O janosikowym słów kilka

Jednym z dyżurnych tematów sezonu (może już poprzedniego, nie chcę marnować czasu na przypominanie sobie) są jęki i lamenty nad tym, jak to województwo mazowieckie jest niszczone czy też zarzynane przez tzw. janosikowe – czyli mechanizm wyrównywania różnic dochodowych między samorządami, polegający najogólniej na tym, że bogatsi oddają do wspólnej kasy pewną sumę, a potem zebrane środki dzieli się między biednych. 

Ta notka będzie mocno skrótowa i zupełnie nie będzie się zajmowała kwestią „czy janosikowe jest skonstruowane prawidłowo a jeśli nie to dlaczego”, w tej sprawie wypowiadał się już nawet Trybunał Konstytucyjny. Ograniczę się natomiast do jednej dość prostej kwestii, a mianowicie czy tak naprawdę „janosikowe” może być takie rujnujące? W tym zakresie pozwolę sobie sięgnąć do danych podstawowych. Kwota 661 mln zł, jaką województwo mazowieckie ma zapłacić w 2013 na rzecz uboższych województw, wygląda istotnie przytłaczająco – dopóki jednak nie zestawi się jej z innymi liczbami. Otóż planowane dochody tegoż województwa na rok 2013 z samego tylko udziału w podatkach dochodowych wynoszą ni mniej ni więcej, tylko 1724 mln zł (w roku 2012 województwo faktycznie uzyskało z tego tytułu 1566 mln zł). Dla porównania, drugie największe województwo w kraju (śląskie, 4,6 mln mieszkańców wobec 5,2 mln w mazowieckim) ma na ten rok zaplanowane dochody z tytułu udziału w podatkach na kwotę… 582 mln zł (a więc prawie trzykrotnie mniej oraz mniej, niż Mazowsze ma oddać do wspólnej kasy).

Pojawia się w tym kontekście wątek „bo wpływy są niższe niż zakładane”. Znów analizując publicznie dostępne dokumenty widzimy, że województwo śląskie (znajdujące się w takiej sobie kondycji) uzyskało z podatków dochodowych w pierwszej połowie roku 257 mln zł (44% całości), w tym 62 mln z tytułu PIT (48%) i 185 mln z tytułu CIT (43%). W tym samym czasie mazowieckie zgarnęło 657 mln zł (38%), w tym 99 mln z tytułu PIT oraz 590 mln z tytułu CIT 33%). Ze szczegółowej rozpiski wynika, że nie potrafią się doliczć zaplanowanych 315 mln zł, w tym 51 mln zł od bieżących dochodów firm oraz aż 264 mln zł z tytułu rozliczeń lat ubiegłych. Przeliczenie wskazuje przy tym, że realizacja dochodów z tytułu bieżących podatków jest na mniej więcej takim samym poziomie, jak w województwie śląskim, może nawet ciut wyższym… 

Jak widać: na biednego nie trafiło. Drogie Mazowsze, to nie janosikowe Cię zarzyna, prędzej się udławiłoś górą dochodów – ewentualnie ktoś tam popełnił katastrofalny błąd w planowaniu. Nie wiem co dokładnie spapraliście, ale uderzcie się raz a porządnie we własne piersi – i zrewidujcie budżety na przyszłość, zamiast planować gigantyczne deficyty (44 mln zł w roku 2013). W końcu w 2012 roku dostaliście z podatków mniej, niż w 2011, a mimo to zaplanowaliście wzrost…

Murzyn jest piękny, czyli o rasistowskim asfalcie

Znów przy sobocie sięgam po gazetę (stąd nie będzie linka, bo na Wyborczej w części płatnej). Znajduję tekst „Uwiera mnie Murzynek Bambo”, rozmowę z doktorantką filologii polskiej „badającą rasizm w języku polskim”. Oczywiście – zgodnie z tytułem pojawiają się nawiązania do nieśmiertelnego wiersza Tuwima, ale też mamy Sienkiewicza, dziecięce rymowanki, piosenki, analizę potocznych sformułowań…

