Koniec świata, nic strasznego

Upadł komunizm. 
Samolotem można polecieć za przysłowiową złotówkę.
Każdy ma telefon.
Telefonem można nagrać film, wysłać go koledze do Australii, i po 10 minutach wspólnie się z tego filmu pośmiać, już bez telefonu.
Gucwiński został skazany za znęcanie się nad zwierzętami.
R.E.M. zakończył działalność. 

No to 1, 2, 3: 

It’s The End Of The World As We Know It,
It’s The End Of The World As We Know It,
It’s The End Of The World As We Know It,
And I Feel Fine
 

Innego końca świata nie będzie.

Dylematy wyborcze

Obserwuję, jak wielu ludzi łamie sobie głowę nad właściwą decyzją wyborczą: iść, nie iść, głosować ważnie czy nieważnie, na faworyta czy outsidera, przy których swoich priorytetach czy ideałach zamknąć oczy i zacisnąć zęby. I generalnie nasunęła mi się myśl, że jedni zagłosowaliby na partię posiadającą interesującego lidera, lecz boją się ciągniętych przezeń za sobą miernot, które można w ten sposób razem z nim wprowadzić do sejmu, a drudzy poparliby jakiegoś w miarę zaufanego czlowieka, ale wzdragają się przed jednoczesnym poparciem stojącego nad nim fuehrera. 

Jakiekolwiek podobieństwa do osób występujących w rzeczywistości są niepotwierdzone i podchwytliwe.

Dzień Bez Samochodu beze mnie

Jak ten czas leci – dopiero co był, a jutro znowu Dzień Bez Samochodu. Niestety, znów ze smutkiem muszę zrezygnować z uczestnictwa, albowiem komunikacja publiczna w mojej okolicy kiepska jest, a zastąpienie jej rowerem nie wchodzi w grę, gdyż:
1/ czeka mnie jutro wyjazd do klienta, jedyne 17 km w jedną stronę, i to z solidnymi pagórkami po drodze – a u celu jakoś wypada pracować w ancugu,
2/ wracając mam zrobić w markecie zakupy dla rodziny na cały tydzień,
3/ nie mam roweru.

Tak, oczywiście, problem ad 1/ mógłbym rozwiązać, bo w drodze wyjątku jakoś ten brak stroju by się wytłumaczył, a pagórki mogę ominąć (to jedynie 3 km bym musiał nadłożyć w jedną stronę), problem ad 2/ mogę rozwiązać jadąc na zakupy w piątek (choć to z różnych względów logistycznie niesympatyczne), ale tego trzeciego ominąć nie jestem w stanie:)

PS W porównaniu z zeszłym rokiem, przynajmniej zostawię samochód wybierając się po chleb rano. Ale też musiałbym kompletnie się postarzeć, żeby sto metrów samochodem jechać:)

Prawie jak TGV

Jadę sobie pociągiem ekspresowym (IC) Centralną Magistralą Kolejową. Wyświetlacz pokazuje w kółko informacje, w tym takie:

InterCity Ślęża CMK Katowice Warszawa

Nawet momentami do 162 km/h sięgało.

W 6-osobowym przedziale 2 klasy pełno. 4 pasażerów ślęczy nad laptopami, piąty nad tabletem, szósty śpi. Może nie zabrał ładowarki.

A wiecie do czego w kasie biletowej IC służy.. ołówek? To oczywiste: do stukania tępym końcem w ekran dotykowy.

Seks z Ruchem

Szedłem sobie dziś rano na pociąg. Bilet miałem właśnie kupiony, nic lepszego do roboty, więc niespiesznie zdążałem na peron katowickiego dworca od strony Placu Andrzeja, i wtedy zdałem sobie sprawę z pewnej homogenizacji otoczenia. Wokół mnie zaroiło się bowiem od młodych ludzi, najczęściej krótko lub bardzo krótko ostrzyżonych, płci chyba wyłącznie męskiej, podążających w jednym kierunku, przeciwnym zresztą do mojego. Istotną cechą ujednolicającą były noszone przez nich koszulki. 

Były to koszulki w gruncie rzeczy nieskomplikowane, zwykłe białe bawełniane, pewnie made in China (w życiu nie śmiałbym się zbliżyć do ich metek), za to z wymownym napisem na przedzie. Napis odwoływał się do znanego klubu z Chorzowa, z charakterystyczną niebieską literą R,* i wyrażał prostymi słowami tę jakże trudną do zaspokojenia nawet w agencji towarzyskiej, specyficzną potrzebę seksualną uprawiania miłości z tą osobą prawną. (Pamiętam, że kiedyś w komentarