Chitalu, Messi, Wilimowski

Jeszcze niedawno, jedynie statystycy wiedzieli, jaki jest rekord strzelonych goli w sezonie we wszystkich rozgrywkach (dopóki nie należał do Messiego). 

Jeszcze niedawno, jedynie najstarsi statystycy wiedzieli, jaki jest rekord strzelonych goli w jednym roku kalendarzowym (dopóki Messi nie potrzebował nowego rekordu do pobicia).

Jeszcze wczoraj, jedynie najstarsi szamani wiedzieli, że rekord Muellera został pobity w 1972 roku przez Zambijczyka Godfreya Chitalu, który strzelił 107 goli we wszystkich rozgrywkach. 

Rafał Stec (który informacją o Chitalu niejako sprowokował mnie do tej notki) żałował później, że Messiemu zaczyna brakować rekordów do bicia (choć ten Chitalu, przyznaję, może być trudny do pokonania, pozostanie pewnie niczym rekord Sotomayora). Niezasadnie: czemu Messi nie miałby bić rekordów w jednym meczu? Wszak rekord pamięta II Wojnę Światową, właśnie mu stuka 70 lat (Stephan Stanis z meczu Pucharu Francji Racing Club-Aubry Asturies, 16 goli), dużo młodszy jest rekord w meczu reprezentacyjnym (Australijczyk Thompson trafił 13 razy do siatki Samoa Amerykańskiego ledwie w roku 2001). A gdzie choćby przebicie rekordu Wilimowskiego z 1939 roku, kiedy 10 razy wbił gola Union Touring Łódź?

Medale Agnieszki

Tenisowy sezon pań się skończył (bez względu na to, że finał Masters dopiero jutro), zaczyna się czas podsumowań.

Agnieszka Radwańska wystąpiła w tym sezonie w 18 turniejach WTA (nie licząc rzeczonego Masters). W połowie tych turniejów zajęła pozycje medalowe – można by rzec, zdobyła trzy złote (Dubaj, Miami, Bruksela), dwa srebrne (Wimbledon, Tokio) i cztery brązowe (Sydney, Dauha, Stuttgart, Madryt). Tak, oczywiście, te brązowe medale to przy założeniu, że półfinaliści dostają je z automatu, bez gry o trzecie miejsce, ale taki system też się przecież nieraz stosuje – a z drugiej strony można było przecież potraktować Masters jak zwykły turniej, wtedy byłoby 5 brązowych i 10 łącznie na 19 startów. 

Do tego dodajmy, że w tych 9 niemedalowych turniejach, mamy 5 razy ćwierćfinały, czyli o krok od medalu, a zaledwie 4 turnieje tak naprawdę mniej udane. A przecież Radwańska jako zawodniczka z Top10, gra przede wszystkim w największych turniejach (ta Bruksela to może wyjątek, bo to była taka zapchajdziura po nieoczekiwanie szybkiej porażce w Rzymie). Skończy sezon na 4 miejscu na świecie.

Na pewno jednak Agnieszka oddałaby sporo z tych wirtualnych medali (choć puchary czy patery za zwycięstwo czy udział w finale są bardzo realne) za choćby jeden medal na londyńskich igrzyskach (nie piszę wszystkie, bo finał Szlema to sukces potężny). Jak już pisałem, więcej w tych nieudanych Igrzyskach pecha niż lekceważenia, na pewno trzeba będzie wziąć ten fakt pod uwagę przy ocenie sezonu.

Bo tekst ten piszę już zaczynając podsumowywanie roku sportowego. Wiem, wcześnie, ale rok długi, mało co dobrego już się może zdarzyć, a kategorycznych wniosków i tak jeszcze nie stawiam. Przy takich wynikach, nie sposób pominąć Radwańską na wysokim miejscu w plebiscytach i rankingach. Twardo stanę w obronie prymatu mistrzów olimpijskich (Tomasz Majewski konkurencji w zasadzie mieć nie powinien, Adrian Zieliński może jednak mówić o sporej dozie szczęścia), ale z innymi medalistami Agnieszka może już śmiało powalczyć. Wszak Robert Kubica w roku 2008 wygrywał plebiscyt PS, choć w 18 wyścigach zdobył tylko 7 medali, w tym 1 złoty…

Trzynastka

Przed rozpoczynającym się sezonem Formuły 1 zaklinałem, aby zmiany w regulaminie technicznym spowodowały większe spłaszczenie stawki, a w szczególności żeby liczba kierowców stających na podium w poszczególnych wyścigach była wyższa niż „słabe siedem„. O tym, że moje zaklęcia szybko zaczęły się spełniać, już pisałem, ale że tak się rozwinie sytuacja.. mimo wszystko trudno było wierzyć.

