Here with Me, czyli Dido i skojarzenia

Już zdradziłem się tu kiedyś ze swoją małą fascynacją Dido, a zwłaszcza jej sztandarowymi utworami z jej pierwszych płyt. White Flag czy Thank You zawsze dobrze na mnie działają, natomiast w ostatnich dniach wyjątkowo solidnie uczepiło się mnie Here with Me i puścić nie chce. Brzęczy w uszach i brzęczy, a co gorsza, nie chce się ograniczyć tylko do sfery audio, ale multimedialnie uruchamia mi także wyobraźnię.

Ciocia Wikipedia podpowiada mi w tym miejscu, że oczywiście pieśń tę wykorzystano w znanym mi tylko z relacji filmie Bounce i w równie mi znanym serialu Roswell (wujek Gógiel ciekawskim pomoże). Bez pomocy cioci wiem natomiast, że przede wszystkim użyto jej w jednym z moich ulubionych filmów, i to na dodatek w jednym z jego ulubionych wątków. Andrew Lincoln tworzy w Love, actually fenomenalną kreację najzwyczajniejszego nieszczęśliwie zakochanego faceta (spoiler: nieszczęśliwie, bo w narzeczonej i żonie swojego najlepszego kumpla). I kiedy jego (niczego nieświadoma jeszcze) ukochana przychodzi do niego zobaczyć film z własnego ślubu, Here with me brzmi z siłą wręcz niezrównaną, tworząc scenę doskonałą, w której Lincoln jest uosobieniem wszystkich nieszczęśliwie zakochanych (rzućcie kamieniem, kto takiego uczucia nie przeżył).

andrew lincoln keira knightley love actually to właśnie miłość

A zwłaszcza kiedy ukochaną jest zjawiskowa Keira Knightley. Nic, tylko słuchać, oglądać i cierpieć w głębi ducha lub oddychać z ulgą, że to już za nami (nie krępować się jak ktoś potrzebuje chusteczki).

Ośmiornica i faworki

Kiedy dawno temu spędzałem czas w Państwie Muammara (serdecznie zapraszamy na dożywotnie wczasy w Wenezueli czy Nigrze), regularnie jeździliśmy nad morze (dwie godziny i na miejscu). Paru znajomych z wielkim zamiłowaniem wskakiwało tam pod wodę i z zabójczymi kuszami polowało na morską faunę, jedni się specjalizowali w zwykłych rybkach, inni w murenach, a jeszcze inni w ośmiornicach.

murena - grazie italiano ośmiornica

Zapadło mi w pamięć, że złowione ośmiornice – żeby potem lepiej się nadawały do spożycia lub przechowywania – trzeba było najpierw solidnie wytłuc. Stawał więc mocny facet przy skale, brał ustrzeloną ośmiornicę w garść (oczywiście jeśli już nie uciekała) i tłukł nią solidnie o tę skałę raz za razem, nie pamiętam czy „przepis” mówił o 20, 30 czy 50 uderzeniach (a potrafił ich kilka sztuk w ciągu dnia wyciągnąć).

Przypomniało mi się to wczoraj przy robieniu faworków. Nie liczyłem, ile razy trzepnąłem ciastem o blat, ale w ciągu 15 minut było tego na pewno sporo razy. Nie pamiętam nic ze smaku tamtych ośmiornic (jeśli w ogóle spróbowałem), ale faworki rozpływają się w ustach.

Polakom znowu wiatr w oczy wieje

Ten stary idiom na skoczni jest niejednoznaczny, ponieważ wiatr w oczy, to wiatr pod narty, a ten pozwala lecieć (o ile dyrektor zawodów natychmiast nie obetnie rozbiegu) – czyli korzystny. Polscy skoczkowie en masse nie potrafią jednak szczególnie wiatru wykorzystywać (włącznie z Królem Adamem,  który od zawsze bazuje przede wszystkim na odbiciu, a nie na umiejętnościach lotniczych), przez co często lepiej im idzie przy wietrze słabym, żadnym lub zgoła niekorzystnym (w plecy). Pisałem o tym niemal równo rok temu po drużynowym konkursie w Vancouver, mogę się tylko pod tym podpisać dzisiaj. Przez cały konkurs wiało pod narty, nawet solidnie, co pozwoliło polatać rywalom. Efekt? Nawet upadek Freunda nie pomógł.

