Migawki dość krzywe

Co za pokrzywione miasto.

 Rzeka zatacza przez nie krzywą.

   Nad miastem krzywe gór.

  Chodniki krzywe. 

Na placu zabaw przekrzywiali drewnianą łódkę tak długo, aż przełamali na pół i takie połówki zostawili, przekrzywione oczywiście. 

  I nawet wieży dzwonnicy nie potrafili prosto zbudować.

    Wiecie, że oni nawet kieliszki mają krzywe?
      (ja tylko jedno białe wieczorem, naprawdę…) 

        Wdzięcznej zakało krainy, gdzie brzmi słodkiego „si” nuta pieszczona!

Powrót do zwykłości

Po prawie dwóch tygodniach przerwy sięgnąłem po gazetę i tak sobie czytam z uczuciem „wszystko po staremu”.

Wywiad z Robertem Lewandowskim. W jednym miejscu czytam „O wszystkim decydował trener. My robiliśmy to, co mówił”. Po czym cała seria opowieści o tym, jak to „chodziliśmy do trenera z inicjatywą rozmowy” i jak to „sami ustalaliśmy jak gramy i jak mamy się zachowywać na boisku”. Nie zamierzam bronić Smudy (choć nie zrobił nic, czego nie można się było spodziewać wtedy, kiedy mu powierzono reprezentację), ale może by tak odrobinę konsekwencji? Bo skoro samemu się ustalało co i jak grać, to dlaczego nie można było powiedzieć „Ludo, graj bliżej mnie”?

Reportaż o wyzysku w chińskiej fabryce w Polsce. Zatrudniona incognito działaczka związkowa mówi, że takie zakłady w ogóle nie powinny istnieć, bo „zabierają życie ludziom i naturze”. Co do natury się zgadzam, ale jeśli w innym miejscu się pisze, że ludzie godzą się pracować w tej fabryce, bo nie mogą znaleźć żadnej innej pracy, to ta fabryka jest dla nich bardziej śmiercią, czy wybawieniem? I znów – konsekwencji, proszę.

A na portalu gazeta.pl (przynajmniej w wersji komórkowej) Skarp Państwa walczy z wrogim przejęciem. I taka myśl powraca, ze starego dowcipu: a może tak jednak wrócić w Bieszczady?*

O czym ćwierkają jastrzębie

Dziś na turnieju wimbledońskim dzień przerwy, więc wiadomości sportowych brak – pustkę wypełnia się wiadomościami o niczym i opowieściami dziwnej treści.

Przeczytałem właśnie, że skradziono parę dni temu słynnego jastrzębia Rufusa, odpowiedzialnego za poranne przeganianie ptactwa znad kortów (żeby nie brudziło i nie niszczyło trawy). Do czasu odnalezienia Rufusa, zastępuje go jastrząb Hector. 

Najbardziej fascynująca była informacja zamieszczona na sam koniec tekstu – że profile Rufusa na Twitterze i Facebooku śledzi ponad 1600 osób. Nie podano, ile wśród nich jest ptaków. 

Quo vadis, Espana?

Piszę tę notkę przed finałem, wolny od obciążenia, jakie niesie wynik, bez sugerowania się, czy wypracowana w ostatnich latach strategia przyniesie kolejny triumf, czy w końcu zawiedzie (i nie martwiąc się o to, czy po finale będę miał czas i siłę cokolwiek napisać). 

System gry Hiszpanów został zdeterminowany przez system gry Barcelony. W obu przypadkach, kluczową postacią jest Xavi, który tego roku pokazuje wyraźną zadyszkę. Można się zastanawiać, na ile miało to wpływ na porażkę Barcelony na dwóch najważniejszych frontach, i spędzić na tym długie tygodnie sporów toczonych w temperaturze pięciuset stopni Celsjusza. Ja – niestety – patrzę Xaviemu w metrykę, widzę w niej 32 lata z haczykiem, i zastanawiam się: ile jeszcze będzie w stanie grać na najwyższym poziomie – i na ilu scenach. 

