Kolegium blogerów

Blogerzy odwiedzają się na swoich blogach i dyskutują ze sobą w komentarzach. Dziś w Katowicach spotkała się w sposób najbardziej rzeczywisty, przy jednym stoliku, trójka zaprzyjaźnionych blogerów – w kolejności alfabetycznej: Airborell, Albiceleste10 i niżej podpisany. Siedzieliśmy trzy godziny i gadaliśmy o czym? No prawie wyłącznie o futbolu. W aspekcie klubowym i reprezentacyjnym, taktycznym i biznesowym, klasowym i rasowym (gdyby ktoś chciał dołączyć do tej dyskusji, już zdalnie oczywiście, może spróbować podpowiedzieć jakiegoś czarnoskórego klasowego rozgrywającego, będącego w stanie prowadzić grę swojej drużyny – poza Okochą i Seedorfem mieliśmy z tym poważny problem).

Aha – już Rzymianie mawiali: tres faciunt collegium🙂

O pozywaniu Kościoła szybkich słów kilka

Interesującą niespodzianką dnia dzisiejszego była informacja o artykule prof. Ewy Łętowskiej, opisującym nieco zaskakujące sugestie co do dalszych możliwości związanych z przekazaniem Kościołowi katolickiemu nieruchomości przez śp. Komisję Majątkową. Oryginalnego tekstu nie czytałem, na podstawie relacji prasowej wiem jedynie, że wg myśli prof. Łętowskiej po uchyleniu przez Trybunał Konstytucyjny przepisu ustawy, upoważniającego rząd do wydania rozporządzenia określającego zasady wyznaczania tzw. nieruchomości zamiennych, przekazanie takich nieruchomości przez gminy stałoby się świadczeniem nienależnym i pozwalałoby na wytoczenie właściwej jednostce kościelnej procesu o zwrot tego świadczenia (w ramach instytucji bezpodstawnego wzbogacenia). 

Do prof. Łętowskiej szacunek mam wielki i nie wątpię, że jest dalece wybitniejszą cywilistką ode mnie, a mimo to nie umiem powstrzymać rozlicznych wątpliwości (tonujących znacząco entuzjazm dla tego rodzaju postępowań). Pierwszą myślą jest, że zgodnie z przepisami o bezpodstawnym wzbogaceniu, jeżeli korzyść uzyskana przez jednostkę kościelną (w tym także np. cenę za sprzedaż otrzymanej nieruchomości) zużyto w taki sposób, że jednostka przestała być wzbogacona (np. wydana na bieżące potrzeby), to obowiązek jej zwrotu wygasa (i pozbawia gminę możliwości dochodzenia roszczeń). Druga uwaga, jaka mi sie nasuwa, jest taka, że tego rodzaju roszczenie będzie przysługiwało chyba tylko tym gminom, które zostały obciążone obowiązkiem przekazania nieruchomości w zastępstwie innej gminy (jako nieruchomość zamienną za taką, której bezpośredni zwrot – jak to się ładnie mówi „w naturze” – byłby zbyt utrudniony, np. zostałaby zabudowana osiedlem czy szpitalem), albowiem jeżeli np. gmina Kraków będzie żądała zwrotu nieruchomości X przekazanej Kościołowi w zamian za należącą do Krakowa nieruchomość Y, to nie będzie przecież w ten sposób realnie wzbogacona, chyba że o różnicę wartości między tymi nieruchomościami. (Przy tych nieruchomościach zamiennych „dostarczanych” przez inne gminy wydaje mi się, że widzę jeszcze jeden haczyk, ale zostawię go sobie na razie do przemyśleń). No i będzie jeszcze problem czysto formalny, bo jednak orzeczenia Komisji stanowiące podstawę przekazania nieruchomości, choćby odwołujące się do uchylonego przepisu (czy może raczej do uchylonego rozporządzenia), pomimo odpadnięcia ich podstawy prawnej, same w sobie nie utraciły mocy, a zarazem – wobec likwidacji Komisji – nie jest możliwe wznowienie postępowań zakończonych tymi orzeczeniami, więc nie jestem pewien, czy świadczenia w nich przewidziane na pewno utraciły swoją podstawę prawną. 