I nie ma co rozliczać indywidualnie. Jest faktem, że w porównaniu do zawodów drużynowych w Willingen, na których zdobyliśmy miejsce „medalowe”, Hula stracił na formie, zaś Uhrmann zyskał, a i Norwegowie solidnie ją podciągnęli. No i tam wiało w plecy..

O widelcu (a właściwie to tak bardzo nie miałem pomysłu na tytuł że aż o nim zapomniałem)

Poruszając się po kuchni popołudniową porą, zacząłem się rozglądać za przygotowanym do konkretnej czynności widelcem, który zgodnie z prawem Murphy’ego postanowił schować się z pola widzenia. Szukając go (nawet jeśli były to głównie gorączkowe poszukiwania w pamięci, gdzie go właściwie ostatni raz widziałem), mruczałem pod nosem różne niepochlebne rzeczy na jego temat, i nagle przybrały one formę:

Widelec! Widelec? tak na mnie wołają
ludzie spoza mego miasta, pewnie oni rację mają
że Widelec! Widelec? to równy gość,
jeśli w to nie wierzysz to… [censored]

Kiedy powtórzyłem to ładnych parę razy, doszedłem do wniosku, że ma to nie mniej sensu i uroku, niż w przypadku oryginalnego sztućca (zamieszczam wersję łagodniejszą, tę bardziej mejnstrimową, bo samo wspomnienie i tak daje do myślenia, dlaczego półtorej dekady temu uważało się to za coś ożywczego, jak na polską scenę muzyczną; wersja full hardcore na YT w linkach).

Widelec znalazł się.

Małyszowa nie odlatuje

Przed igrzyskami w Vancouver dość głośna była sprawa procesu o włączenie do programu Igrzysk także skoków kobiecych. Pisałem wtedy, że skoki kobiece jako takie na razie nie spełniają warunków rozpowszechnienia, a w rywalizacji z mężczyznami panie nie mają praktycznie szans. Sąd kanadyjski nie zrobił rewolucji, ale federacja trochę dla świętego spokoju, a trochę dla popularyzacji skoków kobiecych postanowiła je włączyć do programu mistrzostw świata.

Zawody mistrzowskie rozegrano dzisiaj na normalnej skoczni, w gęstej mgle bezkonkurencyjna była Austriaczka Iraschko z wynikiem 231 pkt, czyli wg moich prywatnych standardów oddała dwa niezłe skoki.

Na tej samej skoczni parę godzin wcześniej odbyły się kwalifikacje do jutrzejszego konkursu męskiego. W liczbach bezwzględnych Iraschko ze swoimi skokami po 97 metrów uplasowałaby się w końcówce pierwszej dziesiątki (sporo pań mogłoby zresztą liczyć w tym układzie na awans do konkursu głównego), ale jest jedno ale. O ile panowie skakali z szóstej belki, o tyle dla Iraschko w pierwszej serii specjalnie obniżono rozbieg do belki.. dwudziestej (reszta pań skakała z 21, przewaga szybkości na progu rzędu 3 km/h). Uwzględniając gate factor, od wyniku Iraschko należałoby odjąć około 48 punktów, przez co mogłaby ona walczyć jedynie o miejsce przedostatnie, i to chyba głównie dlatego, że Diego Dellasega nie poradził sobie z silnym wiatrem pod narty. Do przedostatniego w stawce Rumuna Tudora (yes! yes! dlatego lubię mistrzostwa) traciła około 10 punktów.

Życzę paniom na skoczniach jak najlepiej, ale na razie to zupełnie inna liga jest.

O żeż w mordę, ale zimno

Zima w tym tygodniu solidnie nam o sobie przypomniała, obficie częstując nas mrozem. Przy dwucyfrowym wskazaniu termometru wychodząc z przytulnego domu doznajemy niemal szoku i nieraz rwą się nam na usta brzydkie słowa, którymi instynktownie próbujemy się ogrzać, jednocześnie wstydząc się przed samym sobą na nieokrzesany język (w tytule notki użyłem bardzo, hmm, łagodnej formy).