Czytam to i jednak oczy przecieram. Nie, nie dlatego, żeby odkryto przede mną mroczne tajniki polszczyzny, raczej zadziwia mnie klucz interpretacyjny. Badaczka stosuje de facto domniemanie rasizmu, zupełnie pomijając aspekt pozarasowy – taki jak chociażby szczególny kontrast, odmienność afrykańskich realiów w stosunku do wszystkiego tego, co znamy. Autorkę razi np. kiedy w przedszkolnej rymowance „Murzynek gada filimiliha, ha, ha”, albo ćwiczenie dykcyjne „mówił Murzyn do Murzyna: Kwa-Gwa, Kwe-Gwe, Kwi-Gwi, Kwo”. Kiedy mówimy o niezrozumiale brzmiącej mowie, odnosimy się do suahili – lub chińszczyzny (czyżby był to przejaw rasizmu względem Chińczyków), oczywiście moglibyśmy szukać bliżej równie niezrozumiałych fińskiego czy węgierskiego, ale ich odmienność jest mniej oczywista (bo nie są z tak odległej krainy). Porównajmy zresztą poniższe frazy:
Baba yetu uliye mbinguni
Mi atyánk aki a mennyekben
Bapa kami yang seni di syurga
Ang aming ama na sining sa langit*
Wydają się jakże obce, jakże dziwne dla naszego oka i ucha. Czy ktoś próbujący oddać inność ma więc próbować używać dźwięków mniej dziwnych tylko dlatego, żeby nie wyjść na rasistę, zwłaszcza w tekstach pisanych w konwencji prostoty lub kiedy odmienność jest uzasadnieniem sytuacyjnym dla wprowadzenia dziwnych dźwięków?

Albo przywołany w tytule „asfalt”. Tak, znam takie określenie w kontekście czarnej rasy, od wielu już lat, ale przyznam szczerze: kiedy po raz pierwszy je usłyszałem, kompletnie nie rozumiałem, co mój rozmówca ma na myśli – bo zupełnie mi się z ludźmi nie kojarzyło. O mówieniu na Murzynów „razowiec”, „opona” czy „winyl” dowiedziałem się dopiero z tego tekstu, cóż, jak ktoś się chce wysilić na oryginalność, to każdego słowa można użyć w sposób nieprzyjemny. Użyty przez dziennikarkę przykład „ciemno jak u Murzyna w dupie” występuje również w formach „ciemno jak w dupie” czy „ciemno jak u Murzyna w dupie po czarnej kawie”, a więc pojawienie się w nim Murzyna nie ma charakteru poniżającego, tylko jest naturalnym skojarzeniem z ciemnością.

No i nieśmiertelne słowo „Murzyn”. Badaczka tłumaczy jego negatywny odbiór (w jej uszach) skojarzeniami z „murzynem”, czyli wyrobnikiem, wyzyskiwanym (nie pada, o dziwo, słowo „niewolnikiem”, choć to oczywista geneza tego akurat znaczenia); pojawia się też argument , że w staropolszczyźnie „murzyć” oznaczało „brudzić”, „czernić”. Badaczka wolałaby słowo „ciemnoskóry”, które jednak ma zupełnie inny zakres znaczeniowy. Ciemnoskórym można nazwać zarówno mieszkańca „Czarnej Afryki”, jak i sporą część jej mieszkańców pochodzenia berberyjsko-arabskiego, jak również mieszkańców Indii, wyspiarzy z Oceanu Spokojnego, Aborygenów i dużą część Indian (oraz potomków Indian) – a nawet i sporo „rdzennych” Europejczyków z Południa, warunki klimatyczne robią swoje. „Murzyn” jest dla mnie opisowy, a nawet – nie ukrywam – ma w sobie pewną dumę w swoim brzmieniu, może dlatego że równie dumnie brzmi dla mnie „Maur” mający być historycznym źródłosłowem.