Dzisiaj, po piętnastu wyścigach sezonu (i jeszcze z pięcioma oczekującymi), na podium stanęło w sumie trzynastu zawodników. Co ważniejsze, aż dziewięciu zrobiło to więcej niż raz (co świadczy o nieprzypadkowości tych wyników), a z pozostałych czterech, co najmniej dwóch solidnie zapracowało na te sukcesy, zajmując najpierw wysokie miejsce w kwalifikacjach, a potem ego miejsca co najmniej dzielnie broniąc (Maldonado i dziś Kobayashi). Felipe Massa dzisiaj o odrobinie szczęścia na pewno może mówić – dzięki zamieszaniu w pierwszym zakręcie przeskoczył o sześć miejsc, ale znaleźć się w takiej sytuacji też trzeba umieć, a potem nikt mu nie podarował ani centymetra. Jedynie właściwie Michael Schumacher w Walencji wskoczył na podium dość szczęśliwie, dzięki odpadnięciu czterech rywali jadących przed nim (i mądrej decyzji o zmianie strategii w końcowej fazie wyścigu), na mecie był autentycznie zaskoczony, że zaszedł tak wysoko. 

Powiedzmy też od razu, że tych trzynastu szczęśliwców zajmuje pozycje w pierwszej piętnastce klasyfikacji generalnej (bo nie tylko same podia się liczą). Uzupełnia tę grupę duet Sahara Force India, z którego każdy jeden raz o podium się prawie otarł, dojeżdżając na czwartym miejscu (dodajmy, że Massę można uznać za mniej przypadkowego, bo jednak dwukrotnie też już czwarte miejsca zajmował, natomiast Schumacher poza tym jednym podium nie podskoczył wyżej szóstego miejsca, za to ma rekordową liczbę wyścigów nieukończonych). I może na szczycie tabeli robi się dość przejrzyście (choć historia uczy, że decydujące szarże mogą mieć miejsce w ostatnich wyścigach), to niżej walka trwa o każde miejsce, choć za to dodatkowych nagród nie ma, nawet w postaci sławy mołojeckiej.

Skazany za cokolwiek

Gdyby nie sprawa sędziego Milewskiego i jego rozmów telefonicznych w sprawie Amber Gold, to byłby to jak nic temat numer jeden rozważań publicystów, a tak spada na co najmniej drugie miejsce. Wczoraj sąd w Piotrkowie Trybunalskim (nawet kiedyś byłem, całkiem przyjemne miejsce, sąd mam na myśli) skazał twórcę portalu antykomor.pl, oskarżonego m.in. o znieważenie Prezydenta RP treściami zawartymi na tym portalu, na karę piętnastu miesięcy ograniczenia wolności przez wykonywanie nieodpłatnych prac społecznych.  

Już pojawiły się oczywiście przeróżne komentarze, że to Białoruś, że to „efekt mrożący„, że ogólnie nie godzi się karać za „coś takiego”. Odnoszę jednak wrażenie, że tradycyjnie mamy do czynienia z wypowiadaniem się bez wiedzy o szczegółach. Proces był prowadzony z wyłączeniem jawności, więc nie do końca wiadomo, za jakie formy znieważania sąd uznał oskarżonego winnym, wiadomo jednak, że za niektóre go od winy uwolnił (na podstawie migawkowych wzmianek o treści ustnego uzasadnienia wyroku powiedziałbym, że do znieważania doszło na pewno, pewnie bym się zastanawiał, czy traktować to jako znieważanie urzędu akurat, ale w sumie nie w tym rzecz). W powszechnym dyskursie znika prawie zupełnie fakt, że zarzut znieważenia nie był jedynym, że oprócz tego oskarżonego sądzono za pospolite przestępstwa fałszowania dokumentów (wg różnych relacji: legitymacji studenckiej lub dowodu osobistego, do tego jakichś zaświadczeń lekarskich). Czy zatem kara jest surowa? Gdyby oskarżony był sądzony oddzielnie za znieważenie, a oddzielnie za fałszowanie, to za fałszowanie zapewne dostałby – jak każdy tego rodzaju oskarżony – karę pozbawienia wolności mierzoną w miesiącach lub latach i miesiącach, w zawieszeniu na jakieś 3 lata. Przez to, że połączono mu różne przestępstwa, w tym takie, za które sąd nie chciał skazywać na więzienie choćby w zawieszeniu (jak to też w podobnych przypadkach bywa, przypomina mi się dość głośna kiedyś sprawa mysłowicka), paradoksalnie ma karę łagodniejszą niż wszyscy mu podobni. PAP (a za nią media) nie podała jaka była dokładna treść wyroku, czyli jaka kara za jaki zarzut, gotów jestem postawić dolara przeciw orzechowi, że gros kary jest za fałszowanie dokumentów właśnie. Ale w pamięci wszystkich zostanie, że „za wolność słowa dostaje się ponad rok”.