Czy ten instynkt jest słuszny? Sprawdzeniem tej kwestii zajęli się, a jakże, Pogromcy mitów, aczkolwiek prawdę mówiąc skupiali się na problemie znoszenia bólu i wściekłe zimno było tylko najbardziej cywilizowaną formą jego zadawania. Przeprowadzone przez nich testy wykazały, że kiedy wkładali rękę do lodowatej wody z zadaniem wytrzymania jak najdłużej, osiągali zwykle lepsze rezultaty, kiedy klęli jak szewcy, niż kiedy wygadywali pod nosem (choć z tą samą ekspresją) słowa całkiem niewinne, jak „pomidor”.  A więc to jednak działa!

W tej chwili na dworze -7. Czeka mnie jeszcze spacer z psem. Lepiej nie słuchajcie, co będę mówił:)

Opowieść prosto z magla

Wypadło mi dzisiaj popołudniową porą odebrać rzeczy z magla (tak, jeszcze istnieją i działają). Podjechałem pod kamienicę, wszedłem, stanąłem pod drzwiami. Zamknięte, ale na drzwiach jest przycisk z napisem „dzwonić”, więc nacisnąłem. Po chwili na schodach rozległ się tupot (właścicielka ma mieszkanie piętro wyżej) i pojawiła się starsza pani, który usprawiedliwiającym tonem rzekła:

– A bo tam Justynka właśnie dobiegła na piątym miejscu..

No i sobie jeszcze miło pogawędziliśmy o biegach narciarskich (niestety nie byłem w stanie dopasować rozkładu dnia do rozkładu transmisji). Jak to w maglu:)

750

Tak policzyłem, że to jest okrągła 750-ta notka. Oznacza to, że mniej więcej trzymam tempo pisania jednej notki na czarny dzień. Jeśli je utrzymam, to gdzieś za rok stuknie tysięczna:) Więcej wywodów teraz nie będzie, bo wkrótce trzecie urodziny, to może mi się wtedy będzie chciało jakieś rozważania filozoficzno-statystyczne prowadzić.

Muammar Kaddafi

Minęło niedawno ćwierć wieku, odkąd miałem okazję zetknąć się z jego państwem. Był wszędzie ze swoimi podobiznami oraz cytatami ze swojego wielkopomnego dzieła. Dzisiaj trudno mi może odnaleźć dokładne odzwierciedlenia podobizn z tamtego czasu, ale te dwa będą nienajgorsze:

muammar kadafi kaddafi qaddafi gaddafi painting obraz muammar kadafi kaddafi qaddafi gaddafi photo zdjęcie

Był to towar powszechnie dostępny i żartowaliśmy sobie nieraz, że pokażemy przywiązanie nabywając dywanik, po czym przeznaczymy go na wycieraczkę (były też pomysły z tarczą do rzutek, ale to już bardziej sztampowe). Nie ukrywajmy: nie odważylibyśmy się tego zrobić tam na miejscu, gdzie na wszelki wypadek traktowaliśmy go jak Sami-Wiecie-Kogo, nie wymawiając nazwiska, żeby nie prowokować głupich myśli ze strony lokalnych; w stałym użyciu były pseudonimy typu „prezes”, „Kazio” czy „Kowalski” (to z tych, które dobrze zapamiętałem), a i to najlepiej wśród swoich (różni Libijczycy sporo czasu spędzali w Polsce i nigdy nie było wiadomo, który ile być może po polsku rozumie). Aż nagle zobaczyłem sceny, które to wszystko przypomniały:

girl kicking kaddafi's picture
(za blogiem Al Jazeera, choć nie wiem, czy zdjęcie robione na ulicach libijskich)

Kiedy ponad 20 lat temu odzyskiwaliśmy w wyborach wolność, byłem wśród tych portretów. Jechaliśmy na głosowanie jakieś 100 czy 150 km, potem nasłuchiwaliśmy Jedynki i Wolnej Europy, co powiedzą o wynikach, nie uczestnicząc bezpośrednio w tej radości. Dzisiaj, kiedy Libijczycy być może odzyskają wolność, jestem równie daleko od nich, jak wtedy „od nas” i wypatruję strzępów wiadomości, jakie można znaleźć przez Internet. Mam nadzieję, że skończy się dla nich radośnie. Dla niego..