Oaza wyborcza

Mieszkam na skraju miasta, wokół mnie pola, lasy i łąki, zwierzyna płowa i gdzieniegdzie domki (choć liczba ich wzrasta szybciej niż bym chciał). Pomimo tej sielskości, na co drugim słupie wisi jakiś plakacik czy tablica wyborcza, w skrzynce raz za razem znajduję jakieś materiały promocyjne, na które szkoda było papieru, prądu i innych zasobów naturalnych. Im dalej w centrum, tym gorzej, analogicznie w sąsiednim Chorzowie.

A wczoraj pojechałem w przeciwną stronę, do pobliskiego Mikołowa. I wystarczyło przejechać granicę administracyjną, by doznać szoku. Przez kilka kilometrów, od granicy aż po centrum, nie widziałem ani jednego plakatu, ani jednej tabliczki, ani nawet śladów rozdawnictwa ulotek (dopiero przy skrzyżowaniu z drogą krajową pojawił się pierwszy billboard, ale i tak z kandydatem ogólnowojewódzkim). W samym centrum musiałem się skupić na zaparkowaniu i gonieniu na burzliwe spotkanie (na tyle burzliwe, że po jego zakończeniu na nic prawie nie zwracałem uwagi), więc niewiele mogę powiedzieć o aktywności kandydatów, ale doprawdy gotów byłem pomyśleć, że do rady powiatu mikołowskiego, rady miejskiej i na stanowisko burmistrza, to wybory się nie przyjęły. Albo dawno się odbyły.

Właściwie fajnie by było, jakby móc wykonać podróż w czasie i być już po. W Mikołowie już można się tak poczuć.

Kompetencje wyborcze

Startuje w wyborach Polska Piosenkarka, której zwiska chyba nigdy przedtem nie słyszałem. Zasłynęła już na cały świat tym, że na plakacie wyborczym występuje w kostiumie kąpielowym. Kiedy czytałem tę informację i moim oczom ukazał się rzeczony plakat:

Sara May Polish election swimsuit candidate poster

wydało mi się, że podpis pod nim brzmi: PIĘKNA, NIEZALEŻNA I KOMPLETNA.

Pasowałoby chyba bardziej, bo nie bardzo wiem, jakimi kompetencjami chwali się na tym plakacie.

Where are the Snowdens of yesteryear?

Jeśli ktoś nie rozpoznaje tytułowego cytatu po charakterystycznym nazwisku (nie każdy wszak musi czytać książki w oryginałach), to niech nie czyta i notki, bo nic nie zrozumie. Lepiej niech przeczyta jego źródło i wróci w swoim czasie.

Znajomy na FB zanotował coś, co wyglądało jak zbiór pseudocytatów podpowiadanych przez aplikację „cytat na każdy dzień”. Brzmiało na tyle surrealistycznie, że dopisałem mu „Co było atu w Monachium?”. Odpisał, a jakże, „Gdzież jest niegdysiejszy Snowden?” (ciąg dalszy nie nastąpi)

Wpisałem w Google frazę „Co było atu w Monachium”. Prawidłowych wyników było ledwie kilka (później wyszukiwarka rozbija pytanie na kawałki i wyszukuje bzdury w stylu „niedzielny spacer w Monachium a tu co? było świetnie”). Rozbroił mnie jeden z nich – zapis czatu z Jerzym Sosnowskim, było nie było dziennikarzem kulturalnym i krytykiem literackim, który na tak postawione mu pytanie na czacie nie załapał bluesa i odrzekł „nie rozumiem pytania” (gdzież są niegdysiejsi dziennikarze od kultury..). Bing nie znalazł żadnego miejsca z tym cytatem; Google proponując szukanie w wynikach angielskojęzycznych de facto nie rozpoznał go i przetłumaczył po swojemu jako „what was trump at Munich”, podczas gdy w oryginale jest „How was trump at Munich”.

Ho-ho beriberi.

