Wyzwanie 52 książek

Na przełomie roku na Facebooku szalały rozmaite zabawy na temat tego, co się będzie działo w nadchodzącym (czyli obecnym) roku 2015. Między innymi pojawiały się wyzwania czytelnicze w stylu „w roku 2015 przeczytaj po jednej książce spełniającej określony warunek”, w tym zakresie wystarczająco podsumowały to Kawa z Cynamonem (nie jestem pewien która jest Kawą a która Cynamonem, ale nie jest to najistotniejsze).

Niesiony chwilą, zdecydowałem się – podjąłem wyzwanie „w roku 2015 przeczytam 52 książki” (czyli jedną tygodniowo i zostanie jeden dzień wolny), nawet postanowiłem oficjalnie dołączyć do tzw. wydarzenia. Sam sobie określiłem przy tym zasady, żadnych fikuśnych że na każdą literę alfabetu, za to:
– liczą się książki skończone w roku 2015, choćbym zaczął je czytać wcześniej (nie napiszę że w 2014, nawet jeśli nie dogrzebię się żadnej leżącej dłużej)
– liczą się zarówno książki tradycyjne, w formie papierowej, jak i e-booki i podobne – tak długo jak z ich treścią wyrażoną literami zapoznaję się oczami, odpadają więc audiobooki (o videobookach jeszcze nie słyszałem, a ekranizacje to jednak nie książki), których… i tak nie używam
– nie liczą się książki które przeczytałem już kiedyś wcześniej,
– …nie pamiętam czy jest więcej, najwyżej dopiszę (w końcu to moje zasady)..

Na razie jestem ponad planem, ale rok jest długi. Planuję raporty kwartalne.

(podjąłem też wyzwanie „w roku 2015 nie przebiegnę żadnego maratonu”, ale nie przewiduję określania zasad i raportowania)

 

Królestwo za zwierciadło

Nie, nie naoglądałem się serialu baśniowego (choć leci). Ani nie mam problemu z ogoleniem się czy zawiązaniem krawata. Patrzę natomiast tęsknie – choć to może nienajlepsze słowo – na swoje podwórko. 

Mamy wciąż porę zimową, śnieg sypał całkiem niedawno, nikt go z podwórka nie poodgarniał (było się na feriach). Teraz w dzień słoneczko z nieba praży (prawie że, słupek termometru stoi około dziesięciu stopni powyżej zera, z plusem lub minusem w zależności od umiejscowienia), w nocy zaś chwyta mróz. No i w podwórku lód stoi, zwłaszcza tam, gdzie w dzień się robi kałuża, a słońce nie sięga.

W Norwegii wymyślili doświetlanie (i docieplanie) dolin górskich przy pomocy odpowiednio ustawionych wielkich zwierciadeł, łapiących i przekazujących promienie słońca. Umieściłbym takie lustra na dachu sąsiada, może by ten lód się szybko stopił.

Fakt, że w serialu akurat mierzą się z Królową Śniegu, jest zupełnie przypadkowy.

250

W dobie 200-metrowych lotów Norwegowie mieli wielu wybitnych zawodników, rekordami świata wymieniali się Bredesen, Ottesen, Ingebrigtsen, Romoeren i Evensen. Dziś wszyscy liczyli zwłaszcza na Fannemela, któremu tak niewiele już wczoraj zabrakło, niestety nie powiało mu wystarczająco.

Przez ponad ćwierć wieku wszystkie rekordy w długości lotu ustanawiane były w Planicy (Felder w Kulm tylko wyrównywał), w tym także ten jakże nam miły, pobity dopiero stylem V, 194-metrowy rekord Fijasa. Sytuacja zmieniła się, kiedy Norwegowie przebudowali skocznię w Vikersund, osiągając punkt konstrukcyjny i rozmiar skoczni o 10 metrów dalszy, Słoweńcy natychmiast ruszyli z przebudową, zrównując się rozmiarami.

