Trochę stare samochody

Obecnie w Formule 1 jest tak, że każdy zespół sam sobie buduje swoje bolidy, jak tylko potrafi najlepiej, bo innej opcji nie ma. Stary poczciwy Bernie Ecclestone stwierdził zaś właśnie, że całkiem mu się podoba pomysł, aby ci mniejsi, z niewielkimi (relatywnie) budżetami, mieli łatwiej przez to, że zamiast wydawać masę pieniędzy z kiepskim skutkiem na wyważanie otwartych drzwi, kupili od bogatszych zespołów bolidy wyprodukowane przez tamtych. Oczywiście, żeby nie wyszło z tego założenie przez bogatych stada swoich filii, nie będą to bolidy najnowsze, ale co najmniej o rok starsze (pewnie trzeba będzie jakoś pomyśleć nad tym, jak dostosować stary bolid do nowych przepisów, ale zapewne jakoś władze poradzą). Niewątpliwie takim starszym bolidem trudno będzie nawiązać wyrównaną walkę z nowymi produkcjami, ale po prawdzie – najsłabsze zespoły i tak jeżdżą w innej lidze (za to może pojawiłyby się jeszcze dodatkowe zespoły i kierowcy).

I tak mi jakoś przyszedł do głowy pomysł, mnie samego nęcący – aby takimi ciut starszymi bolidami sprawdzić, ile daje maszyna, a ile człowiek. Wymagałoby to wzięcia bolidu z samego topu i kierowcy z samego topu, oraz bolidu ze spodu i kierowcy o nie najwyższych notowaniach; tak brzydko po nazwiskach lecąc, jakby wziąć Vettela i RB6 przeciwko Karthikeyanowi i F110. Taki zestaw najpierw wykonałby przejazdy (powiedzmy 5 okrążeń) w konfiguracji klasycznej, jako punkt odniesienia, a potem nastąpiłaby zmiana w bolidach. Czas Vettela w powolnym HRT (które dublował w wyścigu kilkakrotnie) pokazałby, ile z tak niedopracowanej konstrukcji można jeszcze wycisnąć, czas Karthikeyana w mistrzowskim redbullu byłby sugestią, ile w takiej maszynie można stracić (wiem, że może bardziej dobitne byłoby porównanie na bolidach ubiegłorocznych, ale z prowadzeniem RB7 nawet Mark Webber nie radził sobie tak dobrze, jak należałoby się spodziewać, z powodu pewnych specyficznych cech tego bolidu). 

Oczywiście takie zawody byłyby możliwe pod warunkiem, że gdzieś znalazłby się stary model HRT:-)

Królewskie życie

Junior zajmuje się stawianiem popołudniowego pasjansa (nie do końca jest miłośnikiem upałów, jak on biedak wakacje przetrwa, może mimo wszystko jakoś). Przekłada z zaangażowaniem to tu, to tam, aż w pewnej chwili zajmujący się obok swoimi sprawami Rodzice słyszą:

– Przełożymy tę kolumnę, zobaczymy jak ta dama będzie żyła z tym królem..

Taaaaka ryba

Jadę samochodem przez pola i łąki na południe od Rudy (Śląskiej). Spieszno mi trochę, ale aż odruchowo zwalniam na widok umieszczonej przy drodze tablicy reklamowej:

    PSTRĄG
100 METRÓW 

I pomyśleć, że już kupiłem śledzie i łososia. 

Po gospodarsku

Przeczytałem dziś dowcip, że Polska nie wyszła z grupy, bo jest na Euro gospodarzem, a gospodarz nie wychodzi, jak ma gości. Przyjmijmy, że nie wszędzie na świecie zasada ta musi być respektowana, w szczególności na Ukrainie. Nas już w turnieju nie ma, pokibicujmy Ukraińcom, dla nich pozostanie w turnieju może być nawet ważniejsze, niż dla nas (choć Euro na pewno u nich potrwa dłużej niż u nas, bo finał jednak w Kijowie). 

Muszą rezuny wygrać dziś z Anglikami, żeby nie odpaść, remis nie pozwoli im na wyprzedzenie Francuzów bez względu na to, co zrobią Szwedzi. Nie będzie to pewnie łatwe, ale może tym razem niebo oszczędzi im nawałnicy. 

Samo życie

Dziś w Trójce Niedźwiedź przyznał, że zgłaszają ku niemu zapytania, dlaczego nie skomentował jeszcze naszego niewesołego wyniku na Euro. Na wszystkie te zapytania odpowiedział w jakże Niedźwiedzi sposób – puszczając piosenkę. 

