Wróżenie z faworków

Faworki to słodki drobiazg, który nieodmiennie kojarzy mi się z Tłustym Czwartkiem, Ostatkami i resztą karnawału:) Nie jest to jednak rzecz tak uświęcona tradycją, aby nie można ich było smażyć w innym okresie (jak ktoś chce, to też makówki może przez rok cały robić, ale jednak..). Dzisiaj siedzieliśmy smacznie przy faworkach i teściowi jakoś się zebrało na doszukiwanie się w nich jakichś kształtów – a to literę znalazł, a to łódkę (a nie popijaliśmy niczym procentowym, naprawdę). I tak jakoś samo z siebie padło, że jak już się tak przygląda tym kształtom faworków, to równie dobrze można z ich kształtu powróżyć. Jeszcze o takiej tradycji andrzejkowej nie słyszałem, ale każdy pretekst jest dobry, żeby zrobić faworki:) Tak więc jeżeli ktoś chciałby powróżyć sobie z faworków, to – smacznego.

PS. Jak ktoś chce wróżyć z chrustu, niech idzie do lasu. I tam już zostanie. Faworki to faworki. Finito.

Jeden strzał

Jeden celny strzał dzielił Tomasza Sikorę od tytułu mistrza świata na 20 km. Jeden niecelny strzał zepchnął go na dziewiąte miejsce. To jest sport. Sam zawodnik przyznał otwarcie, że ma pretensje wyłącznie do siebie samego, bo na strzelnicy wszystko zależy tylko od niego.
Bezmyślny jest jednak komentarz dziennikarza, że w następnej konkurencji Sikora musi lepiej strzelać i szybciej biegać. Bezmyślny po zawodach, w których Sikora miał najszybszy czas biegu i strzelania (nie licząc karnych minut).
Co do strzelania, oczywiście liczę na to, że wreszcie Sikora nie straci medalu na strzelnicy. Cóż jednak powiedzieć o jego koledze z reprezentacji (mniejsza o nazwisko), który na jednym ze strzelań (i to chyba pierwszym) miał 0 celnych? Pożyczył broń od przygodnego myśliwego?

Jeszcze o kłopotach fabrykanta broni

Słucham w Trójce, że w radomskiej fabryce broni Łucznik zarządzono przymusowe urlopy, Szczególnie mnie to nie martwi. Uwagę zwraca jednak wypowiedź związkowca, który podkreśla, że pracownicy fabryki i ich rodziny muszą z czegoś żyć. A potem dodaje, że 98 procent zamówień pochodzi od polskiego rządu.
I tak sobie myślę – czy naprawdę działalność socjalna państwa (bo trudno inaczej nazwać posiadanie fabryki tylko po to, żeby zatrudniała ludzi wyłącznie do obsługi zamówień państwowych) w formie fabryki broni ma sens i rację bytu?

Kłopoty fabrykanta broni

Czytam i słyszę w mediach o spowodowanych kryzysem (i rządowymi oszczędnościami) kłopotach przemysłu zbrojeniowego. I zastanawiam się, czy rzeczywiście jest się czym martwić kłopotami producentów broni. Zaraz przychodzi na myśl piosenka Tadeusza Woźniaka:

To będzie syn
Narodzi nam się syn
Już nawet wie
Fabrykant broni to
Już karabin syneczku mój
I frontowy zielony strój
Fabrykuje się dla ciebie
Źebyś wszystko miał na czas

To będzie syn
Narodzi nam się syn
Już buty mu kazali szewcom szyć
Już ci piszą marszową pieśń
Źeby łatwiej było ci nieść
Ten karabin malowany
I podkuty stalą but

To będzie syn
Narodzi im się syn
To będzie wróg
Narodzi ci się wróg
Kocha życie tak jak i ty
Lecz karabin buty i pieśń
Fabrykuje się dla niego
Źeby wszystko miał na czas.

Mój syn się już urodził. Mógłby tak jak jego ojciec, nigdy nie mieć prawdziwej broni w ręce.

Koala w ogniu

Znalazłem na portalu takie oto zdjęcie:

koala ((c) Mark Pardew)

Słuchając o wielkich pożarach, jak te w Australii, jak często myślimy o zwierzętach, które wobec takich pożarów są jeszcze bardziej bezradne, niż my? Zwłaszcza jak są tak powolne i bezbronne jak koale?

