Kocham cieee jak Irlandieee

Notka dedykowana członkom OBS, aktualnym, czynnym, byłym i honorowym

Jak wiadomo, Polska jest bliska Irlandii: Polska katolicka i Irlandia katolicka, w Polsce i w Irlandii uprawia się ziemniaki i używa na dużą skalę produktów przerobu ziemniaka, Irlandia jest zawsze Zieloną Wyspą, a my aktualnie, i tak dalej.. Nie dziwi więc, że jeden z hitów początku lat 90-tych (tak, zanim weszliśmy do Unii!) nawiązywał do tej bliskości.

Właściwie tak się jakoś złożyło, że nigdy tego utworu nie miałem na płycie ni kasecie, w radio go słuchałem jakby z oddali, więc nie zwracając uwagi na niuanse. Poznałem go dokładnie głównie z wykonań przyogniskowych i podobnych, a capella lub przy gitarze, z pomocą śpiewników przepisywanych do brulionów A4A5* w kratkę.

I dopiero jakoś w całkiem niedawnych czasach usłyszałem go w całej.. okazałości, słuchając radia przez słuchawki. Odtwarzam go sobie dla potwierdzenia odczuć z wersji dostępnych w sieci i nic się nie zmienia: dalej takie samo chrypienie i fałszowanie Kobry. Wszystkie szalone wykonania na koniec wieczoru na chatce czy przy ognisku, mogłyby być z dumą prezentowane publicznie (gdyby ktoś naście lat temu je był w stanie zarejestrować), nie ustępowałyby wiele wersji oryginalnej (na płaszczyźnie wokalnej oczywiście, bo wiosła zawsze robią swoje).

a ty się temu nie dziwisz
wiesz dobrze jak byłoby dalej
jak byśmy byli szczęśliwi
gdybym nie poszedł spać wcale

*dawno się nie używało brulionów na śpiewniki.. a na dodatek blox nie chce mi przekreślać, fuj

Pan Stanisław z Tarnowskich Gór

Jechałem w ostatnich dniach spokojnie między jednym a drugim śląskim miastem (nawet nie powiem gdzie dokładnie, bo sam czasem nie mam pewności, w którym mieście jestem w danym momencie). Przede mną jechała sobie równie spokojnie furgonetka. W ramach nieustającego obserwowania otoczenia (i własnej małej fiksacji na punkcie tablic rejestracyjnych) zerknąłem na tablicę furgonetki, zauważając, że gdzieś ją zgubiła i posiadała jedynie wyrób zastępczy. Potem zaś zastanowiłem się nad treścią tablicy zastępczej.

Pierwsza myśl była taka, że ktoś sobie zafundował odrobinę zabawy z tą tablicą. Po chwili namysłu doszedłem jednak do wniosku, że żadnej zabawy w tym nie ma, tylko wyszedł bardzo ciekawy efekt. Napis na tablicy zastępczej brzmiał bowiem STACH20.

Nie, nie oznacza to wykupienia tablicy z indywidualną treścią (taka musiałaby mieć formę S”cyfra” „napis”, czyli np. S2 TACH). Po prostu w powiecie Tarnowskie Góry wydaje się już (wydano już?) tablice z kombinacją literowo-cyfrową zaczynającą się od CH (i dwie cyfry). Furgonetka miała zwyczajnie numery STA CH20. Takie nic, ale jakie fajne:)

No jakby wiosna

Tak się miło porobiło. Śniegu od dawna właściwie ani widu, a od kilku dni tak cieplutko, że nawet grube tafle lodu na stawach się porozpuszczały. Trawa jeszcze się nie zieleni (spłowiała straszliwie przez ten bezśnieżny a mroźny miesiąc czy więcej), ale pierwsze motyle już kolorem cieszą (nawet jeśli tylko cytrynki). Od dwóch dni już nawet bez płaszcza do roboty jeżdżę.

A co zwierzęta* robią to aż szkoda gadać. Koty latają jak w marcu (zły przykład), psy dostają szajby na każdym rogu, wiewiórki niespecjalnie chcą przychodzić po orzechy, ptactwo zaczyna kląskać. No i dowód rozstrzygający: żółw nie dość że patrzy tęsknie na dwór, to jeszcze zaczyna jaja znosić.

jaja żółwia czerwonouchego

Chociaż wredni meteorolodzy mówią, że od czwartku ma się pogoda spieprzyć i wrócimy do przedwiośnia.

*tak, wiem, motylek też stworzenie boże, ale jakoś tak się słowo zwierzę bardziej z kręgowcem kojarzy a i to nie z każdym

Jedna piąta

Junior aż do bólu polubił ostatnio wszelkie zajęcia z kalendarzami. Otrzymał między innymi na wyłączny użytek kalendarz „kartkowy” (na każdy dzień osobna kartka, najczęściej z jakąś bzdurą na odwrocie) i oczywiście pracowicie zrywa co dnia kartkę za dzień poprzedni (jak pojedziemy na wakacje, to chyba będzie trzeba zabrać ze sobą). Co gorsza jednak, pracowicie czyta te bzdury z odwrotu (żeby nie powiedzieć, że się ich uczy na pamięć) i pieczołowicie składa w specjalnym pudełku.

