Antyfutbol

Korzystając z dość ładnej listopadowej niedzieli, Ojciec wyciągnął Juniora na zajęcia ruchowe na dworze (a bo to panie normalne że w listopadzie nie leje i nie wieje?). Wzięliśmy piłkę, poszliśmy na łąkę. Porzucaliśmy, zaczęliśmy kopać.

W futbolu zwykle jest tak, że jeden ma piłkę i stara się z nią gdzieś dostać, a drugi mu przeszkadza. W skrócie można to ująć: ten z piłką ucieka, ten bez piłki goni. 

Cóż, utarte szlaki są nudne, więc Junior wymyślił, żeby Ojciec wziął piłkę i prowadząc ją, Juniora gonił. Ojcu kompletnie nie przychodziło do głowy, w jakiej sytuacji w futbolu takie coś jest możliwe, ale kto by się tam drobiazgami przejmował w zabawie z dzieckiem. W końcu byliśmy na łące, nie na boisku.

Gortat Lewandowski

Trochę przypadkiem zaniosło mnie dziś na starą notkę o naszych reprezentacjach, jednocześnie futbolowej i koszykarskiej. Nie okazała się prorocza (w sensie nic nie poszło tak jak miało i jak by się chciało): koszykarze zakwalifikowali się wprawdzie na mistrzostwa Europy, ale głównie dzięki późniejszej ilości o zwiększeniu liczby drużyn z 16 do 24, piłkarze na Euro wiele nie zwojowali, w decydujących meczach dbając raczej o tył, niż o przód, pomimo że musieli wygrywać (a w Europie tymczasem trend oczywiście ostatnio taki, że napastnicy* górują nad obrońcami, Rafał Stec o tym się rozpisuje).

Uderzyło mnie w tym tekście jedno zdanie: „I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata„. Tak, ponad dwa lata temu, kiedy było pisane, Robert Lewandowski był zaledwie mistrzem Polski i królem strzelców polskiej ekstraklasy, w Bundeslidze ledwo zdążył zadebiutować wchodząc na końcowe pół godziny w przegranym meczu, mając w perspektywie rywalizację o miejsce w składzie z Kagawą i Barriosem (wtedy czołowym strzelcem). 

Dziś to raczej trener Pipan może wzdychać, że nie ma do dyspozycji żadnego Lewandowskiego, nawet jeżeli ten ostatnio mniej błyszczy.

*nie o nazwisko chodzi, tylko w tamtej notce są linki do innych tekstów o popisach napastników i słabości obrońców

W Pińczowie mgliście

Rzuciły mnie dziś sprawy zawodowe do Pińczowa. Nigdy wcześniej nie byłem, kojarzyło mi się wyłącznie jako siedziba zakładu produkcji soków oraz ze starym powiedzeniem „w Pińczowie dnieje„. Droga niestety dość tam długa, ruszyłem więc rankiem, w drodze słuchając wiadomości radiowych, jak to mgła znów utrudnia działanie niektórych lotnisk. Na ostatnich parudziesięciu kilometrach zacząłem rozumieć te problemy, bo widoczność nie przekraczała ze dwustu metrów. Nie mogę powiedzieć jak wygląda Pińczów, bo właściwie go nie widziałem zza mgły, we mgle wszystkie miasta są bure (mógł więc nawet udawać miasto angielskie).

mgła pod Pińczowem

Kiedy jechałem z powrotem, wiejską drogą wśród pól (swoją drogą program schetynówek chyba zadziałał tam znakomicie), kiedy z szarości znienacka wyłaniały się rosnące przy drodze drzewa, często mimo popołudnia wciąż pokryte szronem czy szadzią, przyszło mi do głowy, że to świetny punkt wyjścia do stworzenia polskiej gry komputerowej: zaciągnięte mgłą pustkowie, pola po ściętej kapuście, wyłaniające się z mgły głuche domostwa oraz wlekące się traktory ciągnące wozy z gnojem i do tego jakiś scenariusz oparty na balladach Mickiewicza (ja już swoje odwaliłem, zostawiam szczegóły innym kreatywnym). Z dziwnym uczuciem, ale jechało się dobrze, jednak przyznam: kiedy koło Miechowa na szczycie pagórka zobaczyłem wreszcie błękit nieba, gotów byłem złożyć ręce w dziękczynnym geście (tylko gotów, bo jednak przy 100 km/h nie należy puszczać kierownicy).

mgła pod Pińczowem

A kiedy mgła nie zasłaniała wszystkiego, wypatrzyłem koło Olkusza interesujący zamek w Rabsztynie, być może będzie to punkt jakiejś przyszłorocznej wycieczki. Podróże kształcą, jeśli tylko mogą.

mgła droga krajowa nr 7 Jędrzejów Miechów

Młoteczkiem

Siedziałem grzecznie przy laptopie, pracując zajadle, kiedy małżonka podeszła do mnie z dziwnym nieco wyrazem twarzy. Gestem nie znoszącym sprzeciwu nakazała mi, abym wytężył wszelkie siły w celu pełnego panowania nad odruchami, po czym podsunęła mi gazetkę reklamową pewnej sieci handlowej (skądinąd czasami zacnej). Spojrzałem.