Słoweńcy, czy to za czasów Jugosławii, czy własnej państwowości, miewali wielu dobrych lotników, ale rekordy świata zwykle im uciekały (choć formalnie 141 metrów Szlibara z 1961 roku z Oberstdorfu też było rekordem świata na skoczni „mamuciej”, jak na swoje czasy, dziś nawet na Schattenbergschanze rekord jest odleglejszy). Jestem ciekaw, czy Prevc nie wolałby jednak swojego historycznego wyczynu zachować na domowe śniegi, w końcu granicę 250 metrów zdobywa się tylko raz.

Do oglądania, nie do grania

W zasadzie od wejścia na ekrany ostatniej części Hobbita minęło już tyle czasu, że zdążyła ona (chyba) te ekrany opuścić. Kto widział, ten do przodu, kto nie widział… niech nie czyta alibo cokolwiek. Ja w każdym razie od czasu pierwszej notki widziałem jeszcze raz.

Za drugim razem pamiętałem wszystkie swoje krytyczne spostrzeżenia i obiecałem sobie, że będę patrzył jako dziecko, chłonąc obraz i nie nastawiając się negatywnie. I wiecie co? Odczucia miałem dokładnie takie same, byłem zauroczony i ziewałem w mniej więcej tych samych momentach. I – co dla tej notki najważniejsze – potwierdziłem swoje wrażenie, co jest największą wadą tej nowej trylogii.

Otóż zasadniczym jej problemem jest, że została rozpisana i zrealizowana w sposób maksymalnie podobny do gry komputerowej. Wiele scen, które powodują mniejsze lub większe wzruszenie ramion, sprawia wrażenie gotowych questów do przejścia. W pierwszej części była to choćby ucieczka Radagasta i jego zaprzęgu przed wargami oraz gonitwa z goblinami po kolejnych mostach i schodach. W drugiej – zarówno bitwa hobbitów ze Smaugiem, jak i gonitwy elfów (czytaj: Legolasa) z orkami, oraz cała zupełnie niepotrzebna wyprawa czarodziejów do grobu Czarnoksiężnika z Angmaru. W trzeciej do cyrkowych zadań Legolasa (nietoperz, troll, bieg po spadających kamieniach…) dochodzą też popisy Barda (zwłaszcza ten z wózkiem) i Daina, oraz oczywiście wielkie Walki z Bossami – najpierw Bolgiem, a potem Azogiem (podnieście rękę, kto w uskokach przed tą kulą na łańcuchu…). Bolało tym bardziej, że poza tymi fragmentami cała Bitwa Pięciu Armii była właściwie bijatyką bez właściwości, niezrównani wojownicy to kładli wokół siebie pokotem, to padali jak muchy pod ciosami pospolitego ruszenia.

Dlatego też, prawdę mówiąc, chociaż filmy o Hobbicie fajne są (choć ten trzeci nie tak fajny jak zwłaszcza poprzedni) to wolę się jednak zastanawiać, jakby to było, gdyby z tego samego materiału przyciąć film bliższy jednak fabułą oryginałowi – zaczynając od wyrzucenia Azoga i Legolasa oraz (niestety) Tauriel i Radagasta.

I tak, pamiętam że była już dawno temu gra na podstawie Hobbita…

Anatomie nouvelle

Anatomia człowieka od paru tysięcy lat wydaje się nie ulegać istotniejszym zmianom (pomijając że może tu grubiej, a tu szczuplej), żaden nowy organ nam nie przybył (sprawdzić czy nie smartfon) ani nie nabył nowej funkcji, nie doszło też chyba do żadnych znaczących zaników. Tymczasem kiedy przyjrzymy się, co z ludzką anatomią robi współczesna mowa…

Klasykiem ostatnich lat była „twarz kremu do odbytu”. Fraza „twarz czegoś tam”, w reklamie oczywiście, jest zresztą już mocno oklepana, zapewne dlatego spotkałem niedawno nie tylko twarz, ale już i „ciało marki bieliźnianej”. Hitem ostatniej kampanii wyborczej było zaś skierowane do Leszka Millera pytanie „czy jest pan męskimi ustami [kandydatki] Magdaleny Ogórek?” I pomyśleć, że w tzw. minionym ustroju śmialiśmy się z innego kierunku ewolucji anatomicznej, a mianowicie z określenia „członek z ramienia na czoło”.

