Amsterdamska wiosna

To było wiosną, byłem tam, może za krótko, nie wiem sam.. To była wiosna 10 lat temu, kawałek czasu. Amsterdam od tej pory się pewnie wiele nie zmienił, zwłaszcza w sprawach najistotniejszych:

amsterdam prinsengracht amsterdam prinsengracht muzeum życia na barce

Kanały, barki, kwiaty. Tamta wiosna nad kanałami była zimna jak przedwiośnie nad kanałem białomorskim, więc czas chętniej spędzało się jednak w pomieszczeniach, zarówno gastronomicznych, jak i muzealnych:

amsterdam kattenkabinet

(Kattenkabinet, czyli muzeum kocich wizerunków).

Mam problem ze spisem powszechnym

Problem nie polega na tym, że nie lubię spisów (przeżyję), boję się podać dane (w zbyt wielu miejscach już są, choćby po poprzednim spisie) czy że nie ufam rachmistrzowi bądź internetowi. Problem polega na tym, że nie do końca wiem, jak odpowiedzieć na pytania, a zwłaszcza na jedno.

Nie próbowałem się jeszcze logować na stronie GUS (wszyscy to teraz robią i tłok jest pewnie), więc treść pytań znam głównie z rozmaitych przekazów. Jest więc ponoć pytanie „Czy odczuwa Pan(i) przynależność etniczną do innego narodu lub wspólnoty etnicznej?”, z którym mam problem „co poeta miał na myśli”. Zapewne dla socjologa i paru pokrewnych zawodów jest to pytanie oczywiste, ale na mój prywatny użytek, biorąc pod uwagę moje prywatne podejście do rzeczywistości, to problem jest. Nie wiem bowiem, na ile mój własny osobisty związek z regionem, sympatia dla jego historii i mieszkańców o stażu dłuższym niż mój i mojej rodziny, pozwala na zobiektywizowane uznanie aspirowania do wspólnoty.  Z tą wspólnotą zapewne mam wspólność niektórych celów i dobrosąsiedzkie stosunki, ale czy to wystarcza? Pytanie było projektowane chyba dla trochę innych przypadków niż mój..

Chcę potraktować spis poważnie, a nie jako rodzaj deklaracji, więc się głowię. Swoją drogą, nie wiem do czego per saldo to pytanie będzie zmierzało, bo porównuję z podobnym pytaniem w spisie angielskim – tam „podstawową” grupą etniczną jest zjednoczonokrólewska, opisana jako „angielska/walijska/szkocka/północno-irlandzka/brytyjska”, w opozycji do choćby irlandzkiej (przy czym odmiennie niż u nas, nie jest to traktowane jako opozycja do pytania o narodowość, a raczej jako pytanie o pochodzenie, bo do prawidłowego zakwalifikowania znaczenie ma i kolor skóry).

Dżem akustycznie

To już całkiem stara płyta, nagrana na fali ówczesnej mody (zainicjowanej przez MTV Unplugged), wiosną 1994 roku Zawiera osiem utworów z różnych lat, niektóre zagrane prawie tak samo, a inne niemal do poznania. Szokiem może być Wehikuł czasu, w wersji oryginalnej dynamicznie rockowy, tu zagrany manierą prawie beatlesowską, i to w stylu Let it be (to zaskoczenie nawet dla tych, którzy utwory Dżemu znają i w wersjach studyjnych, i koncertowych).

Ale najbardziej niesamowite wrażenie na tej płycie robi Mała Aleja Róż. We wszystkich znanych mi wcześniej wersjach był to manifest wnerwionego faceta, który ma ochotę potrząsnąć swoim dotychczasowym życiem i pójść naprzód. Wersja akustyczna jest zaś zaskakująco liryczna, wyciszona, spokojna, sprawia wrażenie, że podmiot liryczny próbuje się wycofać w bezpieczne zacisze.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy ten album po raz pierwszy miałem w ręce (oficjalna strona zespołu podaje datę wydania sierpień 1994), ale kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę wersję Małej Alei Róż, pomyślałem: to jest utwór pożegnalny. Rysiek Riedel zmarł 30 lipca 1994 roku.