Zabawki i gadżety w dzisiejszych czasach wymyśla się różne i przeróżne. Jako żem człowiek już w latach swoich, z rosnącym poczuciem konserwatyzmu (to temat na osobną notkę, co się zbiera), pewnych rzeczy bym nie wymyślił, a jak już je ktoś wymyśli, to faktycznie dziwnie reaguję. Ale zapewne istnieje wśród młodszych pokoleń poważne zapotrzebowanie na poduszkę-pamiętnik, zamykany na kłódkę, ze zmywalnym pisakiem w zestawie (zgaduję, że przestrzeń do pamiętnikopisania jest z plastiku, tak wygląda na obrazku). I co ważniejsze, z głośnikiem i możliwością podłączenia mp3. Jest jeszcze trendy dizajn, ale nie będę przecież lokował produktu. 

Pamiętniczek był jednak niczym wobec zabawki motoryzacyjnej (już miałem polecieć stereotypem i napisać „dla chłopców”, bo dizajn pamiętniczka raczej „dziewczęcy”, koci bardziej niż różowy). Pojazd (markowy, a jakże) był bowiem.. w gipsie. Nie, nie żeby udawał połamanego w wypadku (chyba bym prędzej sobie wyobraził), był po prostu ukryty w gipsowej kostce, którą należało rozbić w celu wydobycia auta. W zestawie był samochód, gips, forma i specjalny młoteczek do rozbicia gipsu. 

Gdybym miał młoteczek pod ręką, to bym puknął. W głowę. Praca poszła precz, nastrój uciekł bezpowrotnie (zresztą i tak za chwilę wychodzę). Nad odruchami zapanowałem (bo dziecko słuchało).

Śpiewająca podpaska

Reklamy można omijać razem z całym ich medium (wielu znanych mi ludzi tak robi, choć nie jest to recepta na wszystko), można nauczyć się puszczać je mimo oczu/uszu, czasem jednak zwróci się na nie uwagę, pozytywnie lub negatywnie. Ostatnio niestety przebiła się do mnie reklama radiowa, wykorzystująca przeróbkę znanej piosenki do promowania specyfiku z zakresu zdrowia intymnego, w sposób typowo dla reklamy żenujący. Odnotowując sobie ją w pamięci (w celu lepszego unikania, targetem nie jestem absolutnie), zadałem sobie pytanie: co musi czuć człowiek, który taką piosenkę musi zaśpiewać?

Myśl ta skłoniła mnie do ogólnych rozważań o ludziach, którzy w reklamach występują, i bynajmniej nie są gwiazdami lub celebrytami. O tej masie anonimowych entuzjastycznych klientów, matek piorących, głosów ziemniaków czy co tam kopirajterom przyjdzie do głowy. Którzy muszą mieć odpowiedni (co nie znaczy imponujący) wygląd, głos, czasem dykcję, ewentualnie podstawowe umiejętności wokalne. Miałem to porozpoznawać, czy na to są specjalne szkoły, czy to po prostu aktorzy trzecioplanowi tak zagospodarowują życie. A potem WO napisał tę notkę

Z innej nieco beczki – z zamierzchłych czasów względnej młodości, kiedy oglądałem Beverly Hills 90210 (nie mylić z wersją współczesną), zapamiętałem taki epizod, kiedy Brian Austin Green, z zawodu muzykujący nieco, skomponował Piosenkę dla swojej (w tamtym czasie) ukochanej Tiffani Amber-Thiessen (bardziej seksowne zdjęcia guglajcie sobie sami). Po czym Piosenka wpadła w ucho jego zleceniodawcy, dla którego próbował ułożyć nutki do reklamy pasty do zębów (chyba pasty, do reklamy w każdym razie). Co za nieromantyczny początek końca związku (przypominam to głównie po to, żeby móc śmiało zaliczyć notkę do kategorii Kult-ura, a nie Eko).

Zajawki na dwa

Przez ostatnie dwa tygodnie na moim blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl pisałem tylko o dwóch sportach,* o każdym po dwa razy, na przemian:
– o tenisie (w wydaniu kobiecym),
– o futbolu (w kolorze złotym),
– o tenisie (w wydaniu męskim),
– o futbolu (chciałoby się napisać w kolorze zielonym, ale akurat amerykańska waluta się tam nie przewija). 