Dziś rano zaczął liczyć, ile tych zerwanych kartek nazbierał. Po paru minutach radośnie zakomunikował Ojcu, że jest ich 73. Ojciec zliczył dni w myślach i stwierdził poprawność obliczeń. Wprawiło go to w na tyle dziwny nastrój, że przy tej okazji dostrzegł, że 73 to dokładnie jedna piąta z 365. A zatem 14 marca upływa jedna piąta roku (jakby nie post to można było imprezę z tej okazji zrobić).

To tylko ucieczka przed powracającą natrętnie myślą o tym, jak będzie wyglądało Juniora pudełko z karteczkami w listopadzie.

Tenis po indiańsku

Mecz w III rundzie Indian Wells to był dziwny mecz. Agnieszka Radwańska z Marią Kirilenko postanowiły sobie urządzić konkurs, której bardziej się uda zadziwić publiczność. Na początek Radwańska od niechcenia wygrała 8 gemów z rzędu (prowadząc 1:0 w setach, oczywiśćie). Potem Kirilenko wygrała 6 gemów z rzędu, wyrównując stan meczu. Potem nastąpiła seria sześciu breaków. Dopiero w siódmym gemie Kirilenko wygrała swój serwis, i za chwilę zdobyła kolejnego breaka. I zamiast wygrać swoim serwisem awans do IV rundy, przegrała 4 ostatnie gemy po kolei ( w trzecim secie na 12 gemów było aż 9 breaków).

Gratulując Agnieszce, nie można nie zapytać „i po co ten cały thriller”? Wiem, już kiedyś o tym pisałem. Widocznie inaczej się nie da, oby później sił nie zabrakło.

W ramach akcji Gloria victis, uhonorujemy Marię Kirilenko jak można najładniej:

Maria Kirilenko in action - isn't she pretty?

Mam tsy latka..

W życiu bloga, tak samo jak w życiu czlowieka, wszystko jest możliwe: szybki rozwój, stabilizacja, stagnacja albo i nagły koniec (jak w przypadku „unijnego” bloga Konrada Niklewicza, który niniejszym serdecznie żegnamy na blogrollu).

W przypadku Zapisków przy trzecich już urodzinach można chyba mówić o pewnej stabilizacji – trzymają się równie mocno, jak niezasłużenie:) w drugiej pięćsetce najpopularniejszych na Bloksie i utrzymują mniej więcej stałe tempo bytowania. W porównaniu do poprzednich urodzin zarzuciły na razie pomysły jakichś poważniejszych zmian, najbardziej rewolucyjnym pomysłem była ostatnio ewentualna zmiana nazwy jednej kategorii, ale jak widać, na pomyśle się skończyło.

Wszystkim odwiedzającym, zarówno starym znajomym jak i incydentalnym przechodniom, serdecznie się dziękuje. Pozdrowienia dla czytelników z różnych stron, którzy jak już zajrzeli, to chwilę spędzili – losowo (nawet na Oscarach czas na podziękowania jest ograniczony) Zapiski pozdrawiają gości z Providence, Mitaki, Welvyn Garden City, s’Hertogenbosch, Metzingen, Ostrowca, Giessen, Eindhoven i Wolsztyna. Szczególne zaś pozdrowienia (sponsorowane przez Google Analytics) Zapiski mają dla gościa ze Stambułu, który jak zajrzał, to przeklikał się od razu przez 100 notek, oraz dla tajemniczego Don Pedro z Mountain View (kontrola z Google?), który jak wpadł 12 grudnia (ten ze Stambułu zresztą też), to nie mógł się oderwać od Zapisków przez całą dniówkę:) (był to nawiasem mówiąc dzień, kiedy jakiś wesoły człowiek wrzucił na pierwszą stronę portalu Gazeta.pl link do notki na Zapiskach).

A zatem – Zapiski życzą teraz sobie dalszej dynamicznej stabilizacji.

Eho Miasta, czyli o narastającym problemie zaniku korekty

Stojąc na światłach, wziąłem od ulicznego dystrybutora darmową gazetę Echo Miasta. Przejrzałem w domu, zwróciłem uwagę na tekst o policyjnej akcji karania za jeżdżenie lewym pasem, utrzymany w dość dydaktycznym tonie. Zamarłem na widok zdania, w którym policjant mówił coś „bez wachania”.

Prawdziwy szok przeżyłem jednak z ostatnim zdaniu, w którym zobaczyłem trudne do przeczytania słowo „pobódka”. Nie, nie chodziło o neologizm związany z delikatnym używaniem rogów, tylko o czynność wyrywania kogoś ze snu.