Tak, wiem. To odwieczne prawo natury. Ale pamiętać warto. Cieszę się, że ci się udało.. misiu:) 

96,1 pkt

Nieraz wzdycham, patrząc na wyniki konkursów skoków narciarskich, że trudno na podstawie samego zajętego miejsca ocenić występ skoczka. Z pozoru wystarczająca do oceny występu powinna być nota za skoki, ale ona też niekoniecznie mówi o warunkach panujących na skoczni (średnich, a nie w momencie skoku). O ile bowiem często granicą zakwalifikowania się do drugiej serii jest uzyskanie „minimum przyzwoitości”, czyli 100 pkt (co tak naprawdę jest wynikiem słabym”, o tyle czasem nie wystarcza i 115 pkt, które prywatnie uważam za granicę niezłego skoku (115 pkt to jest skok na granicę punktu konstrukcyjnego, z notami rzędu 18,0-18,5). Przypuszczam, że dobre efekty dawałoby porównanie ze średnią notą uzyskiwaną w serii, lub z notami zawodników z miejsc obranych za benchmarki, ale najpierw musiałbym obrobić w podobny sposób z kilkadziesiąt zestawów wyników, żeby coś być w stanie powiedzieć:).

Rozważania te powróciły do mnie pod obejrzeniu konkursu skoków w Sapporo, w którym Stefan Hula zajął historyczne 10. miejsce (a Stoch 13). Tak, to nazwisko to pewien powód do alarmu:) Wciąż bowiem ten zawodnik nie błyszczy czymkolwiek, lecz co najwyżej może skorzystać z okazji. O sile tego konkursu w Sapporo wiele mówi tytułowa nota 96,1 pkt – to nota trzydziestego zawodnika. Po dwóch skokach. Bez upadków. Tak, właśnie tak – do zakwalifikowania się do drugiej serii wystarczyło zdobyć niecałe 49 pkt (tym koszmarniejsze jest, że dwa orły z naszej reprezentacji nawet tego nie osiągnęły). Nie wiem, co Hofer i spółka mieli na myśli ustalając długość rozbiegu, ale udało im się osiągnąć koszmarny efekt: w całym konkursie ledwie 5 skoków (w dwóch seriach!) powyżej punktu konstrukcyjnego, zawodnicy z czołówki Pucharu Świata uzyskujący poniżej 100 pkt za skok. Stefanowi Huli należy o tyle oddać sprawiedliwość, że w tych anormalnych warunkach oddał dwa względnie równe skoki na 111 (czyli jak Fortuna 37 lat wcześniej:)) i 106 m, podczas gdy zawodnicy z nim porównywalni i teoretycznie lepsi potrafili w tym samym czasie spadać wiele metrów bliżej.

 

Dyżur

Jeden z moich banków wprowadził jakiś czas temu możliwość zakładania lokat przez Internet po zalogowaniu się do rachunku bieżącego. Uznałem, że korzystanie z krótkoterminowych lokat jest dużo bardziej opłacalne, niż trzymanie pieniędzy na rachunku bieżącym (z kolei lokaty nieco mniej krótkoterminowe nie dają wymiernie wyższego zysku, za to zwiększają ryzyko płynności), i założyłem całkiem kilka. Dziś wieczorem uznałem, że pora odblokować część środków (lokaty są odnawialne) na bieżące zobowiązania:(, zalogowałem się i dałem dyspozycję "zerwij" (akurat pierwszy dzień, więć szkoda żadna).

I wtedy mały szok. System odpowiedział: "Zerwanie lokaty jest możliwe tylko w dni robocze pomiędzy godziną 04.00 a 21.00."
Zasadniczo nie ma sprawy, zerwę sobie jutro o świcie:) ale wybór okresu mnie fascynuje. Czy oni tam potrzebują informatyka na psiej wachcie, żeby móc zerwać lokatę w systemie?

Banki nigdy mnie nie przestaną zaskakiwać. Na swoje nieszczęście, zawsze to zaskoczenie in minus.

Melpomena na tafli

W historii można się zapisać na rózne sposoby – czymś wielkim lub czymś małym, czymś radosnym lub czymś tragicznym. Podobnie w sporcie pamiętamy i wielkie zwycięstwa i spektakularne klęski, zdarzenia komiczne oraz dramatyczne.

