Larsson leży i kwiczy, bo zamiast opisywać, woli kreować). Lackberg z jej życiem Fjallbacki, Karen Fossum pokazująca niuanse życia Norwegów, Mankell potrafiący po mistrzowsku oddać zarówno klimat żmudności niekończących się narad policyjnych, jak i wyobcowania Wallandera – to obrazki, z których można się dowiedzieć o Skandynawach więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Fantastycznie pozytywną niespodzianką była przy tym Leena Lehtolainen, o której pisze się mniej, a która w rozsądnej ilości stron potrafiła zawrzeć i celny opis życia Finów, i zręczną, nieprzesadzoną zagadkę i intrygę.

Czas najwyższy (zanim notka będzie miała długość powieści Mankella) przejść do oddania hołdu numerowi 1, w reklamach wiązanemu oczywiście z Larssonem – jako „wzór, z którego korzystał Larsson”. Wzór to dla Larssona niedościgniony – wysokiej próby język, kapitalnie zarysowane charaktery, z głównym na czele, zgrabne obserwacje społeczne, a do tego przestępstwa na swój sposób banalne (nawet jeśli sensacyjnie wyglądające), i na to wszystko wystarczy zwykłe 250 stron. Maj Sjöwall, Per Wahlöö (miarą mojego szacunku dla mistrzów jest wklejenie nazwisk w prawidłowej pisowni, bez pomijania umlautów) i ich cykl o komisarzu Martinie Becku. Dodatkowym malutkim bonusem była – dla mnie – mała aluzja literacka, kiedy młody, ambitny policjant czytał jedną z powieści Eda McBaina, innego mistrza powieści „o policji” – bo i powieści duetu S&W właśnie powieściami o policji są.

Pitaval przedszkolny

Junior bawi się na podłodze (na dworze wściekle zimno dzisiaj) samochodami i opowiada przy tym Rodzicom, jakie to zabawy uprawiają z dzieciakami w przedszkolu. Sam fakt, że dzieci bawią się w policjantów i złodziei, nie jest żadnym szczególnym zaskoczeniem, ale w pewnej chwili Rodzice z przerażeniem rejestrują następującą wypowiedź:

– A za oszustwo ubezpieczeniowe grozi do pięciu lat więzienia…

Wyedukowana ta młodzież, ciekawe czy opowiadają sobie też sposoby na załatwienie sobie alibi.  

Samochodem jak po szynach

Nie, nie będzie ani o żadnym debilu na mieście, ani o proekologicznych koncepcjach transportowych.

Jechałem raz do Bielska (mam takie wrażenie, że wyjazdy tam często skutkują notkami, może zrobię jakieś badania statystyczne kiedyś). Po drodze miałem do załatwienia jedną sprawę w Tychach – tuż koło wylotu bocznej drogi na Kobiór, więc nie było sensu przeciskać się przez miasto do zatłoczonej wiecznie drogi krajowej. Pojechałem więc.

Droga była przyjemnie pusta i o lepszym niż można się było spodziewać stanie asfaltu (dziury były jeszcze w mieście, w lesie właściwie zanikły, wraz z zasięgiem komórki zresztą). Lepszym, co nie oznacza idealnym – zamiast dziur droga proponowała drobne przeszkody poprzeczne, czasem tylko zwykłe dylatacje w poprzek mostków, a czasem jakby tylko poprzeczne przecięcia w asfalcie. Było ich na tyle dużo, że kiedy auto jechało przez takich ich szereg, to stukotało oponami niczym pociągi w najlepszych czasach szyn stykowych (mało jeżdżę pociągiem, to nie wiem na których trasach jest tak nadal, choć wydaje mi się, że na trasie Katowice-Wrocław przyjemnie stukało, nie to co na CMK).

Do tego Bielska jechałem dobrych kilka tygodni temu, Święta to niezły czas na pisanie zaległych notek:-)

Z zimną krwią

Wielka Sobota, pora malowania jaj. Bez namysłu przygotowuję wszystko: szklanki, łyżki, talerze, ręcznik papierowy, ocet do utrwalania kolorów, włączam czajnik na wrzątek.. Wyjmuję z szafki zestaw barwników, i czuję jak robi mi się zimno.