*oczywiście nie licząc Formuły 1, o której piszę równolegle na obu blogach, tutaj poza kategorią „Sport”

Na ratunek

Czytam właśnie, jak Rafał Stec wziął udział w akcji ratowania Realu Oviedo, kupując jego akcje (całe cztery). Akcja (głównie dzięki Internetowi) ma zasięg ogólnoświatowy, kupić może każdy, przynajmniej każdy z dostępem do Internetu chyba, eksperyment na skalę niespotykaną.

Patrzę nieraz na nasze śląskie kluby i zastanawiam się: ilu ich kibiców, gdyby miało taką szansę (i jakiekolwiek możliwości finansowe), zaangażowałoby się w w finansowanie swojego ukochanego klubu, stając się zarazem jego cząstkowym właścicielem? Problem polega jednak na tym, że w polskiej rzeczywistości prawnej nie byłoby takie łatwe. Zaoferowanie bowiem akcji, jeżeli jest skierowane do co najmniej stu osób, jest bowiem w polskim prawie traktowane jako obrót publiczny, poddany ścisłej regulacji prawnej – wymagający co do zasady sporządzenia prospektu emisyjnego, zatwierdzenia go przez Komisję Nadzoru Finansowego etc., co oznacza koszty i czas.

Niektóre kluby już taką możliwość dają, przynajmniej teoretycznie, Ruch Chorzów i GKS Katowice są notowane na rynku NewConnect, więc – jeżeli statut pozwala – zarząd mógłby ogłosić „ratunkową” emisję akcji (choć wcale nie byłoby to wiele szybsze i tańsze). Te kluby, które do tej pory się na to nie zdecydowały, będąc w trudnej sytuacji prawie na pewno nie przeznaczą ostatniego grosza na sfinansowanie takich niezbędnych formalności. A może szkoda – Polonia Bytom, Ruch Radzionków czy Zagłębie Sosnowiec, jeśli nawet nie zgromadziłyby wielkich pieniędzy, to dałyby swoim sympatykom pamiątkę i szansę udowodnienia, jak wiernym się jest kibicem, gdyby tylko mogły bez większych komplikacji wejść na ścieżkę Realu Oviedo. 

Siedem malin

Przed zimą trzeba w ogródku posprzątać, a jak ku temu słoneczna (napisałbym ciepła, ale to lekkie nadużycie) sobota, to trudno sobie wyobrazić lepsze warunki. Dziecię jak w zeszłym roku, poszło zerknąć na krzaki owocowe, i proszę: w listopadzie jeszcze maliny znalazło, sztuk siedem naliczyło. Poziomek też nie brakło, a w porównaniu z zeszłym rokiem miały zdecydowanie poziomkowy kolor (o smaku się nie wypowiadam, gdyż nie chciałem młodzieży nawet od ust odbierać). I tak sobie pomyślałem: jeżeli to się tak dalej będzie rozwijać, że coraz później i później, to kiedy w tym roku przyjdzie zima? No niby juz pierwsza była, ale…

Przy zgarnianiu liści poczyniłem zaskakujące odkrycie – tu i ówdzie spod grabi wyskakiwały.. orzechy włoskie (jak również żołędzie). Ani orzech, ani dąb mi w ogródku ani za płotem nie rosną, więc spaść nie mogły. Nawet się myśl zrodziła, że to do jakiejś zabawy celowo poskrywane, ale nikt się w domu do takich pomysłów nie przyznał. Ostatecznie padło na ptaki, że pewnie gubią w dziobie nosząc (bo chyba nie wpadło im do łebków robić sobie spiżarni pod moim płotem). Orzechy zostały przyjęte (okoliczne drzewa latoś słabo obrodziły), żołędzie.. niech sobie mają. 

I tylko nie wiem, czy biedronki wygrzebane spod liści, to one tam zapadały były w sen zimowy czy już wieczny, kiedyś miałem sprawdzić ich cykl życiowy ale mi się dotąd nie chciało.

Kompromitacja Fundacji ePaństwo

Jednym z newsów dzisiejszego dnia było, że Fundacja ePaństwo uzyskała od Sądu Najwyższego umowę, na podstawie której tenże Sąd zlecił „przerobienie swojej strony internetowej” za jedyne pół miliona złotych (dokładnie 554.730 zł), jak również „ustaliła”, że przedmiot umowy można było wykonać „lepiej” (szczegóły odkryć Fundacji tutaj). Oczywiście cały Internet kipi oburzeniem, że jak tak można, że rządzący kradną, że zrobił to oczywiście znajomy pracownika sądu i że co drugi internauta ze szwagrem zrobiliby to 10 razy taniej. Jak wypowiedział się pewien zapytany przez media ekspert, za pół miliona złotych można zrobić „bardzo dopracowany portal wraz z systemem obiegu dokumentów i szkoleniem zespołu”.

