Mocny nie potrzebuje sztuczek

Miło się patrzy, kiedy bukmacherzy i pundici (jaką to słowo karierę zrobiło ostatnio) typują Polaka na zwycięzcę, także wtedy, kiedy chodzi o zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Po Oberstdorfie Kamil Stoch tracił do Stefana Krafta około dwóch metrów, na dystansie sześciu skoków jak najbardziej do nadrobienia.

Zmarszczyłem jednak brwi, kiedy nie zobaczyłem go w kwalifikacjach w Ga-Pa. Mogło to oznaczać, że szkoda mu sił na kwalifikacje – co nie wydaje się najlepszą wróżbą – albo że jest to próba sztuczki psychologicznej, obliczonej na wywarcie na Krafta dodatkowej presji. Nie umiem się jednak oprzeć wrażeniu, że to próba kompensowania względnej słabości, po trosze przyznanie się do minimalnej wyższości Krafta – co nieszczególnie wróży w sytuacji, kiedy potrzebne są skoki nie tylko dobre, ale i bardzo dalekie. 

W pierwszej serii w Ga-Pa Kraft dołożył do przewagi półtora metra. Nie jestem optymistą co do wygranej (choć miło patrzeć na trójkę Polaków w czołowej szóstce, z poważnymi szansami na trzy miejsca w czołowej dziesiątce na koniec Turnieju).

Płacz nad zwycięstwem

Po pierwszej serii policzyłem szybko: Freund traci do podium jakieś osiem punktów, teoretycznie do odrobienia jeśli uda mu się „odpalić” na progu. W drugiej myśli policzyłem, że za zajmowane wówczas siódme miejsce dostanie 36 punktów do klasyfikacji Pucharu Świata, 64 mniej od zwycięzcy. Prevc tracił do Freunda w klasyfikacji Pucharu 44 punkty, gdyby więc skończył zawody na drugim miejscu (za 80 pkt), to byliby na równo punktami…

W drugiej serii Freund nie błysnął, po swoim skoku przegrywał z Hayboeckiem. Za chwilę jednak pozycję oddał mu Schlierenzauer i Niemiec mógł liczyć na co najmniej siódme miejsce na koniec dnia. Zostawało mu czekać na to, jak będą skakać następni. Fenomenalnie – najdalej dziś – poleciał Tepes i objął prowadzenie, Stoch trafił na podmuch w plecy i spadł z podium. Prevc miał wszystko w swoich rękach (nogach raczej)…

To po prostu niesamowita scena: słoweńska widownia powinna szaleć ze szczęścia widząc swoich skoczków na dwóch najwyższych stopniach podium. Tyle że kolejność była 1. Tepes, 2. Prevc, 7. Freund, i przy równej (!) liczbie punktów w klasyfikacji Pucharu Świata to Niemcy szaleli z radości, bo w takiej sytuacji decydowała liczba zwycięstw w sezonie. Pamiętam jak Janda z Ahonenem współwygrywali Turniej Czterech Skoczni, pamiętam jak Niemcy w Salt Lake City wygrali drużynówkę z Finami o 0,1 pkt, ale takiej sytuacji nie pamiętam – i cieszę się, że to oglądałem.

Żal mi Olka Zniszczoła

To nie był wcale jakiś szczególnie zły skok: poprawnie na progu, dość równo w powietrzu, o lądowanie nie mam pretensji, bo przy krótkich skokach zawodnicy zwykle lądują zrezygnowani. Owszem, był to najkrótszy skok w konkursie (na 32), ale też był to skok z najmniejszymi szansami powodzenia: ruszał z najniższej, 4. belki (wszyscy pozostali nasi reprezentanci skakali z szóstej) i miał trzeci najsłabszy wiatr pod narty w całym konkursie (skaczący bezpośrednio po nim Takeuchi miał ponad dwa razy silniejszy, prawie półtora metra na sekundę, przy średniej w tej grupie 1,72 m/s). I oczywiście, oznaczało to że miał najlepszy w całym konkursie wskaźnik punktów bonusowych, bo aż +32,6, ale straconych punktów za odległość to nie rekompensuje. 

