Raz, gdy chciałem być szlachetny…

Zostałem uprzejmie poproszony, by zagłosować w jakimś konkursie projektów obywatelskich, sąsiedzkich czy jakoś tak. Prośba była uprzejma, złożona przez osobę budzącą zaufanie, na dodatek towarzyszyła jej zachęta „przez Facebooka to dziecinnie proste”…

Krótka chwila namysłu, decyzja: a co mi szkodzi, jak ładnie proszą (sam może kiedyś poproszę). Klikam w podanego linka, przenosi mnie na stronę konkursu. Gdzieś z boku jest okienko logowania, rejestrować się nie będę (jestem zarejestrowany w zbyt wielu miejscach i szczerze mówiąc zaczyna mnie odrzucać, jeśli mam się gdzieś rejestrować dodatkowo, nawet jeśli nic mnie to nie kosztuje, a korzyść z tego bym mógł mieć), obok faktycznie jest przycisk „zaloguj się przez FB”. Klikam, podejrzliwie oglądam okienko aplikacji, ale nie chce ona zbyt wiele ode mnie i nie deklaruje jakichś nachalnych praktyk, akceptuję i jestem zalogowany. Pora byłaby zagłosować, gdzie jest jakaś formatka głosowania…

I tu robi się problem. Po zalogowaniu się pojawia się bowiem strona zatytułowana „zaakceptuj warunki”, na której są dwa okienka. Jedno to deklaracja, że wyrażam organizatorowi konkursu zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w związku z korzystaniem z serwisu, udziałem w konkursach i wydaniem nagród. Drugie to deklaracja, że wyrażam organizatorowi zgodę na przesyłanie informacji handlowych drogą elektroniczną. Ponieważ nie widzę związku takiej zgody z udziałem w konkursie, postanawiam wyrazić zgodę na pierwsze, ale nie na drugie. I co? I okazuje się, że dopóki nie wyrażę zgody i na jedno i na drugie, to dalej nie pójdę… I tak, nawet jest zaraz zastrzeżenie że w każdej chwili mogę zaprzestania przetwarzania moich danych – ale to oznacza, że muszę dodatkowo zrobić coś, czego mi się zwyczajnie nie chce. 

Przykro mi, ale nie zagłosowałem. Niech się organizator ***** i już, nic na mnie w taki sposób nie wymusi.

Dissowanie Orłosia, czyli o kim jest Spotlight

Furorę robią ostatnio żarty z redaktora Macieja Orłosia, który informując w Teleekspresie o przyznaniu Oscarów określił zwycięski film jako film o „aferze pedofilskiej w Bostonie” (tak czytałem, bo nie oglądam). Aż się roi od innych lakonicznych opisów typu „Obcy – film o negatywnych skutkach zapłodnienia in vitro”. Gdyby ktoś nie czuł powodu żartów, chodzi o brak nawiązania w tym opisie do Kościoła katolickiego – afera dotyczyła wszak księży (zaczynając od bostońskich), ich występków i tuszowania tych występków przez lokalny episkopat.

A o czym jest film? Jestem w o tyle może niezręcznej sytuacji, że go nie widziałem (wiem, kiedyś pisałem o filmie i bez tego, ale tu poważnie), tylko czytałem to, co napisali o nim inni. Odnotowałem między innymi tekst (chyba WO zresztą) skupiający się na tym, jak doniosłe znaczenie dla demokracji mają zespoły dziennikarzy śledczych (bez których nie byłoby odkrycia afery, filmu i Oscara, choć na to ostatnie mieli najmniejszy wpływ). Sięgnąłem więc do źródeł niezależnych. W serwisie IMDB piszą tak:
The true story of how the Boston Globe uncovered the massive scandal of child molestation and cover-up within the local Catholic Archdiocese, shaking the entire Catholic Church to its core
Wikipedia w wersji angielskiej podaje tak:
The film follows The Boston Globe’s „Spotlight” team, the oldest continuously operating newspaper investigative journalist unit in the United States,[6] and its investigation into cases of widespread and systemic child sex abuse in the Boston area by numerous Roman Catholic priests
natomiast w niemieckiej tak
Der Film basiert auf wahren Ereignissen und handelt von einem Team von Journalisten der Tageszeitung The Boston Globe, das den sexuellen Missbrauch in der römisch-katholischen Kirche in Boston aufdeckt 
Mamy więc trzy elementy definiujące: (1) zespół dziennikarski z Bostonu odkrywa i rozpracowuje (2) aferę z molestowaniem dzieci w Bostonie i okolicy (szeroko rozumianej) (3) przez księży katolickich, których czyny były tuszowane przez przełożonych.

Więc o kim jest ten film: o śledczych, o ofiarach czy o sprawcach? Czy to zależy od tego, o kim chcielibyśmy, żeby był?

