Jeszcze o wypadku Małysza

Wypadek Adama Małysza podczas niedzielnego konkursu skoków w Zakopanem wzbudził nieoczekiwanie wiele kontrowersji. W telegraficznym skrócie poniżej najistotniejsze z nich:

1) Pijany Kruczek kazał Małyszowi lądować w tych warunkach.
2) „Ten skok w tych warunkach w ogóle nie powinien się odbyć” – mówi specjalista z miesięcznika „Narciarska Polska”.
3) Były skoczek narciarski Robert Mateja twierdzi, że Małysz popełnił szereg błędów, m.in. nie kwitował poleceń Tepesa z wieży
4) Winę Małysza potwierdza też raport Międzypaństwowego Komitetu Narciarskiego.
5) Apoloniusz Tajner twierdzi jednak, że raport jest niekompletny, bo nie uwzględnia błędów Waltera Hofera.
6) Tymczasem pełnomocnik Izabeli Małysz w wywiadzie dla radia Ślinotok FM mówi, że „nie można wykluczyć hipotezy zamachu ekip austriackiej i szwajcarskiej”
7) Widziano też pracowników sztabu szkoleniowego Federacji Rosyjskiej rozkładających kable od oświetlenia progu po incydencie.
8) Po upadku na skoczni słychać było strzały.
9) Tepes odradzał lądowanie w Zakopanem. Proponował wykonanie manewru na alternatywnej skoczni w Wiśle.
10) Niektórzy komentatorzy nie wykluczają bezpardonowego zamachu na lot Adama Małysza.
‎11) Całą winę za upadek ponosi kontroler wieży lotów, który nie poinformował Małysza o odchyleniu od toru lądowania
12) Po dramatycznych i niecenzuralnych wypowiedziach Hoffera i Tepesa można wnioskować, jak bardzo napięta atmosfera panowała na wieży.
13) Przed Małyszem wylądował szczęśliwie Żyła, jednak jak się później okazało podchodził do lądowania bez zgody wieży. Zostaną wyciągnięte wobec niego surowe konsekwencje
14) Fani Małysza zapowiedzieli postawienie krzyża w miejscu katastrofy.
15) Adam Małysz w chwili upadku miał 33 lata i wylatanych 5384 godzin.
16) Trwa ustalanie, czy Małysz miał wyskakaną wymaganą przepisami ilość godzin na symulatorze Ski Jump DeLuxe

Starzy pisarze nie lubią nowych postaci

Odwiedziłem dzisiaj w wolnej chwili empik, porozglądalem się tu i tam z głupia frant, i nie bez zaskoczenia zobaczyłem na półce zestawienie dobrze znajomego nazwiska z zupełnie nieznanym tytułem. Cóż, żyjemy już w świecie, w którym nowa powieść Fredericka Forsytha nie jest żadnym zdarzeniem, dla mojego świata to jednak wydarzenie. Czym prędzej zdjąłem ostrożnie z półki egzemplarz najnowszej powieści Mistrza, żeby zorientować się, czego można się będzie tym razem spodziewać. Spojrzałem na tylną okładkę do obowiązkowego opis, i – westchnąłem ciężko, widząc znajome nazwiska.

Już w „Afgańczyku” mieliśmy (nie licząc powtórki z rozmaitych pomniejszych motywów, takich jak odludzie w zachodnich Stanach czy sesja szkoleniowa w zacisznym szkockim zamku) powrót do wcześniej wymyślonych głównych bohaterów, czyli znanych z „Pięści Boga” rodzeństwa Mike’a i Terry’ego Martinów (ba, nawet sposób, w jaki Terry „wrabia” brata w straceńczą misję został faktycznie powielony). Tym razem powracają do nas (choć może nieco przewrotnie) bohaterowie „Mściciela”, czyli Calvin Dexter i Paul Deveraux (i nie chcieli już do pomocy Kevina McBride’a?). Pobieżny przegląd pozwala książki przy tym stwierdzić, że w zakresie wymyślania intrygi Mistrzowi wciąż pomysłowości nie brakuje – ale nowych bohaterów po 40 latach pisania już mu się wymyślać nie chce.