Być może wszystkie te moje wątpliwości (jak i te, których tu dla prostoty nie opisałem) prof. Łętowska przewidziała, przeanalizowała i w tekście opisała (dotrę, to się dowiem). Zapewne parę zdesperowanych gmin spróbuje przetrzeć szlak i odda sprawy do sądu, może za dwa lata Sąd Najwyższy zajmie jakieś pierwsze stanowisko. Swoją drogą, każda broń może być obosieczna – w zakwestionowanym rozporządzeniu wszystkie odszkodowania wypłacał Skarb Państwa, byłoby interesująco, gdyby powołując się na to samo rozumowanie Skarb Państwa zaczął ściągać od gmin lub osób kościelnych te odszkodowania jako świadczenia wypłacone nienależnie…

Migawki paryskie (4)

O czymże tu dumać na paryskim bruku.. Nie dumać, tylko spacerować bezrefleksyjnie o poranku ze świeżą bagietką w dłoni, pogwizdując Brassensa. Atmosfera się udziela, wszyscy jesteśmy po trosze paryżanami.

Przywykliśmy już do obecności wszelakich nacji we wszystkich miejscach. Kiedy jednak w punkcie sprzedającym francuskie naleśniki pracują wyłącznie Chińczycy, to jednak wydaje się to dziwne. Za pierwszym razem. Naleśniki w każdym razie smakowały po francusku, a nie po chińsku. 

Przestroga dla turystów brzmi: w niedziele sklepy są zamknięte. Ostrożny polski turysta szuka więc w sobotę odpowiedniego bochenka chleba. Po co, skoro piekarnie będą otwarte w niedzielę normalnie od rana i można iść po świeżą bagietkę i rogaliki. Za to potem sobie robią piekarski poniedziałek.

Jesień idzie

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady 

Dźwięczało mi w uszach przez cały pobyt w Paryżu. Bo to nie jeden pożółkły listek był, tylko całkiem sporo zbrązowiałych. Zwłaszcza pod kasztanowcami.

A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni

A pod tymi kasztanowcami, z łupin wyglądały już kasztany. Niektóre bladawe, inne całkiem brązowe (i to bynajmniej nie w okolicy Pigalle). Kiedyś kasztany kojarzyły mi się z październikiem, teraz bardziej z wrześniem – ale żeby z początkiem sierpnia?

I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady

Pewnie, że przyjdzie. A na razie sobie można o tym pośpiewać. Jak ktoś nie pamięta tekstu Mistrza Waligórskiego, to proszę.

Gruby kierowca

Wyładowujemy się z pikardyjskiego lotniska, rozglądając się za dalszym środkiem lokomocji do Paryża. Po odstaniu w kolejce, zmierzamy do autokarów czekających wyłącznie na to, żeby spełnić marzenia takich jak my (a zwłaszcza tych naiwnych, którym się wydawało, że tanimi liniami wylądują tuż przy Luwrze, a co najmniej przy Disneylandzie). Pierwszy zapełniony odjeżdża nam tuż przed nosem, drugi zaraz otwiera drzwi. Wsiadamy i podajemy bilety grubemu kierowcy.

Kiedy mówimy „gruby Francuz”, przychodzi nam na myśl ktoś pokroju Rene Artois. Kiedy mówimy „gruby Włoch”, widzimy jakiegoś Pavarottiego czy innego Corleone. Kiedy widzimy Vinga Rhamesa, pomyślimy raczej „gruby Murzyn”.

Kierowca wyglądał niemal jak wzorcowy gruby Murzyn z amerykańskiego Południa (obrazu dopełniał kapelusik jak z delty Missisipi). A mimo to zadałem sobie pytanie, czy tego rodzaju określenie jest adekwatne (na ile jest opisowe, a na ile leci stereotypem), i czy sam kierowca powiedziałby o sobie per Francuz czy per Murzyn. Może po prostu spojrzałby na mnie jak na idiotę, nie wiem. 

Czy na pewno spalinowe?

W Atelier Renault puszczali na wielkim ekranie reklamę swojej nowej linii samochodów o napędzie elektrycznym (cała ekspozycja była zresztą tej linii poświęcona). Być może gdzieś można ją było zobaczyć w telewizji, ale mnie się dotąd nie udało. Reklama pokazywała korzystanie ze świetnie znanych nam urządzeń codziennego użytku, które jednak wyjątkowo miały napęd nie elektryczny, ale spalinowy. Spalinowa golarka, monitor z rurami wydechowymi, mikser włączany szarpnięciem linki, ba! nawet dziecięca zabawka – piesek poruszający się z dymem spod ogonka.. Było to wszystko po prostu śliczne, ale najlepsze czekało oczywiście na końcu. 