Pochylam się nad skokiem Zniszczoła, bo już widzę tu i tam marudzenia, że przez niego straciliśmy szansę na miejsce na podium. Istotnie, do trzecich Norwegów straciliśmy trzydzieści punktów z jakimś grosikiem, na pewno przyzwoity skok Zniszczoła był w stanie tę różnicę zniwelować. To po skoku Polaka belkę startową podniesiono i Takeuchi pofrunął o 50 metrów (i 60 punktów) dalej. Czy Zniszczoł potrafiłby polecieć równie daleko? W serii próbnej przy słabym wietrze, acz z dziewiątej belki, w warunkach niemal identycznych jak Japończyk, osiągnął 203 metry, dwa metry dalej od Takeuchi…

Żal mi Olka nie tylko dlatego, że przez błąd (bo tak należy nazwać decyzję o wyborze belki) sędziów i pech co do wiatru (skaczący przed nim Asikainen i Koudelka mieli wiatr silniejszy niż Takeuchi) nie tylko jest bezzasadnie obwiniany o kolejne „stracone podium”, ale także dlatego, że drugą serię odwołano – i zwyczajnie nie dostał szansy sobie polatać (o „rehabilitacji” dobrym wynikiem nawet nie mówię), w niedzielnym konkursie finałowym już nie wystąpi, w PŚ jest (jeszcze) 48, w klasyfikacji lotów 35 (a startuje czołowa trzydziestka).

A przy okazji dowiedziałem się, że (przynajmniej w Planicy) za wiatr pod narty mniej się punktów odejmuje, niż dodaje za wiatr w plecy.

Siedem dobrych skoków wystarczy

Kanoniczne jest już zdanie Adama Małysza o oddawaniu dwóch dobrych skoków. W konkursach indywidualnych jest to dziś warunek konieczny sukcesu, nie zawsze jest to warunek wystarczający (jeżeli inni też oddają po dwa dobre skoki, ale niektóre ciut bardziej dobre). W konkursach drużynowych bywa z tym nieco inaczej, gdyż decydujące znaczenie może mieć kto ile skoków zepsuje – czasem nawet i dwa nieudane skoki mogą nie wykluczać zdobycia medalu. 

Na tegorocznych mistrzostwach w Falun mieliśmy najpierw ciekawy konkurs mieszany, gdzie drużyna norweska szła niemal łeb w łeb z drużyną niemiecką, przegrywając o niecałe półtora metra – przy czym właściwie nie w żadnej z drużyn nie było skoków wybitnie nieudanych, decydowały niuanse (w tym mistrzowska forma Freunda). W konkursie męskim Freundowi trafił się akurat ten jeden jedyny słabszy skok w całych mistrzostwach, który do reszty złamał Niemców (którzy dość solidarnie notowali kiepskie rezultaty). Błędów ustrzegli się Norwegowie (w drugiej serii – widząc swoją przewagę – lądowali bezpiecznie, nie walcząc o odległość), za ich plecami natomiast sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. U Austriaków zawodzili bowiem i Hayboeck, i Poppinger, i Schlierenzauer – ale swoje wpadki kompensowali drugimi skokami; Japończycy skakali równiej, ale bez błysku, Słoweńców znów potrafił zawieść Prevc. W naszym zespole… 

Srebro przegraliśmy o niespełna trzy metry, nieco ponad pięć punktów. Hejterzy (dobry Boże, skąd się biorą takie tabuny tego plugastwa!) już wsiedli na Kamila Stocha, który przed ostatnim skokiem miał niespełna punkt przewagi nad „Schlierim”, że niby zawalił. Tyle że Gregorowi wyszedł skok wyśmienity, a Kamilowi tylko bardzo dobry. Bardzo dobry, bo był to trzeci skok w serii (w ogóle na 84 oddane w konkursie skoki Stoch miał 7 i 9 notę!), łącznie pokonał Austriaka o 15 punktów. Jedyny zaś nieudany skok oddał Janek Ziobro w pierwszej serii – choć o medalu bardziej zdecydowały wyśmienite skoki niezawodnego Krafta. 