Ale w sumie nie za to go uwielbiamy:)

Książę Kamil i śnieżny potwór

Kim jest Król Adam, wiedzą wszyscy, wzmianki o Księciu Kamilu były dotąd zwykle kwitowane uprzejmymi uśmiechami („może kiedyś…”). Dzisiaj Kamil Stoch te uśmiechy zgasił (swoją drogą ciekawe ilu tych uprzejmie uśmiechających się pamiętało o jego czwartym miejscu na ostatnich mistrzostwach świata w Libercu). Wykorzystał znajomość skoczni, nie dał się stłamsić tylnemu wiatrowi i wygrał zasłużenie. Nie dał się nawet wystraszyć wywołanemu zaklęciami redaktora Szaranowicza śnieżnemu potworowi..*

snow monster in Zakopane

…w jakiego zamienił się po upadku Adam Małysz.

Adam Małysz na zeskoku Wielkiej Krokwi

*na filmie około 0:30.

Nie ma jak odpowiedni ekspert

Dzisiejsze sprinty w Otepaa oglądałem na TVP, bo Eurosport w tym czasie był w Melbourne. Ponieważ jednocześnie miałem w planie słuchanie dość interesującej audycji radiowej, wyłączyłem fonię w telewizorze i miałem „co innego widzisz, co innego słyszysz”. Nie udało mi się więc usłyszeć, z kogo składało się zacne grono ekspertów, któremu oddano głos, gdy tylko zaczynały się ćwierćfinały i półfinały męskie. Zerknąwszy w pewnej chwili, rozpoznałem jednak jednego z nich – i tu zaczyna się historia mojego zdziwienia.

Ekspertem tym (a może gościem tylko) był mianowicie niezły skądinąd kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Nie słyszałem, jak uzasadniano jego obecność, więc nie wiem, czy czuje się ekspertem od Estonii, czy też ma rozległe doświadczenie w rajdach zimowych (choć ostatnio startował w najzupełniej niezimowym Rajdzie Dakar), czy też może wreszcie biega dla relaksu na nartach. Ba, nawet jako prognostyk się nie nadawał, bo w ostatnim Dakarze zajął 5. miejsce, wyrównując swoje najlepsze osiągnięcie, a Justyna Kowalczyk poprawiła swoje najlepsze osiągnięcie w sprincie w Otepaa z miejsca 7. na 4.

A swoją drogą, taktyczne ogranie Bjoergen w półfinale było fantastyczne, choć niewiele brakowało, a byłoby czysto honorowe – gdyby nie szybkość tego biegu.

Oznaczanie odpadów

 

Segregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki – i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat – najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, taSegregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki – i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat – najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, tak że już nie jest źle.
Każde proste rozwiązanie ujawnia jednak problemy przy przypadkach bardziej skomplikowanych. Na workach są pewne adnotacje, czego w nich nie należy umieszczać (np. zatłuszczonych opakowań metalowych), ale przede wszystkim nie zawsze wiadomo, do jakiej kategorii zaliczyć poszczególnego śmiecia, zwłaszcza jak ma złożony skład. Dziś rano na przykład pozbywałem się paczki po kawie i poważnie się zastanawiałem – czy wewnętrzne opakowanie było bardziej aluminiowe, czy plastikowe, a kolorowa warstwa błyszcząca bardziej papierowa, czy plastikowa? W takich chwilach wzdycham za dyrektywą, która nakazałaby producentom opakowań umieszczanie na nich prostych oznaczeń co do sposobu utylizacji poszczególnych śmieci (mają już tyle obowiązków, że to doprawdy żaden problem) –  np. literowych, takich jak A-papier, B-plastik, C-metal, F-tetrapak etc. Nie mając odpowiedniego pojemnia, używałoby się ogólnego, ale byłby to krok do przodu.  A przynajmniej tak mi się wydaje.
Segregacja odpadów to jedno z tych pól, na których mamy nieustające zapóźnienie względem tzw. cywilizowanej Europy. Ustawienie w centrum miasta obok zwykłych śmietników, kontenerów na podstawowe rodzaje odpadów było zresztą zawsze problemem nie do rozwiązania, więc ludzie też się nie przejmowali, bo po co segregować, skoro i tak nie ma gdzie posegregowanego mądrze się pozbyć (firmy śmieciarskie zresztą nie pomagają, bo powszechna jest obserwacja, że śmieci posegregowane wrzucają apiat do jednej śmieciarki – i nawet jeśli w tym trochę miejskiej legendy, to znam też wypowiedzi przedstawicieli tych firm, że śmieci segregowane są na tyle niedokładnie, że i tak trzeba zrobić to ponownie, więc co za różnica).
Sam segreguję od kilku lat – najpierw co tydzień posegregowane wywoziłem do odpowiednich kontenerów przy hipermarkecie (i niech mi ktoś powie, że hipermarkety nie mają zalet:)) Od paru lat miasto Katowice wdraża jednak program segregacji (zresztą wymuszany ustawowo) i raz w miesiącu dostarcza mi worki do segregowania śmieci i odbiera pełne. Worki są w czterech kolorach, na papier, szkło, puszki i plastik, tak że już nie jest źle.
Każde proste rozwiązanie ujawnia jednak problemy przy przypadkach bardziej skomplikowanych. Na workach są pewne adnotacje, czego w nich nie należy umieszczać (np. zatłuszczonych opakowań metalowych), ale przede wszystkim nie zawsze wiadomo, do jakiej kategorii zaliczyć poszczególnego śmiecia, zwłaszcza jak ma złożony skład. Dziś rano na przykład pozbywałem się paczki po kawie i poważnie się zastanawiałem – czy wewnętrzne opakowanie było bardziej aluminiowe, czy plastikowe, a kolorowa warstwa błyszcząca bardziej papierowa, czy plastikowa? W takich chwilach wzdycham za dyrektywą, która nakazałaby producentom opakowań umieszczanie na nich prostych oznaczeń co do sposobu utylizacji poszczególnych śmieci (mają już tyle obowiązków, że to doprawdy żaden problem) –  np. literowych, takich jak A-papier, B-plastik, C-metal, F-tetrapak etc. Nie mając odpowiedniego pojemnika, używałoby się ogólnego, ale byłby to krok do przodu.  A przynajmniej tak mi się wydaje.