Kiedy dawno, dawno temu w gazetach istniała korekta, takie coś nie miało prawa przedrzeć się do druku. Działało to przede wszystkim na świadomość dziennikarzy, natomiast odkąd korektorów zastąpiło podkreślanie wyrazów przez edytor tekstu (opcja wyłączalna), to chyba zabrakło dziennikarzom dobrego wzorca, a może i bata. Edytor można wszak zawsze zlekceważyć.

Spal wszystkie kalendarze

Niejaki Piotr Szczepanik kiedyś lirycznie zgłaszał kiedyś taki postulat wyłącznie do kalendarzy koloru żółtego.

Kiedy jednak Junior dopada dowolnego kalendarza i zaczyna z niego seryjnie odczytywać, kto w kolejnych dniach ma imieniny, to Rodzice najchętniej rozciągnęliby ten postulat na wszystkie barwy i mieszanki kolorystyczne.

I nie ma to związku z wojną tradycji imieninowej z urodzinową.

Pokój z atrakcjami

Przyjemnym, relaksującym zajęciem jest przeglądanie zupełnie bez celu katalogów turystycznych, drukowanych nie wiadomo dla kogo, więc zbieranych w biurach bez większego żalu. Czy patrzy się na ofertę narciarską na Słowacji, czy na obóz survivalowy w Giżycku, czy też na objazdówkę po Ukrainie, czy wreszcie na tropikalny relaks w Kenii – zawsze może się trafić jakaś perełka (a nawet jak nie, to przynajmniej zostają ładne zdjęcia).

Przeglądałem właśnie ofertę wycieczek objazdowych jakiegoś nieznanego mi dotąd biura. Przy wycieczce do jednej ze stolic europejskich zerknąłem z zaciekawieniem (znając realia i stolicy, i takich wycieczek) na szczegóły zakwaterowania. Oferta sama w sobie była obiektywnie ciekawa, a nadto zawierała zupełnie nieprzewidzianą odrobiną atrakcji. Zakwaterowanie przewidziano bowiem w „hotelu na obrzeżach miasta z dobrym dostępem do komunikacji miejskiej w pokojach 2-osobowych„.

I już wiedziałem, skąd wzięła się nieśmiertelna fraza „Tramwaj przejechał mi przez śniadanie…„. Składnia bywa zwodnicza.

Kamilu, Kamilu…

Nie udało się Adamowi Małyszowi zakończyć kariery drużynowym medalem mistrzostw świata. Jak nieraz przedtem, po jednoseryjnym konkursie skończyło się na piątym miejscu. Decyzja o rezygnacji została podjęta, bo wiatr kręcił straszliwie, a wyniki były szczerze mówiąc mocno przypadkowe. Do medalu zabrakło 17 punktów.

Nasze orły krytycznie się wypowiadają o przerwaniu konkursu, a celuje w tym Kamil Stoch, nazywając tę decyzję „barbarzyństwem, które odebrało nam szansę walki o medal„. Czuję się zmuszony zwrócić jednak uwagę, że gdyby Kamil w swoim skoku skoczył na miarę tego, czego od niego oczekujemy (nawet jeżeli wiatr miał średni i zmienny, a w końcowej fazie dziurę w powietrzu), to medal byłby najzupełniej realny i po jednej serii. Jeżeli zawodnik aspirujący do medali oddaje skok, który w konkursie indywidualnym prawdopodobnie wyeliminowałby go z drugiej serii, to zastrzeżenia powinien mieć przede wszystkim do siebie – że nie skoncentrował się w pierwszym skoku tak dobrze, jak potrafi to zrobić w skoku drugim (co Kamil wielekroć już pokazywał, także na tych mistrzostwach). 113,5 metra, 100 punktów – to o 10 metrów i 18 punktów za mało (nie wspominając o prawdopodobnej różnicy w nocie za styl po locie o 10 metrów dalszym).

Swoją drogą, konkurs był na tyle nieprzewidywalny, że słowo szansa było na miejscu w swoim loteryjnym odcieniu. Kiedy pomyślę, że przy skoku Adama średnia prędkość wiatru wynosiła ponad 2,5 metra na sekundę (18 punktów odjętych!) , to tracę wiarę w jakąkolwiek przewidywalność następnych rezultatów; poza, niestety, dość przewidywalną średniością skoku Stefana Huli, który tym razem ewidentnie nie trafił z formą (aczkolwiek większe pretensje mam zdecydowanie do Kamila).

A chyba najbardziej mi żal Michaela Uhrmanna. To miał być zdaje się jego ostatni skok w karierze, miał w swoich nogach pożegnalny medal (i w tamtym momencie nawet wydawało się, że ma szansę, by był to medal złoty). Skoczył jeszcze słabiej niż Stoch i Hula, do medalu jakiegokolwiek zabrakło Niemcom 0,7 punktu. Cóż, może Pani Fortuna odebrała mu dzisiaj to, co dała 9 lat temu, kiedy w Salt Lake City w wyścigu o drużynowe mistrzostwo olimpijskie wyprzedzili Finów o 0,1 punktu…