Owszem, sam koncept gry opartej na szybkim i precyzyjnym odbijaniu piłki z powrotem do zawodnika, który ma trochę przestrzeni, jest do zrealizowania w każdej grupie dobrze wyszkolonych zawodników, wiele drużyn próbuje go wykorzystywać (choć nie z taką jakością i nie w takiej ilości). Nawet jednak wśród Hiszpanów widać, że nie każdemu takie zagrywanie wychodzi z równą łatwością (można się wręcz pokusić o tezę, że niebarcelończykom idzie to słabiej). Kiedy więc zabraknie tego kluczowego kółeczka w machinie, nie wiadomo, na ile ten płynny mechanizm defensywno-ofensywny nazywany tiki-taką zacznie zgrzytać i zacinać się. Xabi Alonso będzie wolał grać dłuższe piłki (choć i jemu wiek nie wróży baardzo długiego dowodzenia reprezentacją). Kiedy do Barcelony przechodził Fabregas, zastanawiałem się, czy to jest klubowa opcja B, być może zostanie nią w reprezentacji (bo Iniesta w całej swej genialności raczej będzie rozprowadzał kluczowe akcje, niż regulował tempo gry). 

Nie wiem, czy Xavi będzie kierował grą Hiszpanii w kolejnych turniejach, raczej to jest mniej niż bardziej prawdopodobne, wielką zagadką mi się zdaje, czy Hiszpania utrzyma się w tej ścisłej czołówce, do której się wkopała, czy też powróci do swego znienawidzonego „gramy pięknie jak zawsze, przegrywamy jak nigdy” – bo tiki-taka bez mistrza może się przerodzić w coś na kształt „Seitaridis do Dellasa„, co gorsza pozbawione skuteczności…

Planowanie strategiczne porodu

Odwiedzałem w ramach obowiązków jedno z okolicznych miast. Przed gmachem, który mi przyszło nawiedzić, zobaczyłem ogromną reklamę bliżej mi nieznanej uczelni (cóż, edukację formalnie zakończyłem dobrych parę lat temu i stąd jestem nienowoczesny i niewyrabiający za tryndami). Zacząłem się zastanawiać, czy nie podciągnąć swoich umiejętności w zakresie planowania strategicznego, zawsze się przyda, choćby jako alternatywna ścieżka rozwoju zawodowego

wyższa szkoła planowania strategicznego porodu Dąbrowa Górnicza

Bo w końcu trzeba wiedzieć, jak strategicznie zaplanować fizjoterapię i poród.

Krótkie pożegnanie

Zespół, który w najważniejszym meczu gra trójką defensywnych pomocników.

Drużyna, która rzuca się na przeciwnika, po czym w końcówce umiera. 

Trener, który wstrzymuje się ze zmianami tak długo, jak to możliwe. 

Gwiazda ataku, która w całym meczu nie oddaje celnego strzału.

Nie, to nie usprawiedliwianie Smudy. Adios, Portugal. Adios, Ballon d’Or.

Refleksje ćwierćfinałowe

Anglicy wszystko popsuli: taka była na tym Euro ładna seria 27 meczów z co najmniej 1 golem, a tym przyszło do głowy, że zagrać na zero (z przodu i tyłu), i niestety im się udało, nie tylko w zwykłych 90 minutach, ale i w całych 120 (karne jakoś mimo wszystko trafiali). Chyba chcieli się jakkolwiek wyróżnić, bo skończyło się i tak zgodnie z planem, jak we wszystkich ćwierćfinałach. 

U Hiszpanów to mi żal, że nie zagrał Llorente, mniej produktywny od Torresa by nie był, wynik był zachęcający, a kolejnej szansy może już nie dostać. A całkiem fajnie wygląda to wpuszczanie rezerwowych Hiszpanów, już większość wycieczki dostała swoją szansę, choćby króciutką, jak Negredo. Bramkarze jak zwykle posiedzą do końca, obrońcy też szanse mają niewielkie, ale Mata i Llorente spokojnie mogliby jakiegoś ogona zagrać. 

W fazie grupowej w 24 meczach podyktowano 1 karnego, wykorzystano 0. W czterech ćwierćfinałach podyktowano 2 karne, wykorzystano 2, i do tego 9 strzelano na deser.

Interesujące, że ćwierćfinaliści wywodzą się wyłącznie z grup B i C. Szaleni nacjonaliści powiedzieliby, że to wynik naszej wyższości, bo Poznań i Gdańsk, wiadomo, a Lwów właściwie nasz.. Złośliwiec powiedziałby, że to przejaw gościnności, bo gospodarze grali w grupach A i D. Matematyk powiedziałby, że jest 50% szans na to, że finał będzie powtórką meczu grupowego.

Pan kierowca był chory..

..i nie, nie będziemy analizować szczegółów schorzenia, jakie dotknęło Timo Glocka. Dość powiedzieć, że nie wziął udziału wczoraj w kwalifikacjach i na tyle nie wydobrzał, że dziś odradzono mu występ w wyścigu. 