Na opakowaniu napisane jest: Farby do farbowania pisanek na zimno. Jako że innych właściwie nie mam (to znaczy mam jakieś dziwne opakowanie, o którym na razie wspominać hadko), ze strachem otwieram opakowanie, żeby poszukać instrukcji użycia farb do farbowania na zimno. Znajduję, czytam, mrozi mnie jeszcze bardziej, choć w innych okolicach. Zgodnie z instrukcją, w celu ufarbowania pisanek na zimno, należy tabletkę farby rozpuścić w szklance gotującej się wody (z dodatkiem octu) i włożyć do środka ugotowane, jeszcze gorące jajko. 

Tego, kto jest odpowiedzialny za te opisy, z zimną krwią poddałbym farbowaniu na zimno. A potem dał mu tylko zimną wodę do mycia. 

Gorąco życzę wszystkim wesołych, kolorowych, spokojnych Świąt. 

PS Nie używajcie farbek do ostrożnego nakładania, wyciskanych z jakiejś koszulki. Kompletnie nietrafione, jeśli nie chodzi wyłącznie o zrobienie stada chaotycznych plamek. 

Imię Ojca

Junior poznaje nieustająco nowe słowa, w tym także rozmaite określenia, którymi może zastąpić inne znane mu słowa (nie, nie chciałem napisać synonimy). Zdarzało się więc Matce usłyszeć, że jest matulą, czy zwłaszcza maminą (ostatnio dość często jest zwyczajnie „matką”). Przy Ojcu na razie inwencja Juniora na razie mniejsza, ale jakoś ostatnio podłapał słowo „tatko”. I Ojciec, mówiąc szczerze, kiedy słyszy:
– A wiesz, Tatku.. [cokolwiek dalej]
to ma ochotę odpowiedzieć, że nie ma na imię Tadeusz (pomimo uwielbienia dla Sawaszkiewicza). Ale hamuje się, bo wie, że Junior by tej riposty nie zrozumiał.

Przegrywanie z państwem

Wpadł mi dziś przypadkiem w oczy link do tekstu „Polacy przegrywają z państwem w sądach„. Statystyki jak statystyki, rozbawiło mnie jak zwykle, że dzielny dziennikarz do nich dotarł (zapewne je zamieszczono na stronie ministerstwa albo pojawiły się na jakiejś konferencji prasowej), zakłuł natomiast komentarz dyżurnego eksperta od biznesu, że niby:
 ta porażająca dysproporcja wynika z nastawienia sędziów.  Jako funkcjonariusze państwowi stoją po prostu na straży interesów budżetu państwa, zamiast na straży sprawiedliwości (…) Nawet jeśli sądy przyznają odszkodowania, to są one śmiesznie niskie

Cóż, zapewne honoru sędziów jako takiego lepiej będą bronić sami zainteresowani, ja się ograniczę do spojrzenia z pogranicza. Wg statystyk na blisko dwa tysiące spraw zakończonych w ubiegłym roku, „obywatele i firmy” wygrali tylko 156. Zastanawiam się, czy w tej liczbie mieści się już sprawa, którą prowadziłem z urzędu (wyrok był w zeszłym roku, ale formalnie uprawomocnił się dopiero w styczniu). Była to jedna z setek spraw wytaczanych państwu przez więźniów o zadośćuczynienie za krzywdy doznane na skutek złych warunków w areszcie czy więzieniu. Zazwyczaj sprawa taka oznacza żądanie liczone co najmniej w dziesiątkach tysięcy złotych, najwyższa mi znana dotąd to chyba pół miliona (mój klient łaskawie ograniczył się do niecałej setki); pozwy są pisane zbiorową mądrością celi, w miarę ich napływu rozwijają się w argumentacji, wnioskach i uzasadnieniach (nawet jak są długopisem na kartkach w kratkę). Sądy zasądzają – jeśli w ogóle – sumy liczone w setkach złotych, nawet jeśli do policzenia setek potrzeba wszystkich dostępnych palców, argumentując, że nie jest szczególnym cierpieniem, kiedy ustawowy limit trzech metrów kwadratowych na osobę jest przez miesiąc naruszony o cztery procent (Europejski Trybunał Praw Człowieka, do którego te sprawy na koniec często trafiają, przyznaje sumy podobne nominałem, choć wyrażone w euro). I jeśli teraz porównamy kwotę żądania z kwotą zasądzoną, to Skarb Państwa wygrywa takie sprawy w 99%. 