Przy tej okazji znów widać praktykę obejmowania aktem oskarżenia wszystkiego „jak leci”, z której już pokpiwałem. Owszem, można zrozumieć racje ekonomiczne, żeby nie prowadzić kilku osobnych procesów dotyczących tej samej osoby, ale nieodmiennie mam wrażenie, że raczej chodzi o to, aby mieć pewność, że w wyroku prokurator i tak usłyszy słowa „uznaje oskarżonego za winnego”, choćby jeden raz na dziesięć zarzutów. Inaczej nie byłoby poszukiwania w przypadku oskarżonych o dyskusyjne przestępstwa, jak łapownictwo czy molestowanie, zarzutów typu „posiadanie nielegalnego oprogramowania”, zupełnie niezwiązanych z głównymi zarzutami, za to łatwiejszych do wykazania. W statystyce sprawę prokurator ma wtedy wygraną.

Londyn, Szkocja, Francja

Na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl piszę w takim tempie, że wrzucanie na bieżąco zajawek do notek zaburzyłoby tradycyjny porządek na tym blogu, zakładający w miarę możliwości regularny płodozmian i unikanie powtarzania kategorii. Dlatego teraz zajawka zbiorcza do trzech nowych notek:
– z Londynu o powrotach sportowców w sporcie paraolimpijskim,
– ze Szkocji o tym, jak śnić na granatowo, 
– i o tym, jak najlepiej jechać do Francji na Euro.  

Komentarze wyłącznie pod właściwymi notkami.

Potęga w ping-pongu?

Od wczoraj wieczora we wszystkich mediach radosne nagłówki, że Natalia Partyka zdobyła złoty medal Igrzysk Paraolimpijskich. Nie ma co ukrywać, na pewno przejdzie do historii jako trzykrotna mistrzyni (para)olimpijska z rzędu, ciekawe ile jeszcze razy jej się to uda (a ma dopiero 23 lata), na pewno już powoli przechodzi do annałów jako jedna z wielkich postaci, także dlatego, że równolegle zaliczyła też dwa starty w „zwykłych” Igrzyskach Olimpijskich. Podobno budziła wielką sensację wśród Chińczyków podczas igrzysk pekińskich, zwłaszcza kiedy chińskie zawodniczki lała bez pardonu. 

Nie wszyscy zapewne zauważyli natomiast, że przy stole pingpongowym w Londynie objawił się nam również i złoty medalista Patryk Chojnowski. Skoro zaś mamy i mistrzynię, i mistrza, to pojawia się pokusa, żeby uznać nasz kraj za pingpongową potęgę, i liczyć w myślach, czy nasi mistrzowie dorzucą do tego jakieś triumfy deblowe. Aż dziwne się to mogłoby wydawać w świecie, w którym kto może, ten nacjonalizuje Chińczyków, aby zwiększyć sobie szanse w przebijaniu celuloidowej piłeczki nad siatką. 