Tak czy owak – cieszmy się, że tych siedem dobrych skoków (i jeden słabszy) wystarczyły do kolejnego medalu, rok temu ten jeden słabszy był powodem do smutku. Yes! Yes! Yes! Yes!  Żyła! Murańka! Ziobro! Stoch!

Tępe norweskie łyżwy

Mistrzostwa świata w Falun przynoszą liczne niespodzianki. Dla nas jakże miłą niespodzianką (bo jednak za pewnik tego nie można było przyjmować) jest pierwszy w historii medal w sprincie drużynowym i pierwszy w historii medal Sylwii Jaśkowiec. Niespodzianką jest rozrzut medali, powodujący praktycznie brak „hegemonów” sięgających po medale seriami. Dość powiedzieć, że po rozdaniu ośmiu kompletów medali w biegach, jedynie pięcioro zawodników z 25 ma po dwa medale, z czego trójka „ratuje się” konkurencją zespołową (Northug, Falla i Nilsson).  

Zaskakująco słabo w technice łyżwowej wypada Marit Bjoergen. W biegu łączonym zaledwie szósta (półtorej minuty do medalu!), sprint drużynowy odpuściła, by zbierać siły na 10 km. Zapewne nie spodziewała się, że jak słabo w tym biegu wypadnie, nawet jeśli wziąć poprawkę na nietypowe warunki atmosferyczne i nietrafione smarowanie nart, to jednak zajmując 31. miejsce przegrała z trzema koleżankami z reprezentacji. Czyżby oszczędzała siły na jeszcze kolejny bieg…?

Nic jednak nie tłumaczy racjonalnie tego, co stało się dziś w biegu panów na 15 km. Norwegowie nie wypadli źle, meldując czterech reprezentantów w pierwszej dziesiątce, w tym jednego (najmniej spodziewanego) na najniższym stopniu podium. Gdzież jednak był ich lider? Mało, że przegrał z wszystkimi kolegami. Mało, że przegrał z wszystkimi Szwedami, Finami, Rosjanami czy Szwajcarami – on przegrał także z wszystkimi Polakami. Owszem, pokonał Irańczyka, Duńczyka, Węgra i wszystkich Australijczyków, ale zawodnikowi tak utytułowanemu jak Petter Northug wstyd trochę kończyć na 62 miejscu, blisko pięć minut za zwycięzcą. Jeśli dobrze liczę, to startujący trzy minuty za nim Cologna wyprzedził go przed metą…

Patrzmy na mężczyzn

Niedawno media donosiły, że już oto więcej nie powtórzy się problem z zakodowaniem ważnych narodowo imprez sportowych – Komisja Europejska zaakceptowała rozszerzony wykaz wydarzeń, które mogą być transmitowane w telewizji otwartej. Skupiano się w tym kontekście przede wszystkim na siatkarskim mundialu, moją uwagę przyciągnął natomiast fakt, że na liście znalazł się też Puchar Świata w biegach narciarskich – ale wyłącznie biegi pań (przyczyna tego jest aktualnie oczywista, choć sama idea dość idiotyczna jest, skoro analogicznego różnicowania nie ma w przypadku skoków, gdzie nasze zawodniczki na razie.. nie istnieją, mówiąc szczerze).