W telewizorze lecą mi ostatnio głównie (courtesy of VHS:)) powtórki z odbytych niedawno w Helsinkach Mistrzostw Europy w łyżwiarstwie figurowym. Dzisiaj oglądałem tam półokiem między innymi program dowolny młodej izraelskiej pary sportowej Jekatieriny i Fiedora Sokołowych (wiem, typowe nazwiska izraelskie). We wcześniejszym programie krotkim zapamiętałem ich głównie przez to, że oboje zdaje się są nastolatkami,* co nie przeszkadza im być małżeństwem:) Umiejętności mają na razie nieduże, jechali na miejsce 15+, generalnie do zapomnienia (nawet potknięcia nie były spektakularne). Przyszedł jednak skok skakany równolegle. Jekatierina nie utrzymała rotacji, przekręciło ją, usiadła. Wstała, ale nie ruszyła dalej. Okazało się, że już właściwie siedząc, pechowo zawadziła kolanem o własną łyżwę. Po chwili zobaczyliśmy krew na nodze, krew na lodzie, nosze wyciągnięte z zaplecza..

ekaterina sokolova leaving ice

Zważywszy na ich potencjalne miejsce, to może mały dramat (choć czy dla sportowca istnieje takie coś jak mały dramat, kiedy przymusowo kończy swój występ?). Upadki zdarzały się i wielkim (ja mam w pamięci upadek Mandy Woetzel, po którym nie mogła złapać tchu i musiała się wycofać, a walczyli wtedy z Ingo Steuerem o podium, wg googla w Lillehammer to było). W każdym razie, zostaną zapamiętani znacznie lepiej, niż większość ich rywali.

PS. Tytuł notki to trawestacja zwrotu "Melpomene na bieżni" użytego w "500 zagadek olimpijskich".

*Sprawdziłem. Tylko ona jest. Małżeństwem są nadal oboje:) 

Wojewódzkie kocie łby

Zdarzyło mi się parę sezonów temu wybrać z rodziną nad polskie morze, do Niechorza konkretnie. Jechaliśmy "tam" A4 do Legnicy i dalej na Szczecin DK3, i jedną z rzeczy, które nam utkwiły wtedy w pamięci, było stanie w korkach najpierw koło Legnicy, a potem w Lubinie. Mając więc zawsze w myślach zasadę "lepiej zwiedzać, niż stać" postanowiliśmy przy powrocie ominąć zakorkowane miejsca i w Nowym Miasteczku (niegdyś Neustadtel, dziś trudno było w nim zauważyć cokolwiek "nowego", no ale tak to jest jak się ma 700 lat historii:)) zamieniliśmy drogę krajową numer 3 (w całkiem niezłym stanie w tamtej okolicy) na drogę wojewódzką nr 328 i ruszyliśmy nią w nieznane, aby przez Przemków, Chocianów, Chojnów dotrzeć do autostrady.

Na początku było – powiedzmy – nieźle, czyli droga jak to droga. Zaskoczenie przyszło później – chyba już za Przemkowem – kiedy nagle zobaczyłem przed sobą nawierzchnię.. brukowaną. Taaak. Miodzio się jechało. To znaczy lokalni byli przyzwyczajeni i śmigali dużo szybciej, ale ja jednak nie mogłem się przemóc. Chociaż jadąc wolniej, telepało się dłużej.

Pomyślałem sobie: ale ewenement, żeby droga tej klasy miała taką (pamiętającą co najmniej Adolfa) nawierzchnię (rzecz jasna droga wojewódzka to też właściwie żaden hiper-super-cud-miód, ale jednak). A ostatnio wyszło na to, że cudze ganicie, a swego nie znacie:) – gdybym więcej się szwendał po śląskich miastach, to nie miałbym powodu się czuć taki zaskoczony i tak postponować dolnośląskie drogi. W końcu w mieście Zabrzu, w samym centrum jest odcinek drogi wojewódzkiej 921, który tak samo wlecze po kocich łbach (de Gaulle’a aż do Wolności), i to gorszych. Jak widać, podróże po najbliższej okolicy też kształcą:)

 

Zdjęcie małego Czeczena

Pisząc na innym blogu notkę o likwidacji ośrodka dla czeczeńskich uchodźców w Katowicach, przyglądałem się nieustająco zdjęciu zrobionemu przez Grzegorza Celejewskiego z redakcji katowickiej:

czeczeńskie dziecko opuszczające likwidowany ośrodek w Katowicach

Dzieciak ze zdjęcia niesamowicie przypomina mi dziecko jednego z moich sąsiadów, rówieśnika mojego syna. Wszystkie dzieci są podobne. Jak to było? "Bo wszystkie dzieci nasze są.."

Ponadto w zdjęciu uderza taka jakaś drapieżność fotoreporterów. Pewnie inaczej się są w stanie wyglądać, kiedy starają się wykonać swoją pracę, ale to dręczy mnie.