Loitzl, Schmitt, Małysz

Mistrz świata z Liberca i trzeci zawodnik PŚ.
Wicemistrz świata z Liberca i piąty zawodnik PŚ (innych tytułów nie licząc).
Członek czwartej drużyny z Liberca i w PŚ chyba dwudziesty (innych tytułów również nie licząc).

Cóż ich łączy? Skoczyli dzisiaj po tyle samo w drugiej serii zawodów w Lahti (84 m) i solidarnie zajęli odległe miejsca. Z tym, że Małysz bardziej odległe. Nie, to nie doszukiwanie się pozytywu w występie Małysza, tylko taki żart.

Ekonomia związkowa

Czytam ostatnio w gazecie, jak to związki zawodowe postanowiły wobec kryzysu, ze nie będą forsować podwyższenia płacy minimalnej. Związkowiec nie byłby jednak sobą, gdyby nie wtrącił, że najlepiej by było, jakby płaca minimalna była równa połowie średniej płacy (żeby zmniejszyć rozwarstwienie), bo organizacje międzynarodowe do takiego standardu starają się dążyć.
Z matematyki wynika, że średnia płaca (jak każda średnia) rośnie, kiedy wzrasta wartość poszczególnych pozycji przyjmowanych do liczenia średniej. Ciekawe dlaczego zatem w okresie prosperity związki zawodowe nie starały się o zmniejszenie rozwarstwienia, tylko forsowały podwyżki „jak leci”, byle w mojej grupie zawodowej (zakładzie, branży, jakkolwiek)?

Pytanie, oczywiście, retoryczne..

Słucham w radio, jak ważny lider związkowy (nie wiem z którego związku ani na jakim szczeblu, ale raczej ważny, chyba ze zbrojeniówki) opowiada, że w dobie kryzysu państwo (rząd) ma obowiązek wspierać, zapewniać i dbać o dobro pracowników dotkniętych kryzysem.

Tak się zastanawiam, czy szanowny związkowiec ruszył z kolegami i z prywatnego majątku zorganizował jakiś fundusz pomocowy dla tych poszkodowanych kryzysem (redukcją zamówień rządowych, opcjami, kursem złotego i w każdy inny sposób). Mniemam, że do tego mniej jest chętny, bo przecież lepiej, żeby zrobić to nie z jego pieniędzy, tylko z pieniędzy innych (ładnie kamuflując to słowem „rządowy”). Więc od moich pieniędzy, którymi rząd zarządza, niech się związkowiec odpieprzy, póki nie zaangażuje własnych.

A przy tych wszystkich księżycowo-populistycznych pomysłach związkowych, sami związkowcy potrafią liczyć i wyznają się na ekonomii znakomicie, kiedy chodzi o prowadzenie własnych interesów. Zwłaszcza około górnictwa (ale nie wypada mi o tym pisać)…

Dół

Zajrzałem dzisiaj na chwilę w przerwie na jedno ze swoich ulubionych forów na portalu Gazeta. Widzę nowy wątek założony przez jednego z najwspanialszych forumowiczów, jakiego znam, zatytułowany "Pożegnanie". Myślę sobie – "znowu straszy, że odchodzi z Forum", jako że podobne zapowiedzi parę razy ostatnio składał. Zaglądam więc do wątku i zwala mnie z nóg. To Jego syn zalogował się Jego nickiem, żeby powiadomić, że serce Ojca nie wytrzymało trudów życia.

Ale mam doła (a jeszcze muszę zapieprzać z robotą na jutro).

Żegnaj, Bolku. Po prostu brak mi słów, żeby powiedzieć cokolwiek więcej. 

Konsekwencja

Jedna z ulubionych ostatnio zabaw (bardzo edukacyjna) Juniora polega na rozpoznawaniu pierwszych liter poszczególnych wyrazów. Przy kąpieli Junior zmusza więc Ojca do podsuwania kolejnych słów (najlepiej związanych z kąpielą): gąbka jest na g, kubek jest na k, mydło jest na m, żabka jest na ż, miska jest na m, ośmiorniczka jest na o.. Ojciec, starając się urozmaicić zabawę, w pewnej chwili chce zwrócić uwagę na kolory poszczególnych przedmiotów i (nieco niezdarnie) pyta:
– A jaka jest druga miska? [spodziewając się odpowiedzi „niebieska”].
Ale Junior nie daje się wybić z konwencji i po krótkim namyśle odpowiada:
– Druga miska jest na „2”..