Nie znam, oczywiście, szczegółowego rozkładu tych spraw przegranych przez Skarb Państwa, struktury zasądzanych kwot ani ich podstawy. Mam jednak głębokie poczucie, że komentarz „eksperta” nie był niczym innym, jak ideologicznym wysysaniem z palca. Sądy oceniając wysokość odszkodowania, jako kwotę mającą naprawić realne wyrządzoną szkodę, nie uciekają się bowiem do dowolności, tylko w pocie czoła analizują każdą złotówkę. Co innego zadośćuczynienia, które mają charakter ocenny. Podzielam jednak pogląd Prokuratorii (nie mylić z Prokuraturą) Generalnej – i z powyższego widać dlaczego – że przede wszystkim mamy do czynienia z absurdalnie rozbuchanymi oczekiwaniami jak z sądów amerykańskich. Cóż, sprawa Harlan/Król powinna wszystkim uświadomić, że póki co u nas tak nie będzie. Choć z drugiej strony, patrząc na te statystyki widać też, że średnie odszkodowanie przyznane od Skarbu Państwa wynosi blisko milion złotych (zaraz, ekspert coś mówił o śmiesznie niskich…), ale nie wiadomo, na ile to wynika z paru faktycznie potężnych spraw. 

Aha, dla porządku pamiętajmy kto płaci te odszkodowania: pani płaci, pan płaci…

Prima aprilis

Minął tego roku dość nietypowo, bo właściwie nikogo nie próbowałem nabrać. Jeżeli nawet robiłem sobie żarty, to raczej były to żarty z żartów, niż klasyczne próby nabierania. Ale też, prawdę mówiąc, kiedy wszyscy dokoła próbują nabierać, z całym Internetem włącznie, to człowiek odruchowo włącza blokadę na wszystko, co choć odrobinę zaskakujące. W takiej sytuacji najłatwiej jest nabrać kogoś metodą odwrotną – sprzedać prawdziwą zupełnie informację i liczyć na to, że odbiorca potraktuje ją jako nabieranie. 

W dalszym ciągu się zastanawiam, czy jedna informacja z wczoraj nie okaże się jednak prawdziwa. Będzie to zresztą raczej smutny fakt, niż wesoły, ale nie powiem o co chodzi. 

Łyżwy świata

Ten tydzień upływa w domowym telewizorze pod znakiem transmisji z łyżwiarskich mistrzostw świata (dlatego nie oglądam meczów pucharowych ani tenisowych, cóż, zasad dostępu należy przestrzegać), zwłaszcza odkąd odkryłem, że prawie wszystko można za darmo obejrzeć na Rai Sport Uno lub zwłaszcza Due (czy można gdzieś płatnie obejrzeć, nie mam pojęcia, do tego etapu poszukiwań nie dotarłem). 

Właśnie zerknąłem na wyniki połowy finału (nie mylić z półfinałem) rywalizacji mężczyzn i byłem urzeczony. Nie, nie poziomem rywalizacji czy efektownością upadków (to często równie widowiskowa konkurencja, jak porównywanie skoków udanych). Zauroczyło mnie, że w finale, nawet jeżeli w ostatniej szóstce, wśród 24 najlepszych zawodników świata, znaleźli się reprezentanci takich potęg łyżwiarskich, jak Uzbekistan, Filipiny i Monaco. Za to właśnie kocham wielkie imprezy. (Gdybyście chcieli zapytać, czy wśród potęg była Polska… akurat w tej konkurencji nasz zawodnik zakończył występ na miejscu 25).

A na pewno w pamięci zostanie Piratka Na Lodzie, czyli Aljona Leonowa: brawurowa, kipiąca radością (zwłaszcza po udanych skokach), pomysłowa i perfekcyjna. Finał rywalizacji pań wieczorem, nie wiem czy utrzyma prowadzenie, ale kupiła mnie tym występem (i nie ma w tym, o dziwo, seksistowskiego podtekstu, chyba że przez wymuszenie skojarzenia z Keirą Knightley). Cutthroat!