Naoglądałem się ostatnio supermeczów (w założeniu) o superpuchary: najpierw dwupak hiszpański, a teraz trofeum europejskie. Cecha wspólna: we wszystkich zagrała Barcelona i żadnego nie przegrała:) jak również parę efektownych goli (a w sumie 11). Dokonałem więc głęboko subiektywnego przeglądu tych goli.
Najpierw wspomnijmy ten ostatni, czyli Fabregas dobija Porto. Eleganckie przyjęcie piłki w powietrzu, pewny strzał a la Cesc, ale przede wszystkim podanie Messiego – górne na małej przestrzeni, w idealnym momencie na wchodzącego zza obrońców Fabregasa, oszukując stoperów patrzących na spalonego już Sancheza (swoją drogą, co byłoby lepszym futbolowym odpowiednikiem alley-oopa?).
Jako drugi przyjdzie dla odmiany ten pierwszy, czyli Oezila. Benzema nie miał pomysłu na minięcie Abidala bezpośrednio, więc precyzyjnie wyłożył – znowu – nabiegającemu Niemcowi. Ale jakie zwodnicze było to uderzenie, zupełnie od niechcenia.
Ale najpiękniejszy padł w tym trzecim meczu (drugim chronologicznie). To, jak Messi pociągnął akcję i zagrał prostopadłą piłkę, już samo w sobie było palce lizać. Ale to wykończenie, wykończenie, wykończenie – po prostu esencja finezji w stanie czystym. Tylko jeden człowiek (człowiek?) tak gra: Iniesta.
Jako honorejbl menszyn (bo w końcu nie wypada nie wspomnieć o Messim, który z wszystkich 11 goli, w tym 7 dla swojej drużyny, strzelił 4, nawet jeśli rozpływamy się nad dwiema jego asystami), pierwszy gol Messiego na Camp Nou. Nie wiem, czy bardziej dla tego rozegrania z magiczną piętą Pique, czy dla wizji Ronaldo goniącego Messiego, na koniec na kolanach.
I refleksja na zakończenie – w Londynie mają lepszych fryzjerów, tfu, stylistów. Fabregas.. sprowadź sobie swojego stylistę.
Filmów nie będzie, za szybko znikają z Youtube (i szukać mi się nie chce).