Rasizm nie tkwi w języku jako takim, rasizm tkwi w głowach. Oczywiście, „czarnuch” nie ma innych konotacji niż obraźliwe, ale to jak kto używa słowa „asfalt”, „Murzyn”, „węgiel”, zależy wyłącznie od niego. Interesującym może być fakt, że badaczka jest córką Nigeryjczyka i Polki, pewien czas mieszkała w Nigerii, chodziła tam do szkoły i… bardzo jej się to nie podobało, „nie chciała żeby jej dotykały czarne ręce”. Z takim bagażem trudno jest czytać Tuwima jak opowieść oswajającą z odmiennością, kiedy widzi się tylko Rydzykowe grepsy o niemyciu (pamiętajmy, że w Afryce występuje dokładnie odwrotne niż u nas postrzeganie czerni i bieli, biel jest kolorem złego, a czerń – dobrego).

Przypomina mi się – to już właściwie anegdotycznie – bohater „Króla Szczurów” Clavella, żyjący w kompleksie usłyszanej za młodu frazy, że „biała biedota śmierdzi jeszcze gorzej niż czarna”. Każda dyskryminacja zaczyna się w głowie.

*te frazy to tłumaczenia przy po mocy Google Translate słów „ojcze nasz któryś jest w niebie” na filipiński, malajski, suahili i węgierski (kolejność alfabetyczna, nie tłumaczeń)

PS Nieoczekiwaną puentę do notki dopisał prof. Antoni Sułek, który w następny weekend skontrował omawiany tekst w Wyborczej, analizując tekst „Murzynka Bambo” i kończąc analizę pytaniem „Czy można ułożyć być bardziej antyrasistowski wierszyk?” [27.10.2013]

Mądrości Korwina

W zamierzchłych czasach, kiedy Janusz Korwin-Mikke przede wszystkim grał w brydża, pisał podręczniki brydża oraz książki o grze w brydża* (pewnie nawet nie sądził wtedy, że kiedykolwiek będzie mu dane czynnie uczestniczyć w polityce, zasiadać w parlamencie i kandydować na wszelkie możliwe stanowiska w wyborach), w jednej z książek brydżowych opisał kilka możliwych złych schematów zachowania w parze po przegranym rozdaniu. Jeden z nich wyglądał następująco:

Partner 1 (dziadek):  – (milczy pogardliwie)
Partner 2 (rozgrywający): – (wie co sobie myśli partner na temat jego gry)
Morale pary: (gwałtownie się pogarsza)

Przykro mi, ale po meczu na Wembley tak sobie milczę pogardliwie, nie mam siły ni ochoty nawet na jakąś zjadliwość. 

*dla porządku należy dodać, że nie zawsze pisał sam

Notka jest kopią notki z bloga w serwisie śląsk.sport.pl 

Odnaleźć rzekę

Mam wrażenie, że to pieśń straszliwie niedoceniana. Pochodzi wprawdzie z Najpiękniejszej Płyty Świata, lecz jest na niej schowana na samym końcu, że nie każdy do niej w pełni dotrze, bo odpłynie wcześniej w zachwycie. Sam też ją traktuję na swój sposób po macoszemu, słucham jej najczęściej jako afterki do Najpiękniejszej Piosenki Świata (na płycie umieszczone są właśnie w tej kolejności), służy mi jako ten swoisty papieros „po”.

A przecież ta pieśń to samo piękno i dobro. Sprawia wrażenie, jakby została napisana specjalnie pod koncerty Unplugged zanim te stały się modne, gitara brzmi w niej tak, że słychać każde draśnięcie kostką o strunę. Fortepian* wybrzmiewa każdy dźwięk w sposób idealnie pasujący, siły dodają bezsłowne chóry (nawet jeśli to właściwie mruczando Millsa i Berry’ego), a całość wieńczy harmonijka. I tekst tak dobrany, że słowa brzmią jakby były nutami, posłuchajcie sami:

I have got to find the river,
Bergamot and vetiver
Run through my head and fall away…

Nic, tylko odnaleźć rzekę i płynąć nią aż do oceanu. Kapitan Michael Stipe na łajbie R.E.M, oczywiście. 

