Prawdę mówiąc, zanosi się na to od początku sezonu: że Justyna Kowalczyk będzie nas zachwycać swoimi biegami i odbiegać rywalkom, a pierwsza na mecie będzie Marit Bjoergen. Tak było dzisiaj w Drammen, tak było zwykle w Vancouver, tak było przez większość biegów w tym sezonie i w końcówce ubiegłego.
Oczywiście, powiemy dumnie i zwierając szeregi, że to Justyna zdobędzie Puchar Świata i to Justyna pogromiła w Tour de Ski, a Bjoergen się pewnie jej wystraszyła/wiedziała, że nie starczy jej sił na cały sezon/cokolwiek. Ale twarde fakty są takie, że Kowalczyk w tym sezonie rządzi wtedy, kiedy Bjoergen nie ma na starcie, a z Bjoergen wygrała w bezpośredniej walce tylko raz – w sprincie w Otepae, który pobiegła dlatego, że akurat był.
Dlatego spodziewam się, że na trasach w Oslo scenariusz będzie się powtarzać: Kowalczyk będzie szaleć (a my razem z nią), a Bjoergen będzie stawać na najwyższym stopniu podium. Bo to ona jest w tej chwili największą gwiazdą wśród narciarek, czy nam się to podoba czy nie (a Kowalczyk – pożyczając sformułowanie od sprawnego inaczej komentatora – jest jedynie największą gwiazdą wśród pełnosprawnych narciarek).