W trosce o konsumenta nie liczymy się z ekologią

Dzisiejsza GW pisze o wprowadzaniu przez prawodawców tzw. Europejskiego Ujednoliconego Formularza Kredytowego, który ma zawierać podstawowe informacje o kredycie, żeby konsument mógł go łatwiej porównać z ofertą konkurencji. Zerknąłem do projektu ustawy, który przewiduje podawanie tej informacji „na trwałym nośniku”, w formie zgodnej z wzorem ustalonym przez ustawodawcę. Są trzy rodzaje takiego wzoru. Liczą sobie od 4 do 6 stron.

Z doświadczenia wiem, że bankowcy przygotowując dokumenty kredytowe, robią co mogą, żeby zmieścić umowę na jak najmniejszej liczbie kartek papieru (a teraz tak na oko licząc 60 do 80% treści umowy kredytowej zawierają klauzule wymagane przez przepisy „dla ochrony kredytobiorcy”). Ma to oczywiście swój wymiar ekonomiczny (papier kosztuje), ale też jedną z dyrektyw współczesnej cywilizacji jest odchodzenie od papieru wszędzie tam, gdzie nie jest to konieczne (patrz: e-administracja). „Europejski Formularz Kredytowy” jest jak najbardziej krokiem wstecz w tym zakresie, zwłaszcza że część informacji zawartych w formularzu ma znaczenie (na naszym rynku) dla mniej niż procenta zainteresowanych – a jednocześnie śmiem wątpić, aby wpłynął istotnie na jasność rozumienia warunków umowy, zarówno przed jej podpisaniem, jak i po nim.

Być może uda się ten formularz skondensować i będzie się mieścił na jednej dwustronnie zadrukowanej kartce, ale póki co, mogę jedynie wyrazić przerażenie. Oczywiście, z formalnego punktu widzenia bank będzie mógł przekazać dane i w formie elektronicznej, ale nietrudno sobie wyobrazić, jaka część potencjalnych kredytobiorców z tej możliwości skorzysta.

Zabrali mi ciemność

Ostatnio wzdłuż głównej drogi strasznie coś kombinowali z elektryką. Sądziłem zrazu, że naprawiają jakieś usterki po niedawnych wichurach (dzięki którym miałem notabene dzień unplugged, zrazu zdawało się, że tylko poranek, ale komunikaty Vattenfalla były coraz bardziej pesymistyczne, w sumie skonczyli chyba po 8-9 godzinach). Dzisiaj mieli robić coś w najbliższej okolicy, bo nawet zapowiadali wyłączenia u sąsiadów.

Wyszedłem wieczorem z psem, idę niespiesznie i nagle: ki czort? Co to za zmiana w scenach mojego widzenia? Tam, gdzie zwykle lubiłem popatrzeć na gwiazdy, wali jasnością po oczach. No tak: te roboty, to modernizacja całego oświetlenia ulicy, a przy okazji dostawienie paru dodatkowych latarni. Niektórym pewnie w to graj, ja jednak póki co ze smutkiem stwierdzam, że tyle by było z akcji Ciemne niebo.

Nie lubię tego. Patrzeć na gwiazdy będę musiał chodzić gdzieś w bok, na skraj łąki (ale wtedy niestety już nie ma tak równo pod nogami).

Pług pługowi nierówny

Wypatrzył Junior na jakimś plakacie adres „ul. A.Pługa” i oczywiście musiał zadać Rodzicom pytanie „a co od czego pochodzi to A.”. Rodzice popatrzyli na siebie nieco bezradni, bo odpowiedź zgodna z prawdą nie należy do oczywistych, jeżeli nie jest się historykiem literatury polskiej lub nie obracało się w XIX-wiecznym świecie literackim Warszawy. W końcu jednak za sprawą wujka Gógla i cioci Wikipedii, Rodzice udzielili odpowiedzi, że A. pochodzi od imienia Adam. Na co Junior z miną nieprzekonaną stwierdził:

– A bo ja myślałem, że to jest od Amsterdamskiego Pługa!

Rodzice też by woleli. Pługa żadnego wprawdzie w Amsterdamie nie widzieli, ale Amsterdam duży jest i wiele ciekawych rzeczy w nim można znaleźć.