Sposób liczenia niczego nie zmienia

Zostało pół godziny do kwalifikacji, doba do ostatniego wyścigu sezonu. Nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte, dziennikarze i statystycy podniecają się faktem, że czterech kierowców ma wciąż większe czy mniejsze szanse na tytuł mistrzowski i że to pierwszy taki przypadek w historii cyklu. Często w tym miejscu pada skojarzenie, że to wynik ostatniej zmiany sposobu liczenia punktów przed tym sezonem (w domyśle: pomysł się sprawdził).

Dwa lata temu prowadziłem alternatywne wyliczenia, w których między innymi stosowałem wymyślony przez siebie system, nieomal proroczo. Nie doprowadziłem ich zasadniczo do końca sezonu, bo już wcześniej okazało się, że sposób zliczania punktów jest mało istotny, ważniejsze jest to, jakie miejsca zajmują poszczególni zawodnicy. Postanowiłem więc dla porządku sprawdzić, jak wyglądałaby klasyfikacja tegorocznego cyklu, gdyby stosowany był ubiegłoroczny system punktacji 10-8-6-5-4-3-2-1. Wyniki są następujące:

1. Alonso 99 pkt
2. Webber 96 pkt
3. Vettel 94 pkt
4. Hamilton 92 pkt
5. Button 81 pkt
6. Massa 57 pkt
7. Rosberg 50 pkt
8. Kubica 48 pkt

Ciśnie się na usta drwina „znajdź 3 różnice wobec aktualnej klasyfikacji”. Tak samo 4 kierowców ma szansę na tytuł, piąte miejsce jest równie ustalone, do miejsca 6 też jest trzech pretendentów. To nie system przysparza emocji (tylko na papierze to ładnie wygląda, że są duże liczby i różnice)), tylko sezon jest rewelacyjny.

Nie dłubcie w systemie, pomyślcie jak technicznie ułatwić rywalizację na torze.

Atrakcyjność kiełbasy wyborczej

Przy okazji poprzednich wyborów ujawniłem swoją podatność na wyborcze oferty korupcyjne (na razie nikt mojej oferty nie podjął, co jest dodatkową krechą dla ugrupowania, któremu ostatnio dałem kreskę). Nowe wybory tuż-tuż, więc najwyższy czas skorzystać, a ponieważ w swoim okręgu miejskim nie mam kandydata, któremu mogę swobodnie zaufać, to rozstrzygnąć może odpowiednia oferta. Nawet nie będzie to trudne:

kiełbasa wyborcza Grota Zarzecze Katowice

Aspirantów do rady miasta z mojego okręgu zapraszam do sklepu, datę i godzinę ufundowania poczęstunku można uzgodnić w komentarzu:)

W cywilizowanym demokratycznym kraju..

W cywilizowanym demokratycznym kraju osoba, która sprawując najwyższy urząd w państwie, publicznie deklaruje, że jest to dla niej partyjne zadanie, powinna najpóźniej w tym samym dniu złożyć dymisję. Od paru miesięcy na szczęście już mamy prezydenta.

To tylko takie odreagowanie porannej audycji w Trójce, gdzie poseł PiS grzmiał, iż „w każdym cywilizowanym demokratycznym kraju” szef Biura Ochrony Rządu podałby się do dyspozycji premiera najpóźniej w następnym dniu po wypadku samolotowym z udziałem prezydenta etc. No bo przecież BOR odpowiada za wszelkie prezydenckie fanaberie i ich skutki.

Kiedy ochłonąłem trochę, powróciło jak bumerang pytanie: to głupota, czy prowokacja? Bo już się momentami zastanawiam, czy tego rodzaju wypowiedzi PiSowców nie są wręcz na zlecenie Platformy – aby utrzymać stan napięcia w elektoracie. Bo po takiej wypowiedzi PiSowca, myśli o łagodniejszym potraktowaniu tej formacji ulatują niczym sen złoty.

Aha – w tych wyborach to i tak nie ma znaczenia.