Przyjrzenie się programowi Igrzysk zachwyty jednak tonuje. Jak pisałem poprzednio, w sporcie paraolimpijskim rozgrywki prowadzi się w odrębnych kategoriach właściwych dla poszczególnych rodzajów niepełnosprawności. I o ile sportowcy pełnoprawni rywalizują w tenisie stołowym  o pięć kompletów medali (single, deble, mikst), o tyle dla sportowców niepełnosprawnych tych kompletów przygotowano.. 29 (słownie: dwadzieścia dziewięć), szesnaście dla panów, trzynaście dla pań (w tym łącznie osiem w deblach). Nasi mistrzowie nie dominują więc w statystykach aż tak bardzo, choć dla porządku powiedzmy jeszcze, że oboje startowali w klasie 10, czyli wśród tych teoretycznie najbardziej zdrowych (możecie zgadnąć, kto tych medali zgarnia najwięcej). Aha, mecze deblowe zaczną w czwartek.

Imperium olimpijskie

Klasyfikacja medalowa – bez względu na to, czy liczona bezwzględną liczbą medali, czy z uwzględnieniem ich koloru – często staje się dziś ważniejsza od samej idei olimpijskiej rywalizacji poszczególnych zawodników (ba, znam nawet takich, którzy uważają za naiwność myśl, że sportowy aspekt Igrzysk jest ważny). W takim ujęciu nieważni stają się Phelps, Bolt czy Azarenka, liczy się tylko, czyje będzie na wierzchu w tabeli medalowej (i czy ktokolwiek wyprzedzi USA, kiedyś Sowietskij Sojuz, teraz socjalistyczne Chiny). 

A przecież – jak to pracowicie wyliczałem co najmniej przez pierwszy tydzień Igrzysk – w tabeli medalowej Igrzysk bez cienia wątpliwości prowadzi.. Unia Europejska,:) w sumie ponad trzysta medali, złotych dwa razy tyle co Amerykanie. Hegemon taki, że właściwie inni mogą ścigać się tylko o drugie miejsce. Kiedyś, panie dziejku, było ciekawiej, kiedy potęg było więcej. Stąd też i myśl, która mi się zrodziła, żeby w czasie się nieco cofnąć (zarazem zostają w teraźniejszości). Rosja sama już nie tak silna, ale zebrane siły ZSRR znacznie więcej poważą. A przy tym – specjalnie dla gospodarzy Igrzysk – policzmy, ile to medali zdobyć mogła Brytyjska Wspólnota Narodów, jako spadkobierca Imperium Brytyjskiego? Oczywiście pojawia się problem, że pewne państwa będą występowały jednocześnie „w dwóch barwach” – zaciskając więc zęby, wliczamy państwa bałtyckie „z powrotem” do ZSRR (protesty dyplomatyczne i groźby zerwania stosunków wliczone w cenę), a Wielką Brytanię, Maltę i Cypr chwilowo z Unii wyłączamy (Brytyjczycy i tak są w Unii jak poza Unią). Żeby jednocześnie wyrównać trochę szanse, doliczymy Chinom dwie inne chińskie reprezentacje czyli Hongkong i Tajwan, a Amerykanom – Portoryko (jak o czymś zapomniałem, dajcie znać). 

I teraz głęboki oddech i spoglądamy na tabelę:

Unia Europejska: 60 złotych / 84 srebrne / 86 brązowych (razem 230 medali)
Wspólnota Brytyjska:  56 złotych / 55 srebrnych / 68 brązowych (razem 179)
Związek Radziecki: 46 złotych / 45 srebrnych / 72 brązowe (razem 163)
Stany Zjednoczone: 46 złotych / 30 srebrnych / 30 brązowych (razem 106)
Chiny Zjednoczone*: 38 złotych / 28 srebrnych / 25 brązowych (razem 91)

Skąd ta brytyjska potęga? Oczywiście gospodarze przyłożyli się bardzo mocno, w konwencjonalnej klasyfikacji zajęli przecież trzecie miejsce, ale do Wspólnoty Narodów zgłosiło się ponad 50 państw (w Igrzyskach brało udział zdaje się 204, medale zdobywało 85), w tym takie potęgi (globalne lub w wybranych dziedzinach) jak Australia, Jamajka czy Kenia, jak również wiele państw-niespodzianek (że należą lub że zdobywają medale), jak Botswana, Singapur, Uganda czy Grenada). No i tak ziarnko do ziarnka…

W ramach poszukiwań innych potęg, wzrok odruchowo pada na Koreę, która jednak nawet po papierowym zjednoczeniu ma raptem 34 medale, w tym aż 17 złotych. Rodzi się pokusa połączenia koreańskich sił z Japonią (w sumie 72 medale, w tym 24 złote), ale to dopiero byłby afront historyczny na miarę casus belli, którego łączne miejsce w rankingu niczym nie rekompensuje (bo i tak za Chińczykami). Lepiej już spojrzeć nostalgicznie na własne podwórko i pomyśleć, że Rzeczpospolita Obojga Narodów miałaby 47 medali, w tym 12 złotych.. (no i bracia Litwini lepiej by się chyba z nami czuli niż w barwach Sojuza mimo wszystko, Ukraińcy.. być może też). 