Migawki watykańskie

Na jednym ze straganów w uliczkach wokół Watykanu widzę damskie torby (albo może: torebki wielkoformatowe, nie znam się) z wielkim (format A4 co najmniej) zdjęciem Papa Francesco. Nie spoglądam nawet na cenę (nie znam nikogo, komu chciałbym rzecz taką kupić, czy to w charakterze pamiątki, gadżetu czy jakimkolwiek innym), ale kiedy już ten stragan minąłem, zaczyna mnie dręczyć myśl: skoro Franciszek jest zwolennikiem ubóstwa, to cena tej torby powinna być niska. Ale nie wróciłem sprawdzić.

Idziemy wzdłuż Murów Watykanu. Jeden, drugi, trzeci zakręt… i jeden element pozostaje niezmienny: długa kolejka ludzi czekających na wejście do Muzeów Watykańskich, od ulicy Leona IV miejsce dla nich wyznaczają specjalne barierki. Wokół nich kręcą się oczywiście liczni łowcy okazji, jedni sprzedają butelki zimnej wody („łan euro” za półlitrową), inni proponują minięcie kolejki poprzez wykupienie wejścia z przewodnikiem (dla wchodzących grupami jest osobne wejście). Mijamy wyniośle i jednych, i drugich, dziękując sobie w duchu za przezorność, że swoje wejście zarezerwowaliśmy przez Internet parę tygodni wcześniej (choć nie ma róży bez kolców, bo gdybyśmy nie zdążyli, to pieniędzy nie zwracają). 

Do wejścia do Bazyliki też kolejka, wyjątkowo nie po bilety, tylko do kontroli bezpieczeństwa. Siedzę przy fontannie i patrzę jak się przesuwa, mimo że długa, to biegnie sprawnie. Upalny, słoneczny lipcowy dzień, masa ludzi kupuje kolorowe parasolki, dzięki nim łatwiej jest zarejestrować kto się o ile przesunął, w sumie nie więcej niż na 15-20 minut czekania. 

Saper na łące

Jakiś czas temu opowiadałem, jak to wróciłem to jednej z najstarszych gier windowsowych, czyli Sapera. Używam nadal, wciąż z tą samą motywacją (czyli trening umysłu plus prokrastynacja), ale ostatnio wprowadziłem do rozgrywki odmianę – gram mianowicie jednym palcem (znajomi z fejsa już wiedzą o co chodzi), a właściwie jednym przyciskiem.

Zasadniczo w Saperze lewym przyciskiem myszy odsłania się poszczególne miejsca, a prawym zaznacza się pola, na których rozpoznano obecność miny (taką chorągiewkę się stawia). Z lewego przycisku zasadniczo zrezygnować się nie da, natomiast z prawego… Gram, notując jedynie w pamięci miejsca w których były miny, czasem przypominając sobie od początku. Dodatkowym utrudnieniem jest wtedy, że też samemu trzeba zliczać, ile tych min już zostało zidentyfikowanych – niejeden raz od tego zależy trudna końcówka w grze, bo inny będzie rozkład jeżeli na określonej przestrzeni muszą się zmieścić trzy miny, a inny jeśli tylko dwie (czasem, oczywiście, nie pomaga nic poza rzutem monetą). 

Wbrew pozorom przy odrobinie treningu wcale gra nie musi trwać wiele dłużej, choć wyobraźnię należy wysilić bardziej. Ale za to ten końcowy efekt kwitnącej łąki (przynajmniej moja wersja Sapera pokazuje kwiatek w miejscu każdej nieodsłoniętej miny) jest nie do pogardzenia.

saper wącha kwiatki na łące Windows

Roma

Skręciwszy z najbardziej utartych rzymskich tras, mijamy Ara Pacis Augustae i zatrzymujemy się przy nowoczesnej, bielutkiej fontannie. Właściwie to rodzaj baseniku z płyt kamiennych, w którego dnie osadzono szereg rur tryskających (z tych szerszych). Niski brzeg z jednej strony wprost zachęca do tego, żeby coś w tej fontannie zamoczyć, najlepiej jak najwięcej (temperatura zbliża się do czterdziestki i ani jej w głowie, że to za dużo), ale tuż z boku widać tabliczkę, że do fontanny ze względów bezpieczeństwa wchodzić zakazano, w końcu można sobie rozbić głowę, utopić się albo co jeszcze. Carabiniere żadnego w okolicy nie widać, ale towarzystwo przy fontannie karne, siedzi tylko na tym niskim brzegu i majta nogami w wodzie (jak nie stoi, to nie weszło).

