Od jakieś czasu gości u mnie w domu duża ilość kryminałów (wypożyczanych), z wyraźną nadreprezentacją skandynawskich. Najbardziej znane nazwiska szwedzkich pisarzy kryminalnych znają dziś pewnie wszyscy, więc wydawcy jak tylko mogą, to wciskają do wszelkich reklam jakieś nawiązania do Larssona, Stiega. Właśnie zresztą taka reklama stała się swego czasu inspiracją do tej notki, kiedy na okładce książki niejakiego Kallentofta przeczytałem, że jest „lepszy od Larssona”.
Z pisaniem tej notki wstrzymywałem się długo, bo uznałem, że do jej rzetelnego opracowania, muszę najpierw.. przeczytać Larssona. Pierwsza myśl po przeczytaniu wyżej zacytowanego hasła reklamowego brzmiała bowiem „to nietrudne”, aczkolwiek nie miałem pewności, ile w tym było zwykłej złośliwości – w tamtym czasie z Larssona miałem przeczytany wyłącznie zamykający trylogię „Zamek z piasku, który runął”, po którym miałem uczucie głębokiego WTF. Ocena moja nie uległa zmianie po „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” – płaskość języka, schematyczność postaci, ideologiczność intrygi aż raziły (tym bardziej nie rozumiałem tych, którzy się nim zachwycali), nie wspominając o nieustającym odczuciu, że Kalle Blomkvist stanowi projekcję marzeń autora o tym, jak chciałby się w życiu spełnić. Dopiero „Kobieta, która igrała z ogniem” troszkę te jego notowania poprawił (wtedy w miarę zrozumiałe stały się zachwyty nad Salander), aczkolwiek tak niesamowite sytuacje musiał Larsson wymyślić, żeby Salander mogła rozkwitnąć.. no, jest to pewnego rodzaju pójście na łatwiznę.
Wzmiankowany wyżej Kallentoft nie był zresztą od Larssona wiele lepszy, żeby nie powiedzieć, że był daremny. Częstą przypadłością tych skandynawskich kryminałów jest bowiem brak polotu w wymyślaniu intrygi – w tym sensie, że wybiera się jako sprawców ciężkich szajbusów i psycholi, wyrafinowanie znajdując w palecie potworności raczej (aż się boję sięgnąć po leżącą na półce książkę, gdzie na okładce piszą coś o „tajemniczych sobotnich masakrach”) i nadrabia ilością stron. Dotyczy to zresztą i największych nazwisk, włącznie z Lackberg (choć mam tu względnie niewielką próbę badawczą), Mankellem (najlepszy w swoich krótkich opowiadaniach) czy Leifem GW Perssonem (jest na sali lekarz?) – aż się momentami zastanawiam, czy skandynawski brak słońca nie wpływa jakoś na ciemną stronę mózgu, a przynajmniej duszy.
Dużo ciekawsze w tych skandynawskich kryminałach jest zresztą tworzenie obrazu relacji społecznych Skandynawii (w tym względzie Larsson leży i kwiczy, bo zamiast opisywać, woli kreować). Lackberg z jej życiem Fjallbacki, Karen Fossum pokazująca niuanse życia Norwegów, Mankell potrafiący po mistrzowsku oddać zarówno klimat żmudności niekończących się narad policyjnych, jak i wyobcowania Wallandera – to obrazki, z których można się dowiedzieć o Skandynawach więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Fantastycznie pozytywną niespodzianką była przy tym Leena Lehtolainen, o której pisze się mniej, a która w rozsądnej ilości stron potrafiła zawrzeć i celny opis życia Finów, i zręczną, nieprzesadzoną zagadkę i intrygę.
Czas najwyższy (zanim notka będzie miała długość powieści Mankella) przejść do oddania hołdu numerowi 1, w reklamach wiązanemu oczywiście z Larssonem – jako „wzór, z którego korzystał Larsson”. Wzór to dla Larssona niedościgniony – wysokiej próby język, kapitalnie zarysowane charaktery, z głównym na czele, zgrabne obserwacje społeczne, a do tego przestępstwa na swój sposób banalne (nawet jeśli sensacyjnie wyglądające), i na to wszystko wystarczy zwykłe 250 stron. Maj Sjöwall, Per Wahlöö (miarą mojego szacunku dla mistrzów jest wklejenie nazwisk w prawidłowej pisowni, bez pomijania umlautów) i ich cykl o komisarzu Martinie Becku. Dodatkowym malutkim bonusem była – dla mnie – mała aluzja literacka, kiedy młody, ambitny policjant czytał jedną z powieści Eda McBaina, innego mistrza powieści „o policji” – bo i powieści duetu S&W właśnie powieściami o policji są.