Redaktor Orłoś przyznał się, że filmu nie widział tak samo jak ja. 

Nie było żołnierzy wyklętych

Niezależnie czy ktoś uważa powojennych konspiratorów i bojowników za bohaterów czy za bandytów, jeden fakt jest w tym wszystkim niezbity: otóż pojęcie jest błędne od zarania.

Żołnierz to przedstawiciel oficjalnych sił zbrojnych państwa. W okresie okupacji siły zbrojne były na Zachodzie i Wschodzie, w kraju natomiast podziemne siły pozostające na rozkazach rządu na uchodźstwie to Armia Krajowa (reszta to różne partyzantki). Armia Krajowa została rozwiązana w dniu 19 stycznia 1945 roku, jej żołnierze – zwolnieni z przysięgi i służby. Później jeszcze był krótkotrwały epizod z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj, stworzoną na rozkaz Andersa, ale wycofanie uznania mocarstw dla rządu londyńskiego uczyniło ją bezcelową już po trzech miesiącach. Od tej pory żadna antykomunistyczna partyzantka nie miała już statusu sił zbrojnych państwa polskiego, i siłą rzeczy jej członkowie nie mogli być uznani za żołnierzy (do „wyklętych” nie mam pretensji).

Wśród tych, którzy się buntowali przeciw nowym porządkom, byli i marzyciele, i ideowi twardogłowcy narodowi czy klasowi, i zagubieni, którzy nie mieli dokąd pójść, i tacy, którzy poza chowaniem się po lesie i zabieraniem żywności chłopom nic właściwie innego nie umieli; niejeden bandyta pokroju Rajsa – „Burego” się wśród nich uchował. Ich oponenci często się od nich nie różnili zbytnio (szczerością intencji, prostotą, brutalnością), choć mieli za plecami cały aparat państwowy. Ani jednych, ani drugich nie można w czambuł potępiać, ani na wyrost chwalić. Zostawiam więc na do widzenia tę grafikę:

dzień wyklętych chwała bohaterom hańba bandytom Razem

Mocne kobiety z wykopem

Dziś będzie rokendrolowo. Kawałków z wykopem jest około mnóstwo, ale nietrudno zauważyć, że dominują w nich mężczyźni, dlatego dziś (choć Dzień Kobiet za tydzień z okładem) zrobimy sobie kącik w którym to ładniejsza z punktu widzenia heteryka płeć będzie dawać czadu.

Zaczniemy od Joan Jett. Spośród wielu kawałków, w których daje czadu, wybieram ten, w którym tak znakomicie prowadzony jest rytm (już niejeden raz zdradzałem się z małą fiksacją na tym punkcie, może powinienem dodać sobie tag”rytm”?) No i tytuł bardzo adekwatny do rokendrolowej notki – I love rock’n’roll.

Janis Joplin nikomu przedstawiać nie trzeba, I presume, zostaje tylko kwestia wyboru utworu. Każdy ma swoje preferencje, ja bardzo lubię czad, który daje w Piece of my heart w towarzystwie Big Brother and the Holding Company (choć kogo obchodzi zespół przy takiej frontwoman, przy Joan Jett też nie dodawałem że gra z Blackhearts). I pomyśleć że to była kiedyś słodka pioseneczka śpiewana przez siostrę Arethy (poszukajcie sobie, Erma jej na imię)…

Można pomyśleć, że preferuję wyłącznie stare… kawałki, co oczywistą nieprawdą jest (muzyka nie ma wieku). Dzisiejszy kącik uzupełni więc kawałek z czasów rozwoju internetu, choć muzyki się wtedy przez sieć nie słuchało (od tego było radio i MTV). Proszę mi się tu nie czepiać, że Meredith Brooks używa słów mocnych, na pewno nie będę cenzurował tytułu: Bitch

I tylko się zastanawiam, na ile do napisania tej notki sprowokowało mnie odświeżenie Modlitwy za Owena Irvinga, i przypomnienie postaci Hester the Molester. 

 

Krótka historia o jakości usług inPost

Historia krótka, bo i po co się rozwodzić.

Pamiętam (i przyjmujemy moją pamięć za dobrą monetę, bo nie będę szukać cytatów), że wtedy, kiedy inPost (pardon: PGP) wlazł w dostarczanie przesyłek sądowych, to buńczucznie się chwalił niskim odsetkiem zasadnych reklamacji. 

Mam przed oczami odpowiedź inPostu na reklamację złożoną w sytuacji, kiedy inpostonosz nie zostawił pierwszego ani drugiego awiza i wpisał na kopertę daty fikcyjnych awizowań – przez co w efekcie przesyłka sądowa wróciła do sądu jako „niepodjęta w terminie”. W odpowiedzi czytamy:

po przeprowadzeniu szczegółowego postępowania wyjaśniającego ustalono co następuje
[tu przytoczenie przepisów ustawy]
ponieważ w zgłoszeniu występuje Pani jako adresatem korespondencji, wobec tego nie jest Pani uprawniona do roszczeń reklamacyjnych

I sprawa załatwiona, problemu niedoręczonej przesyłki nie ma.