Tutaj na blogu nie będę szczególnie zbierał tego rodzaju zwrotów, gdyż temu właśnie poświęcony jest polecany od dawna na blogrollu blog Chomeland Polishizna. Brezly od czasu do czasu dokonuje tam syntezy rozmaitych potworków językowych w notki zbiorcze, natomiast bieżącym zapisywaniem takowych zajmuje się na Facebookowym fanpage ChP, który polecam równie serdecznie (jest dostępny dla wszystkich, bez konieczności zakładania konta na FB – a przynajmniej tak mi się wydaje).

Droga

Obecny stan jest chyba pokłosiem ostatniego głosowania na Trójkowy Top Wszech Czasów, kiedy przebierałem w rozmaitych utworach jak również obserwowałem i zapewne nieraz podsłuchiwałem rozmaite dyskusje, także pod kątem głosowania w kolejnych przyszłych edycjach. I tak oto wsłuchałem się w jeden utwór, który w tym roku umieściłem na liście rezerwowej (słuchałem go rzadko, bo długi). Wsłuchałem się…

Nie pierwszy to raz, kiedy po wsłuchaniu się zaczynam słuchać kompulsywnie i wyszukiwać coraz to nowe wykonania i wersje. Z pozoru wydaje się, że to hymn na jednego Knopflera, ale to jednak robota zespołowa, każdy dostaje swoją dolę, a bez klawiszy Alana Clarka… to byłoby zupełnie nie to, one prowadzą z Knopflerem pełnoprawny dialog.

Wsłuchałem się też w tekst i nie umiałem się oprzeć myśli, że to rozbudowana, skupiona bardziej na ogóle wersja historyjki opowiadanej w innej mojej ukochanej piosence. Ten sam klimat degradacji otoczenia, wywołujący przygnębienie i chłód w związku, co u Springsteena, choć on śpiewał o mieścinie w Pennsylwanii, a nie o okolicach Detroit – i ta sama magia.

Pora odpłynąć po raz kolejny all the way down the telegraph road, tym razem w wersji studyjnej.

Gdyby Janusz Korczak leciał MH370…

Klikając luźno newsy na portalu, natrafiłem na nagłówek głoszący „Kiedy tak naprawdę umarł Janusz Korczak? Walczymy o prawdę”. Kliknąłem, a co. Rzecz była o procesie, który wytoczyła Fundacja niejakiego Lipszyca (Jarosława), walczącego o „uwalnianie” dzieł kultury, tak aby można było z nich korzystać nie lękając się o naruszenie czyichś praw autorskich. W konkretnej sprawie chodziło o to, że jakkolwiek Stary Doktor pojechał z dziećmi do Treblinki w sierpniu 1942 roku (i wiadomo, że został tam na zawsze), to formalnie data jego śmierci ustalona jest na 9 maja 1946 roku (a co za tym idzie, 70-letni termin na wygaśnięcie praw autorskich jeszcze nie upłynął).

Rzecz się wydaje na pozór absurdalna, ale jest wyłącznie pokłosiem trzymania się ustalonych reguł porządkujących. W przypadku Korczaka nie wiemy dokładnie, w którym dniu zginął, przez co nie możemy ustalić dziennej daty jego śmierci. Zarówno przepisy obowiązujące dziś, jak i wszelkie obowiązujące po wojnie nakazują przyjąć w takiej sytuacji fikcję prawną, w myśl której śmierć nastąpiła po upływie określonego terminu. I tak obecny kodeks cywilny wskazuje, że:

Jako chwilę domniemanej śmierci zaginionego oznacza się chwilę, która według okoliczności jest najbardziej prawdopodobna,a w braku wszelkich danych – pierwszy dzień terminu, z którego upływem uznanie za zmarłego stało się możliwe. (art. 31 par. 2)