Sytuacja ta nasunęła mi pytanie: czy można go zastąpić? Samochód wszak stoi gotowy, inaczej niż w tych przypadkach, kiedy niedyspozycja kierowcy jest wynikiem wypadku (patrz: Perez w Monaco w ubiegłym roku). Odpowiedź, jak zwykle, leży w przepisach. Regulamin sportowy zawiera cały artykuł (19) zatytułowany „Zmiana kierowcy”. Zasadą jest, że skład kierowców na wszystkie sesje zgłasza się do godziny 16.00 w dniu poprzedzającym pierwsze sesje treningowe, i od tego momentu wszystkie zmiany wymagają zgody sędziów. Zmiany są dopuszczalne do rozpoczęcia sesji kwalifikacyjnej. Jedyne zdanie, jakie dawałoby furtkę, brzmi więc: „Dodatkowe zmiany spowodowane siłą wyższą będą rozpatrywane odrębnie”. 

Zastanówmy się: czy choroba może być poczytana za siłę wyższą? No dlaczego nie. Czy zatem mógłby zespół Marussia liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku o zmianę kierowcy? Jedynym zastępcą dla Timo Glocka mogłaby być Maria de Villotta, która na pewno rozpaliłaby serca lokalnych kibiców, ale tegorocznym bolidem nie przejechała nawet jednego okrążenia (nie powiem metra, bo może gdzieś w garażu..) Biorąc pod uwagę, że w tym sezonie obowiązuje wymóg uzyskania w kwalifikacjach 107% czasu zwycięzcy pierwszej części, do którego sympatyczna Hiszpanka zapewne nawet by się nie zbliżyła, nie spodziewam się, żeby sędziowie pozwolili jej na występ, bo – mówiąc szczerze – będąc znacząco wolniejszą od reszty, mogłaby jako ruchoma przeszkoda wręcz stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa na torze. Nie spodziewam się, żeby zespół w ogóle to rozważał, raczej liczył na to, że Glock wydobrzeje na tyle, żeby jednak wystartować (jego wyniki w tym sezonie pozwalały na zakładanie, że zostanie przez sędziów dopuszczony pomimo opuszczenia kwalifikacji, oczywiście z ostatniego miejsca). 

Glocka nie ma, pozostałych 23 się ściga. Całkiem zdrowo.

Na Dzień Ojca

Dzień Ojca tego roku wypada w sobotę, więc przedszkolne obchody o charakterze zbiorowym zostały zorganizowane z wyprzedzeniem. Ojciec urwał się od innych zajęć, zjawił się karnie, obserwował z rozrzewnieniem zgraję tańczącej, śpiewającej i recytującej dziatwy z Juniorem włącznie (najlepszym, oczywiście), nie zaniedbując przy tym podglądania otoczenia. 

Inne Ojce stawiły się może nie w komplecie, ale licznie. Ojciec zerkając na nich pomyślał sobie, że nie jest na zebraniu z okazji ukończenia przez Juniora podstawówki, ale zerówki. Czyli dziatwa była zasadniczo siedmio- (w porywach do sześcio-) -letnia. Oczywiście, różnie się ludziom życie plecie i wiedzie, ale jednak wskaźnik łysinek i siwizn mógł sugerować, że Ojcom bliżej do kryzysu wieku średniego czy wręcz Abrahama, niż do dziarskiego trzydziestolatka. (Sam Ojciec się maskuje, nie widać na nim żeby siwiał, a łysina mu genetycznie nie grozi). 

Junior patrzy znacząco na Ojca (czytaj, zakończył jakieś nudne zajęcia). Wybaczcie, ale teraz idźcie już sobie, bo Ojcu wzruszenie nie pozwala ściskać was za gardło.*

*pożyczone, no i co

Niewiniątko

W pewnym momencie meczu Niemcy – Grecja mieliśmy całkiem zabawny obrazek, kiedy przy linii bocznej grecki obrońca starając się zatrzymać Niemca, postanowił go po kolei (w króciutkich odstępach) przytrzymać za koszulkę, pchnąć na ziemię i kopnąć po nogach (to taki futbolowy odpowiednik rozstrzelania przez powieszenie pod wodą), chyba tylko przyłożenia głową zabrakło.

A potem jeszcze całkiem przekonywająco udawał Greka, że przecież panie sędzio żadnego faulu nie było.