 

Japońskie skakanie

Pucharowe konkursy skoków w Japonii są zawsze szczególne. Nawet nie przez to, że rozgrywają się o specyficznych z naszego punktu widzenia porach (rano lub w środku nocy), ale zwykle zaskakują wynikami, i to w sposób niekoniecznie pozytywny. Z uwagi na odległość (i związane z tym problemy adaptacyjne organizmu) często mocni zawodnicy odpuszczają sobie wyjazdy (woląc podszlifować formę przed lutowymi imprezami), zwalniając miejsce nieco słabszym kolegom, podczas gdy czołówka punktacji generalnej zwykle szuka tam wszystkich punktów, jakie się uda znaleźć – w rezultacie zróżnicowanie poziomu jest większe niż zwykle. Skutkuje to znacznie większym zróżnicowaniem wyników niż zwykle, co oznacza niestety wyjątkowo niskie noty na dalszych miejscach. Dołóżmy do tego częste opady śniegu, kręcący we wszystkie strony wiatr i umiarkowane zainteresowanie widzów.. Właściwie konkursy te organizuje się głównie dlatego, że Japończycy tradycyjnie coś znaczą w skokach i po prostu wypada się z nimi imprezami podzielić.

W sumie najciekawsze zwykle w tych konkursach są listy startowe:) i niespodzianki. Niespodzianki każdego rodzaju – w kategorii „zdobyłem wreszcie punkty pucharowe”, w kategorii „osiągnąłem życiowy wynik” czy wreszcie „nieoczekiwany skład podium”. Dzisiaj, a jakże, nie obyło się bez niespodzianek (choć zmienność warunków i kiepskie wyniki tu się nie zaliczają), takich jak punkty młodego Kanadyjczyka (i zupełny mimo słabej stawki brak punktów naszych młodych orlików), oraz sensacyjny prawie zwycięzca Severin Freund. Miewał ostatnio niezłe skoki, a w dzisiejszym konkursie po prostu dał radę oddać dwa dobre. Niestety, nie można tego powiedzieć o Małyszu, bo bez względu na przyczynę (nie natrafiłem  do tej pory na żaden jego komentarz na ten temat), jego drugiego skoku nie sposób nazwać dobrym. I zamiast 39 zwycięstwa, było tylko 89. podium – a Morgenstern jutro słabszy nie będzie.

 

Homoseksualny bałagan

Patrząc na wyczyny Juniora w zakresie zajmowania każdego kawałka wolnej przestrzeni na Oczywiście Bardzo Ważne Rzeczy, Rodzice wzdychają używając starych idiomów:
Matka: Tobie, Juniorze, to tylko dziada z babą brakuje..
Ojciec: ..albo baby z dziadem..
Junior: ..albo baby z babą..

Matka tylko cicho wyrzekła pod nosem coś na kształt „kiedyś tego nie bywało”.