Obserwuję sobie tak z boku (rozglądając się zarazem za jednym z niemal wszechobecnych rzymskich kraników, bo takiej wody z fontanny to strach by się było napić, a nawet twarz przetrzeć). W pewnej chwili do fontanny podchodzi elegancka kobieta (pewnie Włoszka, ale skąd to w Rzymie można wiedzieć), zastanawiam się w myślach, kogo za chwilę spod tej fontanny wyciągnie i zabierze do domu. A ona tymczasem zdejmuje buty na korkowym koturnie, podwija obcisłe czarne spodnie i z niezmiernie zadowoloną miną moczy nogi w wodzie.

Lato. Upał. Rzym. 

Ucieczka z Klubu Kokosa

– Kim chciałbyś zostać w życiu?
– Rezerwowym w profesjonalnej drużynie. Mało roboty, a kasa leci…

W zeszłym sezonie najwybitniejszym przedstawicielem takiej postawy (niekoniecznie ze szczerej wiary w jej wyższość na innymi) był zdobywca Złotej Piłki, Brazylijczyk Kaka. Teoretycznie wystąpił wtedy dla Realu w 27 spotkaniach, ale nie był zawodnikiem pierwszego składu, pobierając za gotowość do wejścia z ławki dziewięć milionów euro (po opodatkowaniu). Mógł tak jeszcze przez dwa lata, ale ostatecznie miesiąc temu zgodził się wreszcie na odejście do Milanu (być może dlatego, że Real zgodził się go oddać za darmo).

W Polsce ucieleśnieniem tej zasady był tzw. Klub Kokosa, jaki „powstał” w warszawskiej „Polonii” w roku 2010 za sprawą niejakiego Kokosińskiego, który ani nie grał, ani nie trenował, jedynie wykonywał bezsensowne ćwiczenia i pobierał w zamian całkiem przyjemną pensję. W ten sposób przetrwał około dwóch lat aż do końca kontraktu, nie zgadzając się ani na obniżenie pensji, ani na rozwiązanie umowy bez odszkodowania. Kiedy zakończył kontrakt, wydawało się, że funkcję prezesa Klubu przejmie niejaki Paweł Strąk, który dwa lata nie powąchał ekstraklasowej murawy w Górniku Zabrze, jednak poddał się w końcu perswazji i odszedł do Zawiszy Bydgoszcz (żeby awansować z nią do ekstraklasy).

Zapewne ktoś uważnie śledząc zmagania w poszczególnych ligach potrafiłby podobnych zawodników wymienić znacznie więcej. W najbliższym naszym otoczeniu niehonorową funkcję szefa Klubu pełni obecnie zawodnik Ruchu Chorzów, niegdysiejszy reprezentant Andrzej Niedzielan. Cóż… kiedy rok temu napisałem o Strąku, odszedł po tygodniu, może teraz też znajdzie mu się jakaś oferta? 

Notka jest kopią notki ze śląsk.sport.pl 

Staruszek działający z coraz większym opóźnieniem (i jego uczeń)

SUFLER
(staruszek pracujący z coraz większym opóźnieniem)
„..znowu rzucamy jak z rękawa perłę przed wieprza..”
(całkowicie zasypia z objawami całkowitej sklerozy)

Jestem z natury dość cierpliwy i mam zawsze dużą dozę wyrozumiałości dla ludzi komentujących transmisje sportowe, bo zdaję sobie sprawę, że oni jednocześnie starają się mówić sensownie, orientować się w całokształcie tego co widać i być może tego co nie widać, i jednocześnie udzielają się im emocje takie same jak nam (opanowanie tych emocji może być najtrudniejsze). Z tego powodu zwykle z dużą wyrozumiałością podchodzę do wpadek językowych (choć radośnie się z nich śmieję) i mam spory margines tolerancji na nieporadności merytoryczne. 

