Migawki paryskie (1)

Słowo rynsztok ma zdaje się pochodzenie niemieckie, ale poznałem je z lektury Victora Hugo. W Paryżu rynsztoki wydają się wiecznie żywe – kiedy woda spływa w dół ulicy wzdłuż krawężnika, szukając swojego ujścia. O dziwo wcale nie po deszczu, tylko w nieoczekiwanych porach, kiedy znienacka bulgocze z jakiejś studzienki, jakby jakiegoś kawałka rury pod ziemią brakło. (Częściowe rozwiązanie zagadki znalazłem ostatniego dnia na Montmartrze, kiedy przed Maison Rose sprzątaczka uliczna odkręciła wodę w studzience i puściła strugę w dół, spłukując śmieci i liście).
— 

Telefony komórkowe mają już dziś prawie wszyscy. Żebrak pod d’Orsay w każdym razie też. 
— 

Zawsze mnie fascynują nowe sposoby na wyciąganie pieniędzy od tych, którzy mają je na zbyciu, W tym roku nowością (jak dla mnie) jest tworzenie na zamówienie zapisu imieni przy pomocy odpowiednich chińskich smoków. Poczciwe 3 karty też żywią. (Honorejbl menszyn: zdjęcie z kapitanem Jackiem Sparrowem, ye be warned). 

Wikt olimpijski

Słyszę ostatnio w radio kampanię reklamową pewnej sieci paliwowej. Opiera się ona na polskich lekkoatletach (mistrzostwa świata coraz bliżej), którzy mają się pdoobno zachwycać.. oferowanymi przez stacje tej sieci hot-dogami czy kanapkami, siegając dzięki nim (!) po sukcesy.

Pamiętam z zamierzchłych czasów opowieści olimpijczyków, jak to na zgrupowaniach czy na zawodach, karmili się bułkami z jajecznicą. Pewnie i dziś tak można, ale czołowi lekkoatleci, jak cała czołówka sportowców profesjonalnych, jednak dba solidnie o swoją dietę, i nie jada – z szacunkiem dla stacyjnych przekąsek – byle czego. Ale laicy być może się dadzą nabrać.

Jasnowidz lotniskowy

Dokonuję odprawy online przed udaniem się w rejs samolotem tanich linii. Odprawy należy dokonać w okresie od 15 dni do najpóźniej 4 godzin przed planowanym terminem lotu i wydrukować sobie karty pokładowe (chyba że chce się zapłacić za luksus odprawy na samym lotnisku).

Po wprowadzeniu danych lotu, należy udzielić odpowiedzi na pytania dotyczące bezpieczeństwa lotu. W szczególności uwagę zwraca pytanie:
Mam pewność, że nikt nie manipulował przy moim bagażu podręcznym ani żadnej innej przewożonej/odprawianej rzeczy„. 

Warunkiem kontynuowania procedury odprawy jest udzielenie odpowiedzi twierdzącej na to pytanie najpóźniej na 2 godziny przed rozpoczęciem właściwej odprawy na lotnisku. Mogli jeszcze dodać gratulacje dla pilota z powodu udanego lądowania.

Leasing Pawlaka, czyli mit leasingu konsumenckiego

Miesiąc temu media ogłaszały z emfazą, że oto stała się na naszym rynku finansowym rewolucja (a wicepremier Pawlak pęczniał z dumy, czując się tej rewolucji ojcem). Tą rewolucją miał być leasing konsumencki, czyli skierowany do osób nie prowadzących działalności gospodarczej. 