Piosenka smętna jak nasze zawiedzione nadzieje, ale przywracająca porządek rzeczy. Możemy ją puścić wszystkim tym, którzy po kolei będą do nas dołąćzać.

C’mon, Emerson, Lake & Palmer.

Trzecia noga Boenischa

Trwa rozliczanie i ocenianie, nie muszę dodawać czego. Właśnie przeczytałem – bez zaskoczenia – że jednym z najsłabszych zawodników w naszym zespole, a na pewno najsłabszym obrońcą, był Sebastian Boenisch (ręka w górę kto zdziwiony). Argumentem mają być wzięte skądś statystyki, jak to fatalnie podawał (na pewno użyto ich w tekście na weszło.com, źródła rzeczywistego nie zauważyłem, może byłem nieuważny), najsłabiej jak można. 

Stare przysłowie statystyków mówi, że pies i człowiek mają średnio po trzy nogi. Szukając danych statystycznych, zawędrowałem na stronę UEFA, do rankingu Castrola. Popatrzyłem: Boenisch istotnie nie wypada w tych statystykach najlepiej. Wśród reprezentantów Polski przegrywa z Lewandowskim (tak, jest naszym drugim najlepszym zawodnikiem), wśród obrońców w grupie A z czeskim stoperem Kadlecem, w całej grupie jeszcze z sześcioma innymi zawodnikami pod wodzą Dzagojewa. Bije wszystkich prawych (i w ogóle bocznych) obrońców w grupie, Łukasza Piszczka zostawiając daleko, wyprzedza naszą zmorę Salpingidisa. I teraz którym statystykom wierzyć, proszę Państwa? 

Daleki jestem od twierdzenia, że Boenisch zagrał bezbłędnie czy choćby znakomicie, wielekroć sprowokował niebezpieczeństwo pod naszą bramką, łamiąc linię spalonego, przegrywając pojedynki czy głupio potykając się jakby faktycznie miał trzy nogi, w meczu z Rosją ponoć odpuszczono nam karnego po jego faulu (nie widziałem tej akcji, powtórek nie szukałem). Ale żaden z goli nie padł po jego błędzie, za to jego strzał z dystansu był bodaj jedynym, który sprawił problem Petrowi Cechowi. Nazywanie go najgorszym w tej sytuacji zakrawa na.. no właśnie, na to samo co napisałem już po pierwszym meczu: na szukanie kozła ofiarnego, bo po pierwsze jest „pupilkiem nieudacznego trenera”, a po drugie bo zabrał miejsce gwiazdce Legii. 

Z interesujących statystyk jeszcze: reprezentacja Polski oddała w 3 meczach 44 strzały, w tym 20 celnych, tyle samo co Czesi i Rosjanie (co oznacza najsłabszą skuteczność). Mecz z Czechami przegraliśmy na ich połowie, bo Czesi ustanowili rekord najpóźniejszego strzału na naszą bramkę (dopiero w 29 minucie), a my – niby naciskając – ustanowiliśmy rekord najmniejszej na całym Euro liczby penetracji ich strefy obronnej. 

Na wszelki wypadek

Junior zabrał się za składanie auta z klocków. Ponieważ klocków ma, można powiedzieć, dostatek (z różnych kompletów starannie wymieszanych), to znalezienie tego akurat potrzebnego bywa trudne i wtedy następuje inwokacja „Ojciec, pomóż”. Dziś Junior wysypał zawartość poszczególnych pudeł w kilku miejscach, i wzywając Ojca na pomoc, rzekł:

– Na wszelki wypadek, rozdzielmy się na grupy..

Ojciec nie wie, skąd konkretnie dziecię podłapało poszczególne kawałki tej frazy, ale śmiał się w duchu serdecznie.

(150)

Rozważania o duchach

Gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz.. człowiek zaczyna próbować racjonalizować. Zastanawiać się dlaczego potoczyło się tak a nie inaczej, nie skupiając się na prymitywnym „gupi franek” i wyniosłym „ja wiedziałem że tak bendzie”. 