A w biegach… trwa obecnie Tour de Ski, oczywiście pieczołowicie transmitowany, dzięki czemu możemy obserwować przewagę, z jaką Marit Bjoergen zmierza po to upragnione trofeum, tyle razy w przeszłości przegrane. Konsekwentnie mniej uwagi poświęca się rywalizacji mężczyzn (mimo że Staręga zaliczył kolejny wynik etapowy w Top10), choć tam sytuacja o niebo ciekawsza (z punktu widzenia wyników). Prowadzi inny weteran Petter Northug, goniący triumf w Tourze jeszcze bardziej zajadle niż jego koleżanka, przy czym w odróżnieniu od niej skończył ostatni etap nie o dwie minuty, lecz o dwie sekundy ledwie przed następnym rywalem (nawet jeśli dzięki bonifikatom zyskał jeszcze trochę przewagi). Czołowa czwórka mieści się (po bonifikatach) w siedemnastu sekundach, za nimi kolejnych pięciu ma stratę dwóch minut z malutkimi sekundami, będą gonić jak wściekli, Val di Fiemme będzie przyjmować ofiary. Będzie pasjonująco na tym straszliwym podejściu.

Wśród pań oczywiście będziemy się emocjonować ostatnią szarżą Justyny Kowalczyk (bo na taką liczymy), na podium może już wskoczyć tylko cudem właściwie. Warto jednak zwrócić uwagę, że nieźle trzymają się pozostałe dwie nasze reprezentanki – Sylwia Jaśkowiec obecnie na miejscu 17 (szybciej na dzisiejszym etapie od Kowalczyk), z niespełna minutową stratą do Top10 (co oznacza tylko szansę, oczywiście), Kornelia Kubińska na 29 (tylko kilka sekund wolniej dziś od Kowalczyk), ważniejsze że za nią jeszcze kilkanaście innych (a nie ledwie kilka). 

Będziemy zapewne śledzić w niedzielę losy tej finałowej wspinaczki, pamiętajmy wtedy, że prawdziwa rywalizacja odbędzie się w biegu mężczyzn – tam powinna się decydować walka o zwycięstwo.

Ułameczki i zaokrąglenia

W poprzedniej notce napisałem:
komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”

Pisząc te słowa nie znałem jeszcze wyników rywalizacji w parach tanecznych, transmitowano bowiem akurat rywalizację solistek, a finał par pokazywano z odtworzenia parę godzin później. Zerknąłem dopiero dziś rano (podczas oglądania pokazów), i aż mi szczęka opadła. Czwartą parę od medalu dzielił niecały punkt. Różnica między trzecim a pierwszym miejscem wynosiła raptem sześć setnych (0,06) punktu…

W tym miejscu natychmiast przypomina się nasz olimpijski dowcip o długości bródki. Tam różnica między zwycięzcą a „przegranym” (w cudzysłowie, bo jednak mówimy o wicemistrzu) wynosiła mniej niż możliwości pomiarowe podstawowego zegara, ba! Holendrzy pisali nawet, że mniej, niż różnica czasu, przez który sygnał startera biegł do ucha ich zawodnika. Wtedy zastanawiano się, czy należało w ogóle sięgać do dodatkowego pomiaru leżącego poza granicą percepcji, czy też może przyznać ex aequo dwa pierwsze miejsca. Precedensem był bieg narciarski na 15 km na igrzyskach w Lake Placid, kiedy to Mieto przegrał z Wassbergiem o niezauważalne 0,01 sekundy, po czym podjęto decyzję o mierzeniu czasów z dokładnością do 0,1 sekundy (wtedy, dodajmy, były w zasadzie wyłącznie biegi indywidualne, więc fotokomórka nie mogła o niczym rozstrzygnąć).