Od samego początku te medialne opowieści budziły moje serdeczne rozbawienie. Dowcip polegał na tym, że oto wielka zmiana miała nastąpić w sytuacji, gdy.. nic się właściwie nie zmieniło. Regulacja leasingu w kodeksie cywilnym jest bowiem niezmienna od lat, i od samego początku nie zawiera żadnych ograniczeń co do tego, kto może zawrzeć umowę leasingu jako korzystający z leasingu. Nie zmieniła się od 1 lipca także ustawa o kredycie konsumenckim (której zakres jak najbardziej pasuje także do niektórych umów leasingu). Co się więc tak naprawdę zmieniło 1 lipca? Otóż zmieniły się jedynie.. przepisy podatkowe, regulujące kwestię przychodów, kosztów uzyskania przychodu i amortyzacji w przypadku zawierania umów leasingu z nie-przedsiębiorcami, przez co zawieranie takich umów jest dla leasingodawców bardziej opłacalne (inaczej pies z kulawą nogą by na opcję leasingu nie spojrzał).

Po miesiącu obowiązywania nowych przepisów, pierwsze komentarze brzmią „jakoś się klienci nie rzucili„. Cóż, z jednej strony nie przebił się nowy produkt do powszechnej świadomości, a z drugiej także i leasingodawcy się do niego aż tak nie palą. Z wyjątkiem może największych graczy, warto sobie uświadomić jedną rzecz: firmy leasingowe też najczęściej nie finansują umów leasingu (muszą przecież kupić przedmiot leasingu, żeby go udostępnić korzystającemu) z własnych pieniędzy, tylko współpracują w tym zakresie z bankami. A czy banki tak samo optymistycznie będą oceniać finansowanie leasingu na rzecz osób fizycznych – to już zupełnie inna bajka, a w każdym razie pozbawiona wspólnego punktu z opowieściami o „rewolucji leasingowej”.

Norton N22

Ta powieść Michaela Crichtona to oczywiście thriller, i jak to najczęściej u Crichtona bywa, z silnymi akcentami technicznymi. Do tego całkiem niezła intryga, odpowiednia porcja sensacji, odrobina prawniczego lawiranctwa, no i jak to u Crichtona, dobre rzemiosło pisarskie. A zaczyna się od incydentu lotniczego kończącego się przymusowym lądowaniem i śmiercią.. nie, nie wszystkich, a tylko trzech osób na pokładzie (oraz oczywiście pewną porcją obrażeń u innych).

Nie piszę o tej książce dlatego, że właśnie ją przeczytałem (bo znam ją od lat, kiedy ambitnie pochłonąłem bodaj całą twórczość Crichtona). Piszę o niej, bo fascynująco opowiada o badaniu przyczyn incydentów lotniczych: złożoności przyczyn, wielości fałszywych tropów (wykrywanych w śledztwie nieprawidłowości, które pozornie mogły się przyczynić do zdarzenia, choć per saldo okazują się być bez znaczenia), oraz o czynniku ludzkim, który koniec końców najczęściej do tych incydentów doprowadza. Jak również o tym, jak się tworzy raporty i zalecenia powypadkowe, i jak bardzo powszechne odczucia potrafią odbiegać od rzeczywistości.

Powieść kończy się prawie happy endem: główna bohaterka odkrywa rzeczywistą przyczynę zdarzenia, ratuje honor firmy i własną karierę, intryganci zostają ukarani. I tylko raport końcowy po wypadku milczy o jego rzeczywistej przyczynie, ograniczając się do zaleceń typu „należy lepiej dbać o wyszkolenie pilotów i opracować lepsze procedury na takie sytuacje”.

Pamiętajmy o tym wszystkim myśląc o raportach z rzeczywistych wypadków.

Tania linia wakacyjna wita was

Uwielbiam czytać o kolejowych perypetiach rodaków. Najpierw była zimowa ta zadyma, co to ludzie w Zakopanem nie zmieścili się do pociągu, i aż wszyscy chcieli za to ministra odwoływać, jakby to on osobiście określał długość i ilość składów. Teraz, w okresie letnim, ludzie się zdaje się zmieścili, a przynajmniej wsiedli i było im aż tak źle z tego powodu, że aż się postanowili zbuntować