Spalinowy terminal do płacenia kartą. W trakcie płacenia zaczyna szwankować i kelner przepraszającym gestem wyciąga z kieszeni malutki kanisterek, wlewa kropelkę benzyny i doprowadza transakcję do końca. I Renault na potrzeby tej reklamy faktycznie zbudowało urządzenia w niej wykorzystane, można je było obejrzeć w gablotce.

terminal spalinowy Renault

Nie wiem, na ile elektryczne samochody się przyjmą i sprawdzą, ale taka reklama sprawia, że aż się chce spróbować. A zresztą zobaczcie sami, na YT jest wszystko🙂

Migawki paryskie (3)

Wolałem dawne czasy, kiedy wejście na Eiffla wymagało tylko odstania po bilet, a nie dwukrotnego przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa, sprawdzającą czy nie mamy szklanych butelek, noży lub psów. Widelec, który zabraliśmy Juniorowi dla wygodniejszego jedzenia naleśników, został uznany za nie dość niebezpieczny. A właściwie to nawet na niego nie natrafili. 
— 

Najlepszą pamiątką spod Eiffla jest oczywiście miniaturka Eiffla. W tym roku uliczni sprzedawcy rozkładający się ze swoim towarem na odpowiednio przygotowanych płachtach (pozwalających na ewakuowanie się z towarem w ciągu kilku sekund) szczególnie eksponowali kilkunastocentymetrowe złote i srebrne miniaturki, ustawiając je pieczołowicie w rządki. Aż się chciało podejść i zagrać nimi w szachy lub warcaby.

Towarzystwo Przyjaciół Eiffla oficjalnie ostrzega przed kupowaniem pamiątek od przygodnych sprzedawców. Mogą to być bowiem (za komunikatem) podróbki niespełniające standardów bezpieczeństwa, inaczej niż te z oferowane w oficjalnych sklepach. Pewnie się zawalą na półce. Cen nie porównywałem.

Sierpniowe piruety

Przed paryskim Palace de Chaillot jakiś facet na rolkach ćwiczy piruety. Ciekawe, czy jest już federacja jazdy figurowej na rolkach. Razem z hokejem na wrotkach, skokami na igelicie i letnim biathlonem dobry początek na letnią olimpiadę sportów zimowych. Może być i pod Eifflem.

Migawki paryskie (2)

Niektóre stacje metra są tak wielkie, że przejście na właściwy peron trwa dłużej, niż późniejsza jazda. 

Od 12 lat, kiedy byłem poprzednio w Paryżu, nie przybyła już żadna nowa linia metra, Widocznie zabrakło im kolorów do odróżniającego się oznaczenia nowej linii. Albo po prostu miejsca pod ziemią – zejście do najnowszej linii „14” niejeden górnik powitałby jak zejście upadową do roboty.

Podejście paryżan do świateł dla pieszych jest wysoce pragmatyczne i asertywne. Opiera się na zasadzie „no przecież mnie nie przejedziesz/nie wleziesz mi pod koła”. Wszyscy się przyzwyczaili i jakoś się sprawdza, nie zauważyłem żadnego wypadku. Nie wiem tylko co na to rowerzyści, ale zarówno do w stosunku do pieszych, jak i do zmotoryzowanych, to grupa mocno nieliczna. I tylko ucz tu dziecko poszanowania dla czerwonych świateł. 


Pizza i prom

Szukając we francuskiej telewizji prognoz pogody, kilkanaście razy zobaczyłem informację o tym, kogo francuskie drużyny wylosowały w kolejnej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej. Konfrontacja Lyonu z Rubinem Kazań wzbudziła tylko uśmieszek, że to drużyny, które jakże ładnie stawały w fazie pucharowej LM (a teraz walczą ze sobą o śmierć i życie.. pardon, o dużą lub małą kasę). W Lidze Europejskiej moją uwagę przyciągnęła zaś para Paris Saint-Germain z Olympiakosem Wolos. 

PSG to podnoszący się za szejkowskie pieniądze gigant (prezentacja Pastore była stałym elementem wiadomości). O Olympiakosie Wolos przedtem chyba nie słyszałem (może w tabelach ligi greckiej pomijano pierwszy człon, nie jestem pewien), a jednak wzbudził moją sympatię. Może dlatego, że ćwierć wielu temu w tym małym miasteczku opchałem się świetną pizzą na grubym cieście przed wejściem na prom płynący na mało znaną wyspę, gdzie spędziłem cudownych kilka dni. W końcu w Belgradzie też kiedyś przez chwilę byłem przejazdem, a nie wystarcza to na sympatię dla Crvenej Zvezdy w jej zupełnie mi obojętnym pojedynku z Rennes. (Wiem, to może niewystarczający argument, bo z Paryża też mam urocze wspomnienia, ale jeszcze ten efekt kopciuszka w pojedynku z gigantem). 

I nawet nie będę wiedział, na ile moja sympatia mogłaby pomóc, bo na koniec federacja grecka wycofała Olympiakos Wolos z Ligi Europejskiej, nie ze strachu, lecz jako kara za korupcję.