Klikając luźno newsy na portalu, natrafiłem na nagłówek głoszący „Kiedy tak naprawdę umarł Janusz Korczak? Walczymy o prawdę”. Kliknąłem, a co. Rzecz była o procesie, który wytoczyła Fundacja niejakiego Lipszyca (Jarosława), walczącego o „uwalnianie” dzieł kultury, tak aby można było z nich korzystać nie lękając się o naruszenie czyichś praw autorskich. W konkretnej sprawie chodziło o to, że jakkolwiek Stary Doktor pojechał z dziećmi do Treblinki w sierpniu 1942 roku (i wiadomo, że został tam na zawsze), to formalnie data jego śmierci ustalona jest na 9 maja 1946 roku (a co za tym idzie, 70-letni termin na wygaśnięcie praw autorskich jeszcze nie upłynął).
Rzecz się wydaje na pozór absurdalna, ale jest wyłącznie pokłosiem trzymania się ustalonych reguł porządkujących. W przypadku Korczaka nie wiemy dokładnie, w którym dniu zginął, przez co nie możemy ustalić dziennej daty jego śmierci. Zarówno przepisy obowiązujące dziś, jak i wszelkie obowiązujące po wojnie nakazują przyjąć w takiej sytuacji fikcję prawną, w myśl której śmierć nastąpiła po upływie określonego terminu. I tak obecny kodeks cywilny wskazuje, że:
Jako chwilę domniemanej śmierci zaginionego oznacza się chwilę, która według okoliczności jest najbardziej prawdopodobna,a w braku wszelkich danych – pierwszy dzień terminu, z którego upływem uznanie za zmarłego stało się możliwe. (art. 31 par. 2)
Zgodnie zaś z art. XXXII przepisów wprowadzających kodeks cywilny bieg terminów do uznania za zmarłego osób zaginionych w II Wojnie Światowej rozpoczyna się 9 maja 1945 roku (sam zaś termin trwa 1 rok). Tym samym, jeśli nie można ustalić najbardziej prawdopodobnej daty śmierci (a jest niepewność co do dokładnej daty dziennej), musimy przyjąć ją jako rok po 9 maja 1945…
Osoby bez wykształcenia prawniczego mogą sobie w tym miejscu zadać pytanie, czy dziś coś podobnego byłoby możliwe. Wyobraźmy więc sobie, że Korczak wojnę przeżył i znalazł się na pokładzie któregoś z samolotów, które na przestrzeni ostatniego roku były przedmiotem powszechnego zainteresowania. Boeing MH370 zaginął nad Azją Południowo-Wschodnią w marcu, po dziś dzień nie wiadomo gdzie dokładnie spoczął i co się stało z jego pasażerami (oczywiście wszyscy w zasadzie zakładają, że ci pasażerowie nie żyją, ale…). Formalnie nawet nie można stwierdzić, że katastrofa miała miejsce (choć dziś akurat rząd Malezji oficjalnie ogłosił, że uznaje zaginięcie samolotu za wypadek), więc zapewne konieczne byłoby zastosowanie przepisu art. 30 par. 2 k.c., w myśl którego:
Jeżeli nie można stwierdzić katastrofy statku lub okrętu, bieg terminu sześciomiesięcznego rozpoczyna się z upływem roku od dnia, w którym statek lub okręt miał przybyć do portu przeznaczenia (..)
nawet jeżeli w zasadzie można mieć pewność, że samolot nie mógł pozostać w powietrzu dłużej niż przez kilka godzin tego feralnego marca 2014 roku. W konsekwencji za datę śmierci należałoby uznać… 8 marca 2015 roku. Gdyby zaś Korczak leciał w grudniu Airbusem QZ8501, to zapewne dziś można byłoby przyjąć datę śmierci na domniemaną datę katastrofy, akurat w tym przypadku da się ją określić – ale póki by nie znaleziono ciała, to nie można byłoby ustalić, że śmierć miała miejsce, co najmniej przez pół roku od daty katastrofy…
I nie ma co psioczyć na głupie polskie przepisy, w porządkach prawnych innych krajów są podobne.