Właściwie już nawet nie mam siły się oburzać na ludzką bezmyślność. Dostrzeżenie prostej zależności pomiędzy liczbą wsiadających do pociągu, a warunkami jazdy w tym pociągu, jest jak widać zbyt skomplikowane dla ludzi XXI wieku (być może to efekt skasowania matury z matematyki? w takim razie jest nadzieja na przyszłość..) Powszechne nawoływanie „dlaczego PKP (którakolwiek) nie kontroluje liczby sprzedanych biletów”, w razie spełnienia powodowałoby oczywiście święte oburzenie „jak ja mam dojechać skoro od miesiąca nie ma żadnych wolnych biletów a przecież mam wykupione!!!” (nie wspominając o problemie biletów na część trasy oraz możliwości jazdy z przesiadkami etc). Informacja, że obecnie również istnieją pociągi oferujące rezerwowane miejsca, jak widać jest zbyt trudna do uświadomienia albo też nie dość atrakcyjna, bo cena rezerwowanego miejsca jest oczywiście wyższa. Palmę pierwszeństwa w bezmyślności należy zaś przyznać „matkom z małymi dziećmi”, które jadąc w taką trasę nie zadbają o zapewnienie swoim dzieciom odpowiedniego standardu podróży. 

Drwię sobie okrutnie z tych oburzonych, bo wspominam (prawie z nostalgią) swoje niegdysiejsze kolejowe podróże wakacyjne, niejeden raz przestane na korytarzu. W PRL i wczesnej RP kolej działała chyba sprawniej niż dzisiaj, niemniej na obleganych trasach, w obleganych terminach zawsze były ciężkie walki o zajęcie miejsca w pociągu, oraz przeciskanie się korytarzem przez siedzących, stojących i bagaże w drodze do wyjścia lub toalety (wydaje mi się jednak, że o tyle mieliśmy więcej rozumu i poczucia wspólnego dobra, że ubikacje pozostawiało się niezajęte). Niezapomniany był powrót z II Wielkiego OBS-u, kiedy z braku miejsca na korytarzach, rozmieściliśmy się w łączniku między wagonami (trochę głośno było, fakt) i w ramach pomysłów racjonalizatorskich ułożyliśmy sobie tam siedzisko z namiotu Gwiżdża. Trasa z Krosna na Śląsk okazała się być na tyle długa, że stykające się części wagonów przetarły na wylot pokrowiec namiotu…

Idziemy na wschód, tam musi być jakiś Kraków

Zbieramy się na popołudniowy spacer. Junior dał się nieco Rodzicom we znaki, więc dociekliwe pytanie „a co będziemy robić” Ojciec kwituje krótkim „niespodzianka”. Junior się jednak łatwo nie poddaje:
– A pojedziemy na północ, południe, zachód czy wschód?
Ojciec analizuje w myślach mapę i odpowiada:
– Na wschód.
– O, to pewnie do Krakowa?

 Cóż, wybieraliśmy się tylko na jeżyny.  Z dala od Małopolski.

4-2-1

Rozprawa z serii „bo cela była za ciasna” (czyli o zadośćuczynienie za warunki w areszcie lub więzieniu). Strona powołuje na świadków osoby, z którymi siedziała i cierpiała. 

W dniu rozprawy, na salę wchodzą:
– pełnomocnik pokrzywdzonego (nieborak działający z urzędu),
– 2 świadków (jeden w kajdankach),
– 4 policjantów pilnujących świadków dowiezionych z aresztu (gdy byli powoływani, jeszcze byli na wolności).

Pokrzywdzony nie pojawił się, sąd źle mu się kojarzy. Nawet taki, który ma mu przyznać pieniądze. 

