Medale dla Kowalczyk, tytuły dla Bjoergen

Prawdę mówiąc, zanosi się na to od początku sezonu: że Justyna Kowalczyk będzie nas zachwycać swoimi biegami i odbiegać rywalkom, a pierwsza na mecie będzie Marit Bjoergen. Tak było dzisiaj w Drammen, tak było zwykle w Vancouver, tak było przez większość biegów w tym sezonie i w końcówce ubiegłego.

Oczywiście, powiemy dumnie i zwierając szeregi, że to Justyna zdobędzie Puchar Świata i to Justyna pogromiła w Tour de Ski, a Bjoergen się pewnie jej wystraszyła/wiedziała, że nie starczy jej sił na cały sezon/cokolwiek. Ale twarde fakty są takie, że Kowalczyk w tym sezonie rządzi wtedy, kiedy Bjoergen nie ma na starcie, a z Bjoergen wygrała w bezpośredniej walce tylko raz – w sprincie w Otepae, który pobiegła dlatego, że akurat był.

Dlatego spodziewam się, że na trasach w Oslo scenariusz będzie się powtarzać: Kowalczyk będzie szaleć (a my razem z nią), a Bjoergen będzie stawać na najwyższym stopniu podium. Bo to ona jest w tej chwili największą gwiazdą wśród narciarek, czy nam się to podoba czy nie (a Kowalczyk – pożyczając sformułowanie od sprawnego inaczej komentatora – jest jedynie największą gwiazdą wśród pełnosprawnych narciarek).

Dwudziestojednomilioner

Bycie milionerem to może być dość miłe uczucie (sam nie byłem od czasów denominacji, wtedy to wszyscy byli). Zapewne jeszcze przyjemniejsze jest bycie multimilionerem.

Polszczyzna zasadniczo nie zna więcej tego rodzaju słów z rdzeniem „milioner”, chociaż nic by nie stało na przeszkodzie, żeby je stworzyć. Skoro mamy dwupaki czy ośmiotysięczniki (nie wspominając o wielomianach czy stonogach), to nic by nie stało na przeszkodzie, żeby mówić także o dwumilionerach czy pięciomilionerach.

W dzisiejszym losowaniu Lotto (i komu panie przeszkadzał stary poczciwy Duży Lotek) pula ma sięgnąć „oczka”, czyli 21 milionów. Jak trafi to jedna osoba, zostanie tytułowym dwudziestojednomilionerem.

Pozostawiam innym analizę, jak nazwać kogoś, komu spełniono by to życzenie🙂

Ćwierć kilometra, czyli refleksje lotnicze

Jak sięgam pamięcią, rekordowe osiągnięcia w długości lotu pochodziły z Planicy, ba! za ewenement uchodził zawodnik, który swoją życiówkę osiągał gdzie indziej niż na Velikance (nie licząc początkujących i ogólnych słabeuszy oczywiście). Od wczoraj ta reguła przestała się sprawdzać, bo wielkość skoczni w Vikersund (K195!) pozwala na osiąganie jeszcze lepszych wyników (oczywiście to tylko szansa, trzeba ją jeszcze umieć wykorzystać jak Evensen i Schlierenzauer).

Po dzisiejszych zawodach popołudniowych tym bardziej wypatruję jutrzejszych wczesnopopołudniowych, bo jestem ciekaw jaki wpływ na warunki będzie mieć słońce (dzisiaj już mocno zachodzące). W Planicy bowiem cała siła tkwiła w nagrzewaniu powietrza przez południowe (Adriatyk wszak tuż) słońce, co stwarzało fantastyczne noszenie w dolnej części zeskoku i pozwalało leeecieć.

Od kilku już lat jednak latało się ciut bliżej, niż Romoren w 2005 (czasem szczerze mówiąc po prostu słońca w Planicy brakowało), i wciąż choćby liczba „240” widniała tylko w kategorii „skoki nieustane„. W ciągu dwóch ostatnich dni wyników 240-metrowych przybyło pięć. Do magicznej (kiedyś uznawanej za nieosiągalną) długości ćwierć kilometra brakuje „tylko” 3,5 metra. Szansa na złamanie? Większa niż kilka miesięcy temu, tak naprawdę zdecyduje (oprócz noszenia, talentu etc.) przebieg konkursu, a w szczególności czy jury zdecyduje się obniżyć rozbieg tuż przed nosem tych, którzy mają szansę tak daleko dolecieć. Swoją drogą, Hoferowi za chwilę zwyczajnie braknie belek startowych, na które będzie mógł obniżać:)

Staromodny jestem?

– Halo, czi Kuba?
– A kto mówi?
– Jeśli nie Kuba, moje nazwisko Pana nic nie powie..

Skróciłem genialny dialog dudkowski do maksimum, bo i tak wszyscy znają, a jak nie znają to wyguglają, a jak i nie to niech się wstydzą lub rozpaczają, do wyboru. Nie jest celem tej notki akurat delektowanie się tym skeczem, służy on tu tylko jako krótkie wprowadzenie.

Dostałem parę minut telefon. Numer nieujawniony, ale odebrałem, bo w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo kto i dlaczego się nie ujawnia. A tu w słuchawce damski głos z taśmy pyta mnie bez wstępów: „Czy to Pan X (tu nawet moje nazwisko)? Jeśli tak, wciśnij 1. Jeśli nie, wciśnij 2..” Potrzebowałem całych trzech sekund, żeby wybrać właściwą odpowiedź – rozłączyć się.