Sprawa mnie dotyczyła o tyle, że myślałem, że już mam sprawę zakończoną, a tu się okazało, że jednak nie (sąd przywrócił drugiej stronie termin).

Chyba tylko do końca miesiąca jeszcze inpostonoszą.

Spać jak dziecko

Są takie chwile w życiu żółwia… przepraszam, cytat z Mleczki mi się włączył. Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy przede wszystkim myśli o tym żeby się wyspać. Miewałem tak ostatnio, po paru dniach spędzonych na wyjazdach i wieczorach spędzanych przy laptopie (dla pracy, lecz nie pozbawiając się prokrastynacji).

Są takie kawałki, które się człowieka czepią zupełnie nie wiadomo dlaczego. Ostatnia płyta U2 dorobiła się na początek kąśliwych uwag związanych ze sposobem dystrybucji i to w dużej mierze zaważyło chyba na jej reputacji. A tymczasem są na niej (i nie twierdzę, że ją porządnie odsłuchałem w całości, choć nieraz brzęczy w tle puszczana przez innych domowników) bardzo porządne piosenki, nawet jeśli nie epokowe dzieła, to znacznie lepsze niż średnia w latach ostatnich. 

Są takie momenty, kiedy człowiek nie wierzy w zbiegi okoliczności. Spać mi się chce i Sleep Like a Baby Tonight mnie się trzyma. To gramy, może nie zasnę.

Hale, hale…

Na zewnątrz wieje jak cholera (halny chyba), słoneczko oświeca zszarzałe trawniki, zupełny brak zimowego klimatu. Nasuwają się myśli o wakacjach… Uświadamiam sobie po raz kolejny, że właściwie wciąż mnie jeszcze nie widzieli na bieszczadzkich połoninach, choć po różnych górach się szwendałem, i po różnych halach.

Jeseniky Jesioniki Cesko Czechy

Jeseniky Jesioniki Cesko Czechy Kamzicnik

Jeseniky Jesioniki Cesko Czechy Kamzicnik

To całkiem w sumie niedaleko, nieopodal polskiej granicy. Po polsku: Jesioniki, po czesku: Jeseniky. Zacne tysiąc czterysta nad poziomem morza, w tym fragmencie akurat zachwycające (bo bez żadnego asfaltu w okolicy i bez widoku na paskudną antenę na przereklamowanym Pradziadzie), po prostu hala, trawa, przestrzeń i widoki. Teraz akurat w śniegu i w mgle, ale w górach w zimie to wciąż nie dziwota.

Poezja podpowiedzi Google

Wyszukiwarka Google stara się jak może być inteligentną (tak ją programują). Jednym z przejawów tego jest próba odgadnięcia, czego chce użytkownik, zanim do końca swoją myśl przekaże – można to obserwować w formie tzw. podpowiedzi, które pojawiają się w trakcie wpisywania hasła do wyszukiwarki. Podpowiedzi te dają zaskakujące rezultaty (po części mówią o tym, co ludzie w tę wyszukiwarkę wpisują), i powstał już niemalże gatunek literacki zwany poezją Google. 

Dziś zerknąłem na jeden z takich przykładów opublikowany na Facebooku i dla rozrywki postanowiłem zobaczyć co Google podpowie mnie samemu (tzw. efekt bąbelka). Wyniki były zaskakujące, zanim wpisałem całą – nieskomplikowaną w końcu – frazę „czy w Polsce”. Zapisałem podpowiedzi pojawiające się znak po znaku, od „czy „.

czy naprawdę wierzysz
czy wątróbka jest zdrowa
czy w ciąży można jeść grzyby
czy w pendolino jest wifi
czy w polsce są obowiązkowe opony zimowe
czy w polsce da sie zyc

Pytanie prawno-filozoficzne: kto jest autorem tego wierszyka? Ja, Google, czy ci co wpisywali pytania?