Następne Igrzyska już za cztery lata. Pardon, lada moment Igrzyska Paraolimpijskie. 

*trochę może przesadziłem z tą nazwą

Odczepcie się od Radwańskiej

Nie siedzę w głowie Agnieszki Radwańskiej, więc nie wiem, co czuła, co myślała, kiedy podczas Igrzysk rozegrała w trzech konkurencjach raptem cztery mecze. Nie byłem zachwycony jej wypowiedziami po porażce w mikście, nawet jeśli to było robienie dobrej miny do złej gry. Nie byłem przekonany do jej zacięcia, aby wystąpić na paradzie w charakterze chorążej reprezentacji (zwłaszcza że machanie flagą szło jej słabiej, niż machanie rakietą, jednak powinna było komuś mocniejszemu to oddać), tym bardziej że przy tej okazji odnosiło się wrażenie, że najważniejszą kwestią była długość sukienki (tak, wiem, to też bardzo ważna sprawa). 

Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma powodów wieszać na niej psów. Nie wiem jak tam było z dyspozycją fizyczną, ale na pewno zaczynała ten turniej strasznie pechowo, losując jedną z najmocniejszych przeciwniczek, jakie mogły się trafić na tym etapie. Julia Goerges to solidna zawodniczka, wysoko w rankingu, gdyby w turnieju rozstawione były 32 zawodniczki a nie 16, to Goerges grałaby z numerem 21. W pierwszej rundzie silniejszą rankingowo parę tworzyły jedynie Serena Williams z Jeleną Jankovic (suma miejsc na liście ATP: 24, Radwańska z Goerges: 26), w „ósemce” Radwańskiej oprócz rozstawionej Kirilenko były jeszcze grające z dziką kartą Paragwajka (ATP 188) i Kolumbijka (ATP 119) oraz zawodniczki z piątej i siódmej dziesiątki rankingu. A Radwańska mając słabszy dzień, przegrała i tak nieznacznie. Medal i tak nie był oczywistością, bo na drodze stały stara znajoma Kirilenko (ciężki mecz na Wimbledonie), pechowa dla Radwańskiej Kvitova, Szarapowa i – w ewentualnym meczu o brąz – tegoroczna prześladowczyni Azarenka. Realnie rzecz biorąc, po ciężkich bojach jedynie srebro wydawało się ciut możliwe. 

W deblu, gdzie akurat poszło Radwańskiej najlepiej (choć nie wiadomo na ile w tym zasługa siostry), odpadła z faworyzowaną parą amerykańską (nr 1 było nie było), też nie sprzedając skóry zbyt tanio. Czy można było z Amerykankami powalczyć – cóż, ani Czeszki, ani Rosjanki się nie ugięły, ale jednak startowały z nr 3 i 4, a nie jako para stworzona mocno ad hoc. Miksta chyba szkoda najbardziej, wyglądało jakby został potraktowany bardziej jako przedłużenie Igrzysk niż jako ostatnia szansa na medal, szkoda, bo dzięki mikstowi Azarenka i Murray zostali multimedalistami (kudosy dla tych, którzy bez gugla powiedzą, jak się nazywa brytyjska medalistka w mikście). 