Nie wiem, co za firma uruchomiła taką yntelygentną infolinię, przy pomocy której chciała mi coś przekazać (nieważne, czy załatwić moją sprawę, czy wcisnąć mi bezcenny nowy produkt). Firma, która nie zaczyna od przedstawienia się, załatwi ze mną niewiele.

Ciekawe tylko, jak system zinterpretował odpowiedź. W sumie: „A pies ci mordę lizał!”.

Wypadek rajdowy

Był dla miłośników sportów samochodowych idolem w czasach, kiedy liczba samochodów na polskich drogach była co najmniej o rząd mniejsza niż dzisiaj (a rozmaitość o dwa rzędy). Praktycznie bez konkurencji w kraju, na arenę międzynarodową zaczynał dopiero wchodzić, dobijając się do tytułu wicemistrza Europy. Wszyscy się spodziewali, że w kolejnym sezonie sięgnie już nawet po mistrzostwo, oczyma wyobraźni widzieliśmy go pukającego do wrót rajdowych mistrzostw świata.

W Zimowym Rajdzie Dolnośląskim, który wygrywał przedtem siedmiokrotnie, wypadł na zakręcie, praktycznie owijając samochód wokół jedynego rosnącego w tym miejscu drzewa. Nie udało się go uratować.

Kiedy wsłuchiwaliśmy się wczoraj w wiadomości z włoskiego szpitala, jedno wiedzieliśmy na pewno: Robert Kubica miał więcej szczęścia niż Marian Bublewicz, że ten najczarniejszy scenariusz sprzed 18 lat się nie powtórzy. I to wystarczało, żeby zachować w sercu optymizm.

 

marian bublewicz na trasie

Spadek po nieznanym krewnym

Dostałem ostatnio na Facebooku wiadomość od jakiegoś prawnika, który poszukiwał spadkobierców jednego faceta o nazwisku pasującym do mojego. Kwota spadkowa ponoć zacna, sześciocyfrowa (i to w walucie obcej). Krewnego o danym imieniu wprawdzie nie pamiętałem, ale któż by spamiętał imiona potomków kuzyna prapradziadka?

Ponieważ zarobiony jestem, więc postanowiłem, że mimo atrakcyjnej kwoty, sam się sprawą nie będę zajmował. Sprawdziłem więc podany numer telefonu i grzecznie odpisałem panu prawnikowi (to znaczy ja myślę że to pan jest, aczkolwiek nie byłem pewien czy ma na imię Andrew, czy Andrea), że wkrótce zgłosi się do niego mój lokalny przedstawiciel prawny. Lokalny, czyli w Togo.

Kiedyś to się nazywało „nigeryjski przekręt”, ale jak widać technologia została wyeksportowana (no i nowy kanał dystrybucji się znalazł). Swoją drogą kusiło mnie kiedyś, żeby założyć specjalne konto mailowe i podjąć z niego dyskusję w sprawie takiego „spadku”, ale chyba nie mam dość motywacji, żeby to zrobić tylko dla zabawy.

Komentator musi być kompetentny

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej „X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5”, bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał „bonusu za wiatr w plecy” – że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów – do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

Co nam może powiedzieć Willingen

Za cztery tygodnie mistrzostwa świata w Oslo. Będzie tam rozegranych wyjątkowo dużo, bo aż pięć konkurencji w skokach.

Przez cztery tygodnie sporo się jeszcze zdarzyć może, forma może się wzbić lub lekko odpłynąć, ale na razie można wróżyć z tego, co jest. Dzisiejszy znakomity drużynowy konkurs w Willingen (pierwsze zimowe podium PŚ na dużej skoczni!) rozbudza apetyty, ale trzeba spojrzeć z chłodną głową. Wynik w konkursie drużynowym jest w głównej mierze pochodną tego, kto jak bardzo zawali. Niemcy faktycznie nie zawalili ani jednego skoku (do pokonania Austriaków trzeba dyskwalifikacji, bo upadek może nie wystarczyć) i mieli – oprócz dopingu – rewelacyjnego Freunda. Pojedynek Polska-Norwegia rozstrzygnął się jednym słabszym skokiem: w pierwszej serii Żyła w nienajlepszym skoku osiągnął o 4.8 pkt więcej od Evensena, i tyle dokładnie wyniosła różnica na koniec! Wystarczyłby więc jakiś centymetr na sekundę wiatru więcej lub mniej, żeby zadecydować o podium (dzisiaj tak właśnie o 0,1 pkt  Finowie pokonali Japończyków w walce o piąte miejsce, a przecież w SLC o tyleż przegrali złoto z Niemcami). A wiatr z tyłu (choć dziś przesadnie silny) moim zdaniem naszym Orłom raczej sprzyja, niż przeszkadza, bo odlatywanie z dobrym wiatrem im nigdy nie wychodziło.

Na MŚ możemy więc liczyć na sześć szans medalowych w skokach. Powiedzmy to jasno: sześć szans, nie sześć medali (cud pokroju dwóch medali w jednym konkursie to tylko w głęboko skrytych marzeniach wizualizuję), a i to przy sporym szczęściu. Może Holmenkollen po raz kolejny okaże się dla Małysza łaskawa. Każdy medal biorę w ciemno.