Myślę, myślę, i czuję, że im więcej myślę, tym bardziej nic nie rozumiem. Bo niby przegraliśmy jak zawsze (choć ja z tych, którzy hiszpański mundial oglądali i nie uwierzą, że się powtórzyć nie może), z tymi samymi problemami co zawsze, ale przecież na zdrowy rozsądek nie powinniśmy. Mieliśmy wszak w składzie zawodników chwalonych już nie tylko na naszym podwórku, zaczynając od zaliczanego do Weltklasse tercetu dortmundzkiego (który jakby został pochłonięty przez Trójkąt Bermudzki czy może raczej Bohemski), podstawowych zawodników drużyn walczących w czubie silnych lig (Anglia, Francja, Holandia, Belgia, o Niemcach już było), z Ekstraklasy wczoraj na boisku mieliśmy raptem jednego zawodnika (zresztą najsłabszego, który zawalił gola, choć to tylko symbol, a nie zależność). Trudno więc zwalać wszystko na niedotrenowanie, analfabetyzm czy jakie tam jeszcze cechy możemy przypisać Polskiej Myśli Szkoleniowej. Co gorsza – dla racjonalizowania i generalizowania – co najmniej jedną trzecią składu stanowili zawodnicy, którzy z Polską Myślą Szkoleniową zetknęli się dopiero w reprezentacji, a dwaj podstawowi zawodnicy to nawet polskie geny mają jedynie w niewielkiej ilości (choć koncepty genetyczno-rasowe to nie żaden racjonalizm, tylko desperacja).

Przypomina się, co napisałem zeszłego lata – że „typowe polskie” przywary można zobaczyć nawet u zagranicznych zawodników pod zagranicznym trenerem, lecz w polskich barwach. Wtedy upatrywałem odpowiedzi w jakimś duchu, dziś też nie widzę mądrzejszego ponad Ducha Narodowego, Króla-Ducha, który czasem wieje w skrzydła husarii, lecz częściej męczy się i kładąc się na odpoczynek, miast pomagać pęta nogi. 

Nie rozumiem. I taki miał być pierwotny tytuł tej notki. 

 

20 minut

Narodowa świadomość ma kaca-giganta, bo oto bohaterowie nie stanęli na wysokości zadania i nie wygrali meczu o wszystko, który musieli wygrać. Rozpoczyna się Wielkie Narodowe Poszukiwanie Winnych, które skieruje się albo przeciwko trenerowi nieudacznikowi, który [źle zestawił/źle nastawił/nie zmieniał/źle zmieniał/wpisać według uznania] albo przeciwko odpowiednio dobranemu zawodnikowi, który rozczarował (o, na przykład). 

Teoretycznie trzeba było niewiele, nie popełnić paru błędów w obronie (po jednym krytycznym na mecz) albo wykorzystać co najmn iej jedną z sytuacji, których wbrew pozorom nie zabrakło, zwłaszcza w początkowych 20 (może 30) minutach każdego meczu. I to, wbrew pozorom, stara, stareńka choroba naszego futbolu: jeżeli nie uda się strzelić właśnie w tych 20-30 minutach, zaczyna się nerwowe poszukiwanie jakiejkolwiek szansy, udane (jak z Rosją) albo nie. Tak było za Engela (w eliminacjach udawało się), za Janasa (w eliminacjach udawało się), za Beenhakkera (udawało się w pierwszych eliminacjach). Za Smudy niby to co się działo w meczach testowych, nie miało znaczenia, przyszły mecze o stawkę – Greków nie roznieśliśmy w 30 minut i klapka, Rosjanom nie strzeliliśmy i wymodziliśmy remis, Czechom nie strzeliliśmy w 20 minut i armaty poszły spać. 

Zostawiam innym analizy taktyczne, techniczne, kondycyjne, szybkościowe. Pozostanę przy prostej prawdzie tego wieku: jak nie ustawiamy meczu w 20 minut (może 30), to źle. Rozumiem to świetnie, sam mam sprinterskie zapędy do szybkiego załatwiania sprawy, miast cierpliwego i skutecznego prowadzenia na dystansie. Ale nie ja jestem zawodowcem na 90 minut.

Zupa truskawkowa

Fura truskawek, najlepiej kusząco czerwoniutkich. Kefir biały. Trochę bazylii świeżej. Pieprz. Mikser. Ugotowane łazanki. Kilka uratowanych przed zmiksowaniem truskawek pokrojonych na ćwiartki albo drobniej. Cukier do smaku na talerzu. 

Przyjemnie chłodzi w ustach w taki ciepły dzień, rozpalonych głów nie ochłodzi nawet jakby je wsadzić do zamrażalnika między inne świeżo zamrożone na zimę truskawki.

Jak ktoś chce bardziej patriotycznie, niech nie miksuje, bo się od miksowania białe z czerwonym dokumentnie miesza – ale za smak wtedy nie odpowiadam. 

Została godzina i kwadrans, a potem raczej zagryzanie alkoholu przez ponad półtorej godziny. Może na koniec będzie się chciało sięgnąć po truskawki do szampana.