I cóż, pamiętać należy, że specyfika cyklu tenisowego jest taka, że trwa on niemal nieprzerwanie od stycznia do października, a czołowe zawodniczki są zmuszone regulaminowo do uczestniczenia w najważniejszych jego imprezach. Formę muszą więc utrzymywać przez wiele miesięcy, szlifując jej szczyty być może na turnieje wielkoszlemowe. Każdy dobry występ w turnieju, to większe nim zmęczenie, pozostawiające ślad na dalszych meczach. Radwańska tuż przed Igrzyskami doszła na tej samej londyńskiej trawie do finału, nikt nie wie jak wpłynęło to na jej formę. Teraz gra już w turniejach w Nowym Świecie, odpadła dwa razy w ćwierćfinale w słabym stylu. Aha, jej pogromczyni w tych turniejach.. na Igrzyskach odpadła w pierwszej rundzie, mimo że była rozstawiona…

Po co to wszystko właściwie piszę? Bo przeczytałem ostatnio tekst o tym, jak to Radwańska czuje się niezrozumiana przez media. I wzburzyło mnie potężnie – nie, nie to niezrozumienie – jak Jego Ekscelencja Dziennikarz miał do Radwańskiej pretensje, że nie okazała „pokory, skruchy, żalu” za swój występ olimpijski. Cóż, jaśniepaństwo dziennikarskie rośnie w siłę, zdolność dostrzeżenia, że za nasze wybujałe oczekiwania odpowiadamy wyłącznie my, jest w zaniku, podobnie jak zrozumienia, że porażka jest dramatem sportowca dalece bardziej niż naszym. Nie wspominając już o tym, że Radwańska występ olimpijskich wypracowała sama przez lata, bez pomocy pieniędzy publicznych i nie dzięki okazjonalnej kwalifikacji, na pewno ni była „olimpijską turystką”.

Małe jest urocze

Jak już nieraz pisałem, na igrzyskach olimpijskich uwielbiam obserwowanie przedstawicieli państw małych i/lub egzotycznych. Czasem tworzą oni jedynie barwne tło, jak Eric Moussambani czy sprinterzy z wysp Pacyfiku (okazujący się de facto kulomiotami), a czasem walczą w swoich konkurencjach jak równy z równym po olimpijską chwałę i nawet miejsce na podium.

W tym roku po ośmiu dniach, medale zdobyli przedstawiciele 58 państw.* Większość medali oczywiście zgarniają przedstawiciele potęg, wiele przypada państwom z aspiracjami (realistycznie zaliczam nas do tej właśnie kategorii), sporo jednak zostaje i dla maluczkich. W tabeli medalowej widzę takie mikrusy jak Singapur i Hongkong, czy niewiele większy Tajwan, Katar i Gwatemalę. 

Tym smutniej mi się zrobiło, kiedy wczoraj w strzelectwie, przedstawicielka San Marino wystrzelała drugi wynik, ale razem z dwiema innymi zawodniczkami – i dogrywkę o medale przegrała, zostając na czwartym miejscu. Tym smutniej, że uwierzyłem telewizji, iż ona ten srebrny medal już ma ex aequo. Tym smutniej, że z San Marino mam miłe wspomnienia, to fajne miejsce na ziemi, malutkie a urocze. 

*wiem, powinienem był zaczekać z tym końca Igrzysk, ale jakoś..

W jedności siła (traktatowa)

W Pekinie osładzałem sobie czas oczekiwania na pierwszy medal dla Polski, zliczając sumę medali zdobytych przez państwa Unii Europejskiej (taki substytut sukcesów własnych). W tym roku za sprawą Sylwii Bogackiej (gratulacje, oczywiście) już tak wyczekiwać nie muszę, czekanie na medale kolejne jest trochę mniej stresujące. Dlatego też postanowiłem, że oto zrobię podliczanie ciut spokojniej. Poza tym, żeby trochę urozmaicić, zliczyłem także liczbę medali, jakie zdobyłby socjalistycznej pamięci Związek Radziecki. (Na razie nie doszliśmy jeszcze do problemu rozdwojenia jaźni, przed jakim staniemy, kiedy medale wywalczą wreszcie państwa bałtyckie). 

W każdym razie, czy liczyć razem, czy osobno, Chińcyki się trzymają mocno:
Chiny 6/2/2 (10)
USA 2/3/2 (7)
UE 3/8/6 (17) (indywidualnie Włochy 2/2/2)
ZSRR 4/0/4 (8) (indywidualnie Kazachstan 2/0/0)

A za cztery lat może mi się będzie chciało zliczać osobno jeszcze Commonwealth i Jugosławię..

PS. Właściwie to Chinom powinienem doliczać medale zdobyte przez Tajwan i Hongkong (Makau nie bierze udziału w igrzyskach), na razie to tylko jeden srebrny ale zawsze.

PS 2. Uwierzycie, że bez medalu są wciąż Niemcy?