Zgodnie zaś z art. XXXII przepisów wprowadzających kodeks cywilny bieg terminów do uznania za zmarłego osób zaginionych w II Wojnie Światowej rozpoczyna się 9 maja 1945 roku (sam zaś termin trwa 1 rok). Tym samym, jeśli nie można ustalić najbardziej prawdopodobnej daty śmierci (a jest niepewność co do dokładnej daty dziennej), musimy przyjąć ją jako rok po 9 maja 1945…

Osoby bez wykształcenia prawniczego mogą sobie w tym miejscu zadać pytanie, czy dziś coś podobnego byłoby możliwe. Wyobraźmy więc sobie, że Korczak wojnę przeżył i znalazł się na pokładzie któregoś z samolotów, które na przestrzeni ostatniego roku były przedmiotem powszechnego zainteresowania. Boeing MH370 zaginął nad Azją Południowo-Wschodnią w marcu, po dziś dzień nie wiadomo gdzie dokładnie spoczął i co się stało z jego pasażerami (oczywiście wszyscy w zasadzie zakładają, że ci pasażerowie nie żyją, ale…). Formalnie nawet nie można stwierdzić, że katastrofa miała miejsce (choć dziś akurat rząd Malezji oficjalnie ogłosił, że uznaje zaginięcie samolotu za wypadek), więc zapewne konieczne byłoby zastosowanie przepisu art. 30 par. 2 k.c., w myśl którego:
Jeżeli nie można stwierdzić katastrofy statku lub okrętu, bieg terminu sześciomiesięcznego rozpoczyna się z upływem roku od dnia, w którym statek lub okręt miał przybyć do portu przeznaczenia (..) 
nawet jeżeli w zasadzie można mieć pewność, że samolot nie mógł pozostać w powietrzu dłużej niż przez kilka godzin tego feralnego marca 2014 roku. W konsekwencji za datę śmierci należałoby uznać… 8 marca 2015 roku. Gdyby zaś Korczak leciał w grudniu Airbusem QZ8501, to zapewne dziś można byłoby przyjąć datę śmierci na domniemaną datę katastrofy, akurat w tym przypadku da się ją określić – ale póki by nie znaleziono ciała, to nie można byłoby ustalić, że śmierć miała miejsce, co najmniej przez pół roku od daty katastrofy…

I nie ma co psioczyć na głupie polskie przepisy, w porządkach prawnych innych krajów są podobne.

Świsnęło

Sezon 2014 w Formule 1 minął jak sen złoty, patrzymy już na 2015, przerwa zimowa dobiega końca. Wkrótce pierwsze przedsezonowe testy, rozpoczynają się pierwsze prezentacje tego co nas czeka w nowym sezonie, mniej lub bardziej odpowiadające rzeczywistości, jeszcze więcej jest plotek, spekulacji, przecieków i zapowiedzi.

Dziś właśnie ogłoszono nazwę nowego bolidu Ferrari, którego prezentacja ma być dokonana w piątek 30 stycznia. Zeszłoroczny, średnio udany model nosił nazwę F14T, co złośliwcy natychmiast odczytali jako „Fiat” – i faktycznie, bliżej temu pojazdowi było do popularnego fiata niż do pełnokrwistej maszyny wyścigowej (wyglądem zresztą, niestety, też). W tym roku…

W tym roku wydaje się, że w szerokim świecie nie będą mieli tak łatwo z drwinami z nazwy SF15-T. W szerokim świecie – nie, ale mnie, nie ukrywam, litery i cyfry ułożyły się na podobieństwo rodzimego słowa, za którym podążyło najzupełniej klasyczne, lecz niekoniecznie pochlebne dla samochodu wyścigowego skojarzenie:
Nagle – gwizd!
Nagle – SF15-T!
Para – buch!
Koła – w ruch!
Najpierw powoli jak żółw ociężale
Ruszyła maszyna…

I nawet jeśli się potem będzie:
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.
to w wyścigu może się jednak okazać zbyt wolno.