Niedobry czas dla wyścigu

Czas w Formule 1 jest wszystkim. Czas spędzony na projektowaniu i testowaniu przekłada się potem na czasy okrążeń. Czasy okrążeń decydują o miejscu na starcie albo i o udziale w wyścigu w ogóle, jak się boleśnie przekonało HRT (swoją drogą, przez całe dwa dni w Australii udało im się zrobić raptem parę mierzonych okrążeń w kwalifikacjach – naprawdę znowu nie byli w stanie zdążyć z poskładaniem bolidu? to po co było jechać na te Antypody…).

Czas ma znaczenie także i z innych względów – różnice czasu decydują o tym, o której wyścig będzie rozgrywany, w południe czy później, tak aby wyścig był oglądalny w strefach czasowych generujących największą widownię. W poprzednich latach zawodnicy nieraz na to narzekali, w tym roku jeszcze nie słyszałem.

Tym niemniej to prawie skandal, że termin tego konkretnego wyścigu na drugim końcu świata przypada na dzień, kiedy zmienia się czas na letni. Gdyby nie to, człowiek mógłby o godzinę dłużej pospać.

PS. To, że być może są niedobre czasy dla wyścigów, to temat na ewentualną inną notkę (bez obietnic).

Technika nie zawsze budzi zaufanie

Dzisiaj wybrałem się z sympatyczną dość wycieczką do miasta Bielska. Droga krajowa dwa pasma ma i nawierzchnię nienajgorszą, słoneczko podświetlało świat, więc jechało się miło. I nagle gdzieś w okolicach Czechowic-Dziedzic…*

Reklama przydrożna jakich wiele, ot, „przedsiębiorstwo wielobranżowe produkcyjno-usługowo-handlowe” (zapewne). Świadczyło interesujące usługi:

WĘDZARNIA RYB
YAMAHA
silniki skutery motocykle
(albo jakoś tak, ale w ten deseń)

Chyba nie kupiłbym tam wędzonej ryby. Wolę.. tradycyjne metody wędzenia.

*tak mi się wydaje, że nawet za Czechowicami

Plan: 17 medali?

Do rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie zostało już niecałe 500 dni. Z okazji okrągłej liczby, USA Today pokusiło się o symulację pełnych wyników medalowych (a nawet więcej, przyznajmy, bo czołowych ósemek). Wynik wypada nienajgorzej z naszego punktu widzenia, bo „przewidziano” nam 15 miejsce w tabeli medalowej (w ujęciu amerykańskim, czyli liczba medali jest ważniejsza od koloru), z 17 medalami, w tym 3 laurami mistrzowskimi: dla Anity Włodarczyk, Piotra Małachowskiego i Marcina Dołęgi.

To oczywiście tylko zabawa, ale też jakiś punkt odniesienia (tak nas w tej Hameryce widzą). Jeżeli przyjmiemy podejście hurraoptymistyczne, to powinno być jeszcze tylko lepiej. Może też oczywiście pójść znacznie gorzej (kontuzje, spadki formy, nowi genialni rywale i inne przypadki zwykłego pecha). Jak kto lubi.

W każdym razie zostało niecałe 500 dni.

Nosku nosku…

Wśród małych dzieci (lub przynajmniej rodziców małych dzieci) dość powszechna jest zabawa pt. „nosku nosku Eskimosku” (lub inne formy gramatyczne); jakby ktoś nie pamiętał z dzieciństwa lub nie przeszedł jeszcze tego etapu z dziećmi własnymi lub zaprzyjaźnionymi, to polega to na trącaniu się nosami naśladując powitanie rdzennych mieszkańców Grenlandii i okolic (mniej więcej tak, tylko bardziej).

Nie dawno Matka w ramach domowej edukacji opowiedziała Juniorowi o Arktyce, Grenlandii, jak również o mieszkańcach tych zimnych okolic. Junior wysłuchał uważnie i.. przestał się bawić w „nosku Eskimosku”.
Teraz bawi się w „nosku nosku Inuitku„.

Grzeczne dziecko, Inuita nie obrazi.