PS. Szkic notki Ojciec pisze asystując Juniorowi przy jedzeniu śniadania i grając zarazem w „o fiatach”. I nagle Junior, zamiast podawać następne modele, rzuca: f jak fiat, f jak fiorino.. Telepata, czy już czyta mi z monitora?:)

Odważ się

 To nowe hasło na wiosnę, pod którym Agora chce przejąć rząd nie tylko dusz, ale i ciał Polaków:) Cóż, nie będę ukrywał, że pamiętam czasy, kiedy ważyłem 10 kg mniej (choć BMI mam jeszcze w granicach normy), i dopinałem kilka par spodni dziś nieużytecznych:) więc tak nieśmiało zerknąłem na program akcji, stawiającej sobie za cel trwałe obniżenie wagi uczestników. Przeczytałem sobie zalecenia dietetyka, z czego należy zrezygnować (cukier, sól, alkohol, tłuste, smażone etc.), i naszła mnie smutna refleksja: właściwie to zadaniem uczestnika akcji jest przyzwyczaić samego siebie do jedzenia przede wszystkim jedzenia mniej smacznego. I tu przypomniał mi się cytat z jednego z moich ulubionych pisarzy:
Prowadziła świetnie zorganizowany, czysty i wygodny dom, i przygotowywała posiłki wprawdzie pożywne, lecz niesmaczne. (..) Pewnie właśnie z powodu tego pożywienia o nijakim smaku cała trójka – pan Pritchard, Mildred i ona sama – nigdy nie tyli. Takie jedzenie nie mogło wzbudzać apetytu.”
(John Steinbeck, „Autobus do San Juan”)
 

Mój prywatny diabełek natychmiast podsuwa stary dowcip:
– Panie doktorze, a jak przestanę pić, palić i zadawać się z kobietami, to czy będę dobrze żyć?
– A po co?

Cóż, nie chcę nikogo zniechęcać do pozbycia się paru kilogramów i centymetrów, ani do zmiany diety:) Sam też być może podejmę jakieś kroki w tym zakresie (z czego nie należy wyciągać żadnych wniosków na temat mojej diety, ani bieżącej, ani przyszłej:)). Ale żeby się bezkrytycznie poddać dyktatowi dietetyków – co to, to nie.

Filozoficznie we mgle

Po wyprowadzeniu Psa na poranny spacer, Ojciec zgodnie ze zwyczajowym żądaniem Psa zostawił go w ogródku. Junior patrzy przez okno na Psa w ogródku i monologuje:
– I co ten Pies robi we mgle? Siedzi w ogródku i patrzy w dal..

Nie ma to jak odrobina surrealizmu o świcie:)

O pazernym dyrektorze

Czytam informacje o kolejnych protestach w związku z odwołaniem Krzysztofa Skowrońskiego – a to pikieta, a to bohatersko zrezygnował z występów niejaki Jachowicz (żadna szkoda). Coraz bardziej więc dojrzewa we mnie refleksja o całości sprawy.

Zasadniczo mógłbym uciec w profesjonalny wykręt "bez znajomości szczegółów nie będę się wypowiadał". Przyjmę jednak, że merytoryczne przyczyny odwołania Skowrońskiego zostały w całości opisane w tekście GW (w końcu GW ma reputację spiritus movens tego odwołania, więc jak oni nie napiszą o hakach, to kto inny?). Sprowadzają się więc do tego, że:
– Skowroński pobierał honoraria (pomimo że pensję miał całkiem przyzwoitą), co generalnie zostało dopuszczone przez Zarząd Radia, z zastrzeżeniem akceptacji przez tenże Zarząd,
– Zarząd miał się nie zgadzać na wypłaty honorariów (podobno nawet Czabański dopisywał veto na liście wypłat), ale wypłaty leciały przez ponad rok,
– księgowa odpowiedzialna za którąś tam wypłatę interweniowała u Skowrońskiego, a ten obiecał sprawę załatwić, po czym jedynym skutkiem była nagana dla księgowej.
Wygląda mi więc albo na totalny bajzel w Radiu (ale to zarzut do Zarządu bardziej niż do Skowrońskiego), albo na istnienie pewnego cichego układu wokół honorariów Skowrońskiego (chociaż nie będę nawet próbował się domyślać, kto mógł być stroną i w jakim charakterze). 

Skowrońskiemu w tym wszystkim można więc postawić zarzut pazerności i co najmniej nieprzejrzystości w finansach (mocniejsze określenia są właściwe tylko jeżeli faktycznie był bajzel, na którym Skowroński korzystał). Czy to powód do zwolnienia? Ja osobiście wolałbym, żeby osoba na jego stanowisku w taki sposób nie postępowała, i w ramach akcji "czyste rączki" zapewne można by go zastąpić kimś rzetelniejszym. Ale pragmatycznie rzecz ujmując, ponieważ wyniki pracy merytorycznej miał dobre, to wolałbym, żeby przychomikowane honoraria odpracował albo zwrócił w toku pracy. No chyba żeby się upierał, że nie musi.

Cała ta analiza poszukuje rzeczywistych przyczyn odwołania. Pytanie które sobie w jakiejś chwili zadałem, brzmiało: dlaczego akurat Meller zapoczątkował akcję obrony? I doszedłem do wniosku, że albo jest to przenikliwa analiza sytuacji, która pozostaje poza moimi możliwościami rozczytywania rozgrywek na tym szczeblu:) abo też Meller jako dobrze poinformowany wiedział, co się o sprawie mówi "na mieście", zwłaszcza w kręgach politycznych i okolicach Radia. Co wyraźnie wskazywałoby na motywacje układowo-polityczne, dla których rzeczywiście audyt był tylko pretekstem.