Czajniki czy kalkulatory

Relacjonując tegoroczny Tour nieoceniony duet J&W na etapach pirenejskich zaczął z wielkim przekąsem mówić o „czajnikach”. To złośliwe określenie odnosiło się do kolarzy z czołówki, którzy zamiast próbować atakować, zmieniać układ w klasyfikacji, walczyć o koszulkę lidera, skupiali się na wzajemnym obserwowaniu i pilnowaniu się, żeby broń Boże któryś nie uciekł. Takie „czajenie się” (tutaj złośliwość podpowiada mi na dodatek Hugh Granta w „Czterech weselach i pogrzebie”, jak sugerował Andie MacDowell „przyczajenie się” w pokoju – a przynajmniej w jednej z wersji polskich list dialogowych) trwało przez większość etapu, aż po niemal ostatnie metry, kiedy w ostatniej chwili ktoś wreszcie postanawiał nacisnąć mocniej, nie zarabiając na tym jednak wiele, bo jaką przewagę można zbudować na kilkuset metrach średnio stromego podjazdu.  

Wszyscy wtedy zastanawiali się, jakie faworyci mają plany i priorytety, zwłaszcza bracia Schleckowie, których grupa często mocno prowadziła peleton sobie a muzom. Wydawało się, że skupiają się głównie na utrzymaniu przewagi nad Contadorem, ignorując właściwie fakt, że liderem nieoczekiwanie jest Thomas Voeckler. No i tak utrzymywali tę przewagę nad Contadorem, nawet leciutko ją powiększając, a Voeckler tymczasem swojej przewagi zasadniczo nie tracił, i wykorzystywał sytuację niemal bezczelnie, wychodząc z zasady „oni niech się szachują, czarują i czają, a ja mam dwie minuty przewagi to co się będę męczył”. Podobno – jeśli wierzyć naszym ulubionym komentatorom – Voeckler szybko liczy w myślach i zawsze wie, jaką kto ma przewagę nad kim, a kto do kogo ile traci, rzeczywiście lub wirtualnie. Ciekawe jak szybko liczą inni.

No i tak Pireneje minęły spokojnie, Voeckler nie stracił, Schleckowie utrzymali się przed Contadorem, Contador odpoczął. Zaczęły się Alpy, Contador zaczął kąsać. Dwa etapy z rzędu zręcznie atakował, a Luksemburczycy gonili z wywieszonymi ozorami. W efekcie czołówka się jeszcze bardziej spłaszczyła – w ogóle jest fascynująco, bo czołowa ósemka mieści się w w czterech minutach – a przed nami dopiero decydujące etapy, dwa mocne górskie i czasówka. Będą musieli atakować, bo na razie na wszystkich tych manewrach wydaje się, że wygrał Evans, który ma już tylko niespełna półtorej minuty straty do lidera, a na czasówce może być mocny. Bardziej się czaił, czy kalkulował?

A więc do popołudnia, do piątku, do soboty – i Paryż czeka. Na kogo? Myślę, że nie na Schlecka, ale może oni chowają siły na największą górę. 

Technika twój wróg

Technika to dla futbolisty podstawa, ale na samej technice daleko się nie zajedzie. Brazylijczycy na Copa America starali się wygrac sztuczkami technicznymi, indywidualnymi umiejętnościami – szło tak sobie. W ćwierćfinale technika Pato i spółki nie przyniosła gola i skończyło się rzutami karnymi.

W serii karnych, Brazylijczycy nadal próbowali technicznie i skończyło się trzema niecelnymi strzałami (niektóre tak niecelne, jakby byli po pierwszym treningu w życiu, a zwłaszcza przed lekcją jak nie podchodzić pod piłkę), czwarty strzelony byle jak padł łupem bramkarza. A Paragwajczycy? Pierwszy próbował technicznie i też spudłował. Dwaj następni zastosowali najprostszą metodę – mocno w środek, licząc na to, że bramkarz będzie skakał do rogu. Skuteczność stuprocentowa.

Oczywiście, każdy pamięta wiele karnych strzelanych cudownie technicznie (mnie nie potrafi wyjść z pamięci jedenastka Romario na amerykańskim Mundialu). Ale żeby to osiągnąć, z techniką musi się zgrać psychika. Właściwie zawsze musi.

Adio Brasil.