Dotyczy to także (a może zwłaszcza) komentatorów polsatowych transmisji F1 (wykpiwanych niemiłosiernie) z nieśmiertelnym Andrzejem Borowczykiem („jak myślisz Maurycy, czy urocza partnerka sympatycznego kierowcy X…”), którego w tym sezonie wspiera Grzegorz Jędrzejewski, specjalista od wyścigów motocyklowych. Widzą co widzą (ewidentnie korzystają – oprócz przekazu telewizyjnego – z live-timingu i także z nieco szerszego podglądu komunikacji radiowej zespołów), niestety albo nie dostrzegając dużej części tego co się dzieje, albo nie potrafiąc zrozumieć tego co widzą. Dziś niestety (dla nich) nie wytrzymałem już podczas GP Korei. Już pal licho, że nie wyłapują podawanej dyskretnie (acz widocznie) informacji, że poza bieżącym obrazem ktoś kogoś wyprzedził, gorzej, że nie widzą kto zdążył zjechać na zmianę opon (co oczywiście chwilowo zmienia kolejność na torze), nie pamiętają co wynika ze strategii wyścigowych (przez co nie są w stanie zrozumieć, dlaczego w danym momencie ktoś bije rekord okrążenia albo z łatwością wyprzedza innego). Szczytem dla mnie było jednak, kiedy po defekcie opony Pereza dywagowali przez pół okrążenia, kiedy na tor wyjedzie samochód bezpieczeństwa – a sygnał o jego wypuszczeniu pojawił się dosłownie po kilku sekundach od momentu, gdy nad torem na szybkiej prostej pofrunął wielki pas gumy i fragment skrzydła; komentator o refleksie niczym sufler z Gałczyńskiego*, cóż, na dodatek jeszcze dziecku mi w głowie namąci…

A ileż smaczków mieliśmy dziś w wyścigu! Zimne ognie spod przedniego skrzydła Rosberga, kiedy poluzowało się jego mocowanie. Płonący bolid Webbera, którego obsługa nie potrafiła ugasić, że aż wysłali na tor samochód strażacki (co gorsza bez uzgodnienia z dyrekcją wyścigu). Fenomenalna walka o czwarte miejsce, z której zwycięsko wyszedł Hulkenberg (jakże żałowałem, że Vettel nie skończył z defektem, raz że dałoby to Sauberowi podium, dwa że wlałoby odrobinę emocji do umierającej rywalizacji o tytuły). Inżynier informujący Webbera, że na ostatni stint założyli mu mniej wytrzymałe opony supermiękkie „bo zabrakło pośrednich”. Gorący pojedynek koło w koło, skrzydło w skrzydło, w wykonaniu czterech Latynosów jednocześnie (Maldonado, Gutierrez, Massa, Perez). I jakże znamienny komunikat motywacyjny, pokazujący bieżące relacje w Lotusie: „Romain, you are faster than Kimi”, cóż, Kimiemu nawet nie śmieli tego zasugerować, w końcu odpowiedziałby w najlepszym przypadku „nie rozumiem co do mnie mówisz”.

*Metempsychoza z Najmniejszego Teatru Świata

Jak u Turka

Bycie pasażerem w samochodzie ma tę dobrą stronę, że pozwala na swobodne przyglądanie się światu poza asfaltem, i można wtedy zobaczyć wiele ładnych, miłych i ciekawych rzeczy. Na przykład można zobaczyć tablicę reklamową z napisem:

KEBAB
Serwis kół
Myjnia 

Podobnie jak w tym przypadku, chyba bałbym się pojechać coś zjeść w tym… zakładzie.