 

Tortury jąder

Aj. To było straszne przeżycie. Wszedłem sobie z głupia frant wczoraj do statystyk bloksowych, zobaczyć co tam ciekawego słychać. Interesuje mnie to bardziej w kategoriach, powiedziałbym, jakościowych niż ilościowych, bo mniejsze znaczenie ma ilość wejść (z której i tak nic mi nie wynika, i która – podejrzewam – jest na różne sposoby zafałszowana, ale mniejsza z tym, bo i tak z tego nic nie wynika), za to ciekawsze jest, skąd czasem ktoś zagląda. Przypomina to różne stare tematy i dyskusje, czasem przypomina o dawno niewidzianych (także: nieodwiedzanych) znajomych, przynajmniej internetowych, czasem pozwala zbłądzić w jakiś interesujący zakątek internetu, a czasem informuje, że jakaś Zapiskowa myśl zdobyła gdzieś popularność (została zalinkowana), zwykle w ten sposób dowiadywałem się, że administracja zrobiła mi kawał i podlinkowała Zapiski.. gdzieś na głównej stronie. Czasem też widzę, czego ludzie szukają w internecie czy na samym tylko Bloksie, w tym miesiącu na samym tylko Bloksie znaleziono mnie po hasłach „księgi wieczyste”, „kurator sądowy”czy „wniosek do komornika”.

No i właśnie. We wczorajszych statystykach jak byk widniało, że ktoś wyszukiwał na Bloksie hasła „tortury jąder” (nawet nie potrafię napisać tej frazy bez pomyłki, bo mi palce drżą). Przeraziłem się: jakim cudem wyszukiwarka u mnie coś takiego znalazła? Aż przeszedłem  do tej wyszukiwarki, wpisałem frazę – i nie było Zapisków.. w wynikach wyszukiwania. Co znalazłem, nie będę za bardzo relacjonował, ale jeden z wyników mnie bardzo zaskoczył, gdyż była to… recenzja filmu Gwiezdne Wojny – Zemsta Sithów, i nie chodziło o jakąś specjalną wersję reżyserską dostępną wyłącznie w trzecim obiegu, zawierającą ściśle tajną scenę 18+, tylko wyszukiwarka odnotowała występowanie obu słów kluczowych, choć w różnych zdaniach. 

Ten ostatni fakt doprowadził mnie w końcu do ustalenia, w jaki sposób komuś innemu wyszukiwarka mogła podpowiedzieć akurat Zapiski.. – oba słowa kluczowe faktycznie występują w jednej niewinnej w zasadzie notce (chyba muszę być w przyszłości ostrożniejszy w poetyce czy co). Ale skoro już można w taki sposób Zapiski.. znaleźć w wyszukiwarce, to właściwie co szkodzi, niech teraz po wieczne czasy różne gugle prowadzą do nich prosto (skoro i tak wynik jest nie na temat). W zasadzie już coś podobnego kiedyś robiłem 😉

Aczkolwiek rozglądam się za jakimś ochraniaczem, na wszelki wypadek.

Był sobie Top

Jak to zwykle bywa, rzeczy mają swój finał. Kolejne wydanie Trójkowego Topu Wszech Czasów oficjalny finał znalazło 1 stycznia przed 22.00 przy dźwiękach gitary Marka Knopflera (tu proszę poudawać zaskoczenie). Śledziłem przez większość dnia, na szczęście noworoczny piątek niczego od człowieka nie wymaga.

W toku audycji odnotowywałem sobie w Excelu, jak tam sobie radzą moi wybrańcy. Można rzec: całkiem nieźle im poszło, w sumie 29 znalazło się w czołowej setce (bo i dziwnym byłoby, gdyby się nie znaleźli). W okolicach dwóch trzecich zorientowałem się – zerknąwszy na notowanie z zeszłego roku – że właściwie niewiele się już zmieni, nawet oficjalnie skomentowałem, że teraz już nie czekamy co będzie tylko kiedy (nawet sobie krzyżyki zrobiłem co powinno być jeszcze i 100% celności miałem). Skład pierwszej dziesiątki nie zmienił się względem ubiegłego roku, a jedynie kolejność… (jedynym miłym zaskoczeniem było, że Bohemian Rhapsody wróciło na podium, Bismillah!)

Znacznie ciekawsze okazało się kilka dni później zagłębienie się w kompletne wyniki (linka teraz nie znajdę, bo mam wielkiego PDFa ściągniętego na dysk). W sumie 8 moich głosów nie wystarczyło na dopchnięcie utworów nawet do czołowego tysiąca (na 1503 sztuki w sumie). Mam taką dziką myśl, żeby w przyszłym roku zagłosować na sporą partię utworów z najniższych pozycji (w ostatniej setce bez trudu coś znajdę), ale jednak zaczekam do momentu, kiedy będzie znany format głosowania.

Bawiło mnie za to spostrzeżenie, że nawet jeśli wybierałem dobrze wykonawcę, to już z utworem bywało gorzej. Doliczyłem się dwunastu pozycji, które mogłem zastąpić innymi kawałkami tego samego wykonawcy, i byłbym w Top100. Cóż… w przypadku Lennona czy The Police było to jak najbardziej zamierzone 😉

Wypada zakończyć jakąś muzyką – puszczę na dobranoc piosenkę, która wśród moich wybrańców wyróżniła się zajęciem najniższej, 1375 pozycji