Cztery w cenie jednego

Zobaczyłem taką ofertę niedawno w markecie: cztery filmy w cenie jednego! (a może pisało „3 filmy gratis!”, sam już nie pamiętam). Zainteresowało mnie na tyle, żeby zobaczyć na czym oferta/interes/szwindel:) polega. Przez ułamek sekundy przeleciało mi bowiem nawet przez myśl, że do jakiejś w miarę nowej produkcji dodano np. trzy wcześniejsze części (Rambo 17, 16 i 15), co dawałoby ofercie jakąś atrakcyjność. Naiwniak:)

Na opakowaniu zbiorczym w ogóle nie było informacji co poza Hitem znajduje się w środku, za to była wiele mówiąca informacja w stylu „dobór filmów może ulec zmianie”. Z jednego boku było w sumie można odczytać tytuły na grzbietach, i żaden z nich nie budził ani odrobiny zaufania. Oczywiście, być może któreś z nich okazałyby się być zaskakująco interesującymi kopciuszkami, ale nie zaryzykowałbym włączenia dla nich telewizora czy zajumania ich po torrentach. Ot, takie sprzątanie magazynów.

Zastanawiam się więc tylko – czy ludziom naprawdę zrobi taką różnicę, że zamiast jednego filmu, którego pewnie nie potrzebują, kupią cztery, z którymi dopiero nie będą mieli co zrobić? No, ale jednak TRZY ZA DARMO.

Nie będę głosować na Platformę

W świetle ostatnich wydarzeń politycznych tego rodzaju deklaracja może budzić zdziwienie i zgoła odmienne wnioski nasuwać, niż autorowi motywacje przyświecają, ale jest, jak jest. Z Platformą mi od początku nie do końca po drodze (tak, jestem sierotą po UW – wszystko jasne?), nigdy mnie do siebie w istotny sposób nie przekonała, jeśli nawet otrzymała raz czy drugi mój głos na karcie wyborczej, to była to bądź zasługa dobrania kandydatów, na których mógłbym głosować i w innych barwach, bądź mojej słabości wobec argumentu „wicie, rozumicie, zatrzymać ICH trzeba”. Tym razem jednak bardziej niż kiedykolwiek, liczba argumentów, jakimi mogliby się POsłużyć, jest mizerna.

Zacznijmy od prawdy fundamentalnej i oczywistej: mamy przed sobą wybory lokalne, w których globalna opcja polityczna ma znikome znaczenie. Dla rządzenia miastem nieważny jest światopogląd i stosunek do lustracji, do zarządzania województwem mniejsze znaczenie ma koncepcja systemu emerytalnego – etc. etc. etc. Legitymacja partyjna znacząco traci więc na znaczeniu, poza najbardziej elementarnym dzieleniem ogółu na Zielonych i Niebieskich.

Polityka kadrowa PO (jeśli takowa istnieje) nie jest i nie była nigdy czynnikiem budującym zaufanie, nie powoduje więc odruchu „jak oni go proponują, to pewnie można mu zaufać”. Ba, na taki bezkrytycyzm nie pozwalałem sobie nawet wobec mej ulubionej formacji (aczkolwiek to pierwotne zaufanie było dużo większe, choć zawsze trafiał się jakiś Mirosław Czech). W moim regionie lokalny kacyk właśnie postanowił wysłać w odstawkę swoją lokomotywę wyborczą (na którą zagłosowałem w ciemno), licząc najwyraźniej na swój szarm i charyzmę Naczelnego Rozgrywającego W Okolicy Prezesa. No nie zadziała, panie Tomczykiewicz, nie ma bata.

Nie lepiej i na szczeblu miejskim – jakkolwiek trudno znaleźć w mainstreamie kogoś, kto powie dobre słowo o prezydencie urzędującym, zwanym popularnie Oszukiem, to jednak prawda fundamentalna jest taka, że natura nie znosi próżni i wybrać kogoś trzeba. I kogóż nam postanawia zaserwować Platforma? Ano sięga.. po zastępcę naszego nieudacznika, na dodatek odpowiadającego jeszcze do niedawna właśnie za inwestycje, czyli działkę największe emocje negatywne budzącą. Ja rozumiem, że nieraz Wice jest naturalną konkurencją dla Pierwszego, ale prawdę powiedziawszy, jest to dobre rozwiązanie w sytuacji win-win, kiedy zastanawiamy się czy lepszy Pierwszy, czy Drugi, a nie kiedy zastanawiamy się który z nich mniejszym złem będzie. Naiwne do bólu są tłumaczenia, że Wice był blokowany przez autokratycznego Szefa – jak się trzy lata było paprotką, to jest to żadna kwalifikacja na stanowisko, a dowodzi miałkości charakteru. Dziękuję, już stara mucha lepsza, a manifestacyjnie to mogę na kogokolwiek innego.