Ponieważ mam w zwyczaju sprawdzać sensacyjne newsy w maksymalny możliwy sposób, jeszcze przed odwiedzeniem strony Fundacji zacząłem szukać informacji z zakresu zamówień publicznych, przyjmując, że w takim właśnie trybie umowa została zawarta (kwota wyraźnie na to wskazywała). Nie trwało długo, żeby Google odnalazło informację o wynikach postępowania, z podaniem nazwy firmy, która wygrała, jak i dane firm, które przegrały. Znacznie ciekawszą informacją było jednak, co właściwie było do wykonania za te pieniądze. A obejmowało, i owszem, modernizację serwisu internetowego (czyli witryny www), jak i modernizację serwisu intranetowego (czyli wewnętrznej sieci Sądu) oraz wdrożenie systemu elektronicznej zarządzania dokumentacją. Jeżeli komuś brzmi to podobnie do tego, o czym mówił ekspert cytowany w poprzednim akapicie…

Przyznam, że nie znalazłem specyfikacji istotnych warunków zamówienia (choć nie szukałem szczególnie zawzięcie), więc trudno było ustalić, jak dokładnie określono przedmiot zamówienia. Sięgnąłem więc do zdobytego przez Fundację tekstu. Przez chwilkę, nie ukrywam, nawet zmarszczyłem brwi, mając wrażenie, że zakres umowy nie jest zgodny z zakresem zamówienia (co jest grzechem ciężkim). Gruntowna lektura pozwoliła jednak odnaleźć „brakujący” element przedmiotu zamówienia, czyli system elektronicznego zarządzania dokumentacją, rozpisany jako element funkcjonalności serwisu intranetowego. Przy okazji zauważyłem też obowiązki wykonawcy związane z dostarczeniem odpowiedniego oprogramowania systemowego i sprzętu, przeniesienie praw autorskich, szkolenia.. Cóż, Fundacja dostrzegła jedynie „wyrównywanie do lewej strony” oraz że „orzeczenia nie będą dostępne w formacie HTML” (moja prywatna uwaga: plików długości standardowego orzeczenia nie ma sensu czytać w HTML-u). Refleksji o wadze prac nad serwisem internetowym oraz nad serwisem intranetowym nie było ani krztyny, bo wtedy szokujący nagłówek nadawałby się tylko do kosza…

Oczywiście, ośmieszenie się Fundacji nie rozgrzesza całkowicie dziennikarzy powtarzających ślepo opowieść o „pół miliona za stronę”, bez sprawdzenia i zrozumienia (zaczęli w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, ale powtórzyli już chyba wszyscy w polskim Internecie). Wina Fundacji jest jednak o tyle większa, że sama Fundacja – prezentując się jako obrońca jawności – jednocześnie zwyczajnie pozostaje w konflikcie z Sądem Najwyższym (nie wnikając, kto i ile ma w nim racji). Tym bardziej powinna więc dokładnie sprawdzić o czym pisze, a tak wyszło, że bzdury, które rozpowszechnili jako sensację, mogą być świadomą manipulacją, tym głupszą, że tak łatwą do wykrycia. Wyszło bowiem, że oto „zapłacono pół miliona za elewację!”, a w rzeczywistości pół miliona jest za elewację oraz remont i wyposażenie wnętrz…

 

Slogany w Żorach

Droga wiedzie mnie dziś przez miasto Żory. Wjeżdżam opłotkami od strony Jastrzębia-Zdrój, przy drodze wita mnie billboard z uśmiechniętą dziewoją, która zaprasza mnie (może nawet kusząco, zbyt krótko patrzyłem), żebym „został jej sąsiadem”. Myśl się zaraz nasunęła taka, czy było to klasyczne „szczucie cycem” (goła się w sumie nie wydawała..), czy nie, ale zgryźliwość na wszelki wypadek kazała podpowiedzieć „i tylko sąsiadem”. (Potem znalazłem to).

Kiedy już prawie wyjeżdżam (rozpędzając się na dwupasmówce), widzę z boku kolejny billboard, tym razem polecający „najlepsze miejsce do studiowania” (nazwy uczelni nie podam bo produktu nie lokuję a poza tym nie jestem pewien co to właściwie było). Na zachętę właśnie w tym miejscu asfalt robi się straszliwie zabrudzony, a wokół tablicy krzątają się maszyny budowlane. Może w ten sposób poleca się łopatologię. 

I tylko do starego żorskiego sloganu „miasto monitorowane” nie sposób mieć zastrzeżeń. Nikt nie czuje się nim jednak szczególnie zachęcony, nawet jeśli weń uwierzy i wydłuży czas obecności w mieście zmniejszając prędkość do wynikającej ze znaków (reputacja żorskiej drogówki jest znana).