Już zdradziłem się tu kiedyś ze swoją małą fascynacją Dido, a zwłaszcza jej sztandarowymi utworami z jej pierwszych płyt. White Flag czy Thank You zawsze dobrze na mnie działają, natomiast w ostatnich dniach wyjątkowo solidnie uczepiło się mnie Here with Me i puścić nie chce. Brzęczy w uszach i brzęczy, a co gorsza, nie chce się ograniczyć tylko do sfery audio, ale multimedialnie uruchamia mi także wyobraźnię.
Ciocia Wikipedia podpowiada mi w tym miejscu, że oczywiście pieśń tę wykorzystano w znanym mi tylko z relacji filmie Bounce i w równie mi znanym serialu Roswell (wujek Gógiel ciekawskim pomoże). Bez pomocy cioci wiem natomiast, że przede wszystkim użyto jej w jednym z moich ulubionych filmów, i to na dodatek w jednym z jego ulubionych wątków. Andrew Lincoln tworzy w Love, actually fenomenalną kreację najzwyczajniejszego nieszczęśliwie zakochanego faceta (spoiler: nieszczęśliwie, bo w narzeczonej i żonie swojego najlepszego kumpla). I kiedy jego (niczego nieświadoma jeszcze) ukochana przychodzi do niego zobaczyć film z własnego ślubu, Here with me brzmi z siłą wręcz niezrównaną, tworząc scenę doskonałą, w której Lincoln jest uosobieniem wszystkich nieszczęśliwie zakochanych (rzućcie kamieniem, kto takiego uczucia nie przeżył).

A zwłaszcza kiedy ukochaną jest zjawiskowa Keira Knightley. Nic, tylko słuchać, oglądać i cierpieć w głębi ducha lub oddychać z ulgą, że to już za nami (nie krępować się jak ktoś potrzebuje chusteczki).


