Wjeżdżam do miasteczka, dobrze sobie znaną drogą. Przede mną, na moim pasie ustawiła się wielka ciężarówka, w skrócie tir (na niemiejscowych numerach rejestracyjnych). Zerkam ostrożnie na przeciwległy pas, czekam aż przejadą ci z naprzeciwka, omijam tira. Jakieś dziesięć minut później wyjeżdżam tą drogą z miasteczka, tir nadal jest na drodze, lecz… tym razem na przeciwnym pasie (czyli znów mi na drodze staje). Wlokąc się się koło za kołem obserwuję, jak tir ostrożnie cofa do nieodległego skrzyżowania, na którym zmylił drogę.
A znów parę dni wcześniej jechałem do innego miasteczka, drogą przez wieś, pole i las. Nie popędzałem auta (bo właśnie sprawdzałem, czy uda mi się pobić rekord zasięgu na baku, co mi się i udało, i nie), co pozwalało przejeżdżać leśne zakręty bez odjęcia, dojechałem do końca lasu. Zobaczyłem przed sobą cysternę, wydawało się że jedzie sprawnie, lecz zaczęła zwalniać, obszar zabudowany, pomyślałem, zwolniłem. Wydało mi się że zwalnia coraz bardziej, zerknąłem w łuku… potem jeszcze raz się wysunąłem zza niej na prostej… i aż mi się wierszyk w głowie zaczął układać.
Jedzie cysterna
przed cysterną tir
przed tirem autobus
przed autobusem dźwig
Lubię takie historyjki składać po trzy na raz (omne trinum perfectum), ale nie będę ściemniał, trzecia mi się szczególnie nie zapamiętała żadna, a zmyślać… mi się nie chce. Już w końcu niejedną taką zanotowałem.





Zajęliśmy miejsce przed Niemcami, przed Rosją, przed Kanadą, przed Chinami. Jak za czasów Wunderteamu. Nawet jeśli Kamila Lićwinko (po prawej) nie wyleciała ponad poziomy, bo wyrównanie rekordu Polski dało jej „tylko” czwarte miejsce (gdyby go pobiła w pierwszej próbie, miałaby złoto, gdyby w drugiej – brąz). 