Gdyby więc wyniki w konkurencjach łyżwiarskich zaokrąglano z dokładnością nie do setnych, tylko do dziesiątych części punktu, to trzy najlepsze pary miałyby ten sam wynik, po 175,4 pkt. Ponieważ jednak wszyscy wolą raczej, by rywalizującym przypisać miejsca indywidualne, to kolejność byłaby zapewne rozstrzygana przy pomocy kryterium dodatkowego. Nie sprawdzałem aktualnego regulaminu ISU, ale kiedyś decydujące znaczenie miało miejsce w programie dowolnym – co w tym konkretnym przypadku oznaczałoby, że mistrzowie zamieniliby się miejscami z brązowymi medalistami…

Dla porządku dodajmy jeszcze, że w zasadzie tylko w parach tanecznych były aż takie małe różnice – oprócz tego tylko męskie złoto rozstrzygała różnica 0,4 pkt, pozostałe różnice w strefie medalowej zaczynały się od trzech punktów, a w rywalizacji solistów między podium a resztą ziała przepaść trzydziestopunktowa.

Pięćdziesiąt procent Apoloniusza Tajnera

Igrzyska dobiegły końca, wszystkie medale wydano, właśnie rozpoczyna się ceremonia zamknięcia. Liczby mówią, że udały się nam te Igrzyska, potroiliśmy ilość złotych medali zdobytych zimą, zdarzało się zdobywać i dwa medale dziennie – a i tak pozostaje… niedosyt.

Przed Igrzyskami śmiechów było co niemiara, kiedy Apoloniusz Tajner rzucił w mediach, że mamy dwanaście medalowych szans. Mówiąc szczerze, nie wiem (i nie chce mi się szukać), które dokładnie konkurencje miał na myśli, przemyśliwam od paru dni, co mógł i powinien był mieć.

Więc najpierw skoki, bo w końcu to Tajner. Liczenie na co najmniej po jednym medalu w konkurencjach indywidualnych było jak najbardziej na miejscu (choć liczenie na więcej niż jeden w konkursie to podchodziło pod marzycielstwo… albo wymagało „dnia konia” jaki miał choćby Ziobro w Engelbergu, a to trudno potraktować jako bardzo realną szansę). W drużynie zaś, jak analizowałem niedawno, zabrakło nam do medalu jednego przyzwoitego skoku. Szansa była jak najbardziej (nawet i na złoto, drugą serię wygrali), długo chłopaki będą jej żałować.

W biegach właściwie mogliśmy liczyć na medal w każdym starcie Justyny Kowalczyk, czyli w co najmniej trzech (oczywiście, nie wiedząc o złamanej kości stopy). No, może z wyjątkiem sztafet, choć – jak się na miejscu okazało – gdyby Niemki zderzyły się ze Szwedkami… to kto wie, ale realnie rzecz biorąc, to nie było sensu tego rozważać z wyprzedzeniem (zwłaszcza że koncepcja wystawienia w sprincie Sylwii Jaśkowiec powstała chyba dopiero na miejscu, a w innym składzie to może i w finale by nie pobiegły). 

Szanse medalowe mieliśmy w zasadzie w każdym występie biathlonistek (z wyjątkiem sztafety mieszanej, oczywiście, choć oddawały pałeczkę panom na czwartym miejscu). W końcu Weronika Nowakowska-Ziemniak była o jeden strzał od medalu w sprincie, Monika Hojnisz o tyleż w biegu indywidualnym. Krystyna Pałka i Hojnisz perfekcyjnie strzelały w innych występach, wtedy zabrakło trochę biegowo (lub nieco pecha rywalek na strzelnicy), skończyło się na miejscach w pierwszej dziesiątce. Trudno w takich warunkach nie myśleć o szansie w biegu pościgowym, nie chodzi wszak ostatecznie o to na ile się udało. W sztafecie zaś… może wskazana była największa ostrożność, poprzednim razem już dość krwi biathlonistkom napsuto, w ogóle te sztafety bywały strasznie pechowe. Tym razem pech znów ich nie oszczędził, jakiś niewyobrażalny defekt karabinu załatwił siedem niecelnych strzałów na pierwszym już strzelaniu, gdyby tam poszło tak jak można było oczekiwać (czyli z góra jednym niecelnym), to czas wskazywał na miejsce na podium…

Jak zliczymy to co powyżej, to mamy jedenaście szans. Tajner jest trenerem związku narciarskiego, więc może jako dwunastą liczył (niezbyt zasadnie) na narciarkę w ski-crossie? Poprawiła się względem Vancouver o jedno miejsce, w strefie medalowej pojawiała się niezmiernie sporadycznie, więc ja bym jej jako szansę nie liczył.