I na dodatek jeszcze ostatnia kropla przelewająca czarę, czyli sprawa mojej ulubionej dzielnicy. Opracowano w mieście, przy znaczącym udziale paru znajomych pasjonatów, projekt rewitalizacji lokalnego parku. I kiedy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, kiedy miały ruszyć prace, rozpoczęła się ruchawka inspirowana przez lokalną radną PO, która postanowiła sobie zrobić z tej kwestii bęben do walenia we władze, mający jej dać reelekcję (inaczej nie miałaby szczególnie się czym pochwalić). Na tyle skutecznie, że projekt został najpierw przyblokowany, a potem – nazwijmy szczerze – przykastrowany. Być może po wyborach, może w przyszłym roku, zostanie ostatecznie doprowadzony do rozsądnego stanu, ale minus, jaki dla mnie zalicza przy okazji lokalna PO, sprawia, że nawet sensowni kandydaci, których mógłbym odgrzebać na ich listach, nie mogą już liczyć nawet na ślad mojego poparcia (bo głos na nich oddany pośrednio pomaga ich współlokatorom list).

Ufff. No to sobie małostkowo poużywałem:)

Innych kandydatów sobie znajdę, niektórych już znalazłem.

Bułgarska podobno niezdobyta

Trudny jest los polskiego komentatora sportowego. Raz musi obserwować sromotne klęski naszych reprezentantów (choć niektórzy potrafią je przekuć w arcydzieła niczym Szpakowski w Mariborze), innym zaś razem musi pomimo wielkiej radości być w stanie powiedzieć coś sensownego. To drugie okazuje się jednak nazbyt trudne – i nie chodzi mi tu wyłącznie o złotoustych, którzy z adrenaliny tworzą niezapomniane wypowiedzi łapczywie zapisywane na listach komentatorskich kwiatków (panie Turek, kończ pan!), lecz o rzecz gorszą, a mianowicie o wygłaszane w takich chwilach twierdzenia nie tyle urocze, co bezmyślne i mylne.

Kończy się mecz Lecha z Manchesterem City, i któryś z komentatorów polsatowskich stwierdza, że oto „w pucharach twierdza przy Bułgarskiej nadal niezdobyta”. Jeśli szłoby o samą Ligę Europejską, to  stwierdzenie by się broniło, ale jednak Lech w tym sezonie zaczynał od eliminacji Ligi Mistrzów. Jeszcze Inter Baku można jakoś odpuścić, bo mimo porażki Lech jednak awansował za sprawą strzelającego i broniącego Krzysztofa Kotorowskiego, ale co zrobić ze Spartą Praga, z którą Lech nie tylko odpadł, ale i przegrał u siebie, na Bułgarskiej właśnie?

A swoją drogą, ciesząc się z lechitami, nie mogę się oprzeć nawrotowi myśli – czy gdyby jednak dali radę Sparcie, a potem Żilinie, to czy w grupie zbieraliby takie cięgi, jak teraz Żilina? Inaguracyjne lanie od Chelsea to prawie nic wobec ostatniego 0:7 z Marsylią, aż się boję pomyśleć co Chelsea zrobi z nimi na Stamford (największa ich nadzieja w tym, że Chelsea ma już awans w kieszeni).

My name is Fox..

Szukałem dla Juniora zdjęć lisów. Wpisałem w gógla prostą frazę „fox photo”. Zgadnijcie, ile znalazłem spodziewanych wyników?

W pierwszej dziesiątce trzy (na pierwszym, drugim i dziesiątym). Za to już na trzecim, szóstym, ósmym i dziewiątym były linki do galerii zdjęć Megan Fox.

Oceńcie sami, co lepsze:)

red fox vulpes vulpes rudy lis sexy Megan Fox