Czy zatem można było Skowrońskiego zwolnić? Myślę, że można było, ale czy trzeba było, to wątpliwe. Na szczęście jego następczyni wydaje się dobrą kandydaturą. Obym się nie mylił, bo jeśli tak, to nie pocieszy mnie, że się myliłem w niezłym towarzystwie. 

Przekora zawsze i wszędzie

 W kościele Junior otrzymuje pieniążek do ręki, żeby wrzucić kościelnemu do koszyka. Ojciec pomaga Juniorowi (trzymając go na rękach) odpowiednio się nachylić nad koszykiem i szepcze:
– No, wrzucaj.
A Junior na to:
– Nie wrzucę.
Ojca ogarnia konsternacja, a Junior nachyla się jeszcze bardziej i delikatnie układa pieniążek na dnie koszyka.

No i rzeczywiście nie wrzucił:)

"Odwołać drugą serię"

Mniej więcej takiej treści SMSa wysłałem do przyjaciela, z którym wspólnie lubimy dyskutować o sporcie, zaraz po zakończeniu pierwszej serii drużynowego konkursu skoków na MŚ w Libercu. Polska drużyna zajmowała wtedy trzecie miejsce, i zdecydowanie wątpiłem, aby mogli je utrzymać w drugiej serii. Małej wiary, można by rzec. Polacy nie utrzymali bowiem medalowej pozycji, przegrali podium z Japończykami – ale nie z tego powodu co zwykle (czyli spieprzenia jednego lub więcej skoków), ale głównie dlatego, że nie mieli w składzie swojego Takanobu Okabe, który w swoim drugim skoku osiągnął niebotyczne 135 m. Gdyby Okabe skoczył "tylko" 130 m (najlepszy skok Polaków to 127m Huli – tak, tak to nie pomyłka), cieszylibyśmy się z pierwszego w historii medalu drużynowego. Szacunek dla drużyny i trenera Kruczka. W końcu wynik drużynowy 972 pkt to jest coś.

A na marginesie refleksja – właściwie znowu zadziałało prawo serii. Osiem dni wcześniej Justyna Kowalczyk zdobyła tytuł mistrzyni w biegu łączonym i w tym samym dniu Kamil Stoch zajął czwarte miejsce na skoczni stumetrowej. Dziś Justyna Kowalczyk zdobyła tytuł mistrzowski w maratonie, więc które miejsce mogli zająć skoczkowie? No właśnie..

Kaski

Pisały ostatnio gazety, że którzyś Szacowni Przedstawiciele wybrani, wstrząśnięci doniesieniami o ofiarach śmiertelnych wypadków wśród narciarzy postanowili zadbać o nich najlepiej jak potrafią. To znaczy przebąknęli o wprowadzeniu obowiązku noszenia kasków przez narciarzy (przy okazji padł też głos o niedobrych ekologach, którzy nie pozwalają wyciąć choćby drzewka, co oczywiście stanowi największe zagrożenie dla narciarzy).
Oczywiście żadnemu z krety.. Szacownych Przedstawicieli nie przyszło do głowy zauważyć, że przeważająca część tych nieszczęśliwych wypadków przydarzyła się poza granicami naszego kraju. A w krajach typowo narciarskich pomysłów o obowiązku noszenia kasków dla jeżdżących rekreacyjnie (nie zawodniczo!) się nie głosi. Ważniejsze jest bowiem rozpropagowanie zasad bezpiecznej jazdy.
Dla dinozaura wychowanego w poprzednim wieku (jak ja) temat kasków w ogóle to jakaś makabra. Czytam ostatnio dziecku bajkę o tym, jak to żółw Franklin nabywał nowy kask rowerowy. Że to niby taka edukacja zarazem (podobne podejście znalazłem w jednej z bajek Janoscha, o tym jak to Tygrysek dostał rower, i "sześć razy karku nie skręcił, kiedy spadał z roweru – bo miał kask"). A mnie się przypomina stary poczciwy E.T. Pamiętacie te dzieciaki uciekające na rowerach przed policją, zjeżdżające po stromiznach, wykonujące skoki, o lataniu (to już tylko za sprawą E.T.:)) nie wspominając? Ile z nich miało kaski? … Czyli można było.
Przyznam, że nie wierzę w opowiastkę, że te kaski znacząco zmniejszają liczbę nieszczęśliwych wypadków, za to na pewno znacząco zwiększyły obroty producentów kasków. Podobnie jak obowiązek jazdy na światłach bardziej jest dobrodziejstwem dla producentów żarówek i serwisów samochodowych (im nowszy model samochodu, tym trudniej się dostać do reflektora), niż czynnikiem znacząco poprawiającym bezpieczeństw na drogach.
Cóż, jeżeli Szacowni Przedstawiciele zamierzają być konsekwentni, to w dalszej kolejności powinni kolejno wprowadzić obowiązek noszenia kasków przez windsurfingowców i szerzej żeglarzy, turystów wychodzących w wysokie góry oraz kierowców i pasażerów samochodów. W imię bezpieczeństwa, rzecz jasna.