Igrzyska zimowe nie tylko jednak nartami stoją. Może to wielkie zaskoczenie, ale dyscypliną, która przyniosła nam tym razem najwięcej medali, było łyżwiarstwo szybkie. Trzy medale i wszystkie nieprzypadkowe (w końcu w biegach drużynowych na starcie ma się 37,5% szans na medal, zwłaszcza jak nie trafia się od razu na Holendrów). Zostawiam fachowcom oceny, czy Bachleda-Curuś, Bródka czy Niedźwiedzki mieli realne szanse w biegach indywidualnych, czy nie, czy tych szans było więcej niż te trzy zamienione na medale.

Łącznie jest więc tych szans co najmniej czternaście, Apoloniusz Tajner wykazał się więc wstrzemięźliwością. Zawodnicy spisali się „na medal”, zamieniając z tej prognozy co drugą szansę na medal. Niedosyt… może nawet oznaczać, że się rozpaskudziliśmy, w dwa tygodnie zdobyliśmy więcej medali niż przez cały ubiegły wiek. Nie ma co uważać, że ci, którzy obeszli się smakiem, zawiedli, w końcu w sporcie zawsze ktoś musi przegrać, nawet jakby większość. Dość powiedzieć, że z Soczi bez medalu – jakiegokolwiek – wyjechali Simon Ammann, Sara Takanashi, Shaun White, Aksel Lund Svindal, Shani Davis, Petter Northug czy Aleksander Owieczkin…

Życzmy sobie lepiej, żebyśmy za cztery lata mieli nie mniej realnych szans. 

Pisane przez łzy

Dwanaście koma siedem punktu. Na moich oczach tylko dwadzieścia lat temu Bredesen miał większą – czternastopunktową – przewagę na średniej skoczni w konkursie olimpijskim, u siebie w Lillehammer.

Oczywiście, można przeciwników zgnębić jeszcze bardziej – Małysz na mistrzostwach  na średniej dołożył Schmittowi trzynaście w Lahti, Ingebrigtsenowi szesnaście w Predazzo, dwadzieścia jeden i pół Ammannowi w Sapporo. Ale nie dziś, nie przy tym wietrzyku, nie przy tym sposobie liczenia punktów (Prevc za wiatr nadgonił prawie pięć punktów, Bardal – dziewięć), dość powiedzieć, że te dwanaście koma siedem to była dziś przestrzeń między miejscem drugim a dwunastym.

Ciężko się pisze przez łzy, łzy wzruszenia i szalonej radości. 

Mistrz olimpijski.

Król Kamil. 

Szacun, chłopaki

Piotrek Żyła, Maciek Kot – za napis na nartach z życzeniami dla poobijanego, leżącego w szpitalu Morgensterna (na ich nartach widziałem, na nartach innych Polaków akurat nie).

Mackenzie Boyd-Clowes – za życiowy wynik, pierwsze w karierze miejsce w pierwszej dziesiątce zawodów Pucharu Świata (dotąd najlepsze zaledwie 19.), choć zdaje się latanie ogólnie przychodzi mu lepiej niż skakanie na klasycznych skoczniach.

Noriaki Kasai – za pokazanie jak się lata młodziakom, którzy mogliby mu być synami. Ustanowione dziś rekordy odstępu pomiędzy kolejnymi zwycięstwami pucharowymi (prawie 10 lat) oraz odstępu pomiędzy pierwszym a ostatni zwycięstwem pucharowym (prawie 22 lata) mogą pozostać na zawsze (choć tak naprawdę to nie mam stuprocentowej pewności, że to rekordy, ale nie przypominam sobie nikogo innego, kto by się wykazał taką długowiecznością i długowygrywalnością)