Uliczkami Nicei spaceruję ostrożnie, rozglądając, się, czy za chwilę gdzieś między Gambettą a Promenade d’Anglaises nie wyłoni się młody Romain Gary i nie da mi w pysk w wyimaginowanej (on też o tym wie) obronie honoru swej matki (choć wtedy był on bardziej Hubertem de Roncevalle lub jednym z tysiąca swoich nigdy niewykorzystanych pseudonimów literackich).
W Nicei ogólnie zresztą dobrze jest zachować czujność – gapiąc się na cyzelowane fasady domów, można nie zauważyć tego, co tuż pod nogami, i boleśnie nadziać się na metalowy słupek odgradzający ulicę od chodnika (chyba był prosty, a nie rzeźbiony, co może uzasadniać przeoczenie); na szczęście nauczyłem się tego w najmądrzejszy ze sposobów – na cudzych błędach (ta turystka z drugiej strony ulicy pewnie wolałaby, abym to ja zaliczył bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze słupkiem, ale ja zupełnie bez schadenfreude uważam, że lepiej się stało, jak się stało).
A gdyby kiedyś przyszło komuś do głowy (a całkiem to dobry pomysł) odwiedzić nicejską lodziarnię oferującą blisko sto rodzajów lodów o najbardziej zaskakujących smakach – osobiście odradzam lody miętowe. Nie żeby były jakoś złe, po prostu lepiej kupić paczkę Wrigley’s Spearmint, można ją wsadzić do zamrażalnika; zbyt wiele słodyczy, której miętowość nie równoważyła. Co innego tymianek – ten ci słodycz z nóg zwalał, mocarz (choć powolny w działaniu, wpierw podpuszczał do niemiłych myśli, a potem kładł na łopatki). No i pomidorowo-bazyliowe, mmmm (choć Szkot po prostu zamroziłby dobry sos pomidorowy).
Przyznam się do jednej drobiazgu: jadąc tam nabrałem mało zrozumiałej ochoty na spróbowanie opiewanej w przewodnikach pan-baignat, buły wypchanej sałatką nicejską. Szwendając się po mieście nie zauważyłem jednak żadnego sensownego egzemplarza, widocznie na wieść o barbarzyńcach u wrót zarządzono alarm i Święta Reparata wszystkie buły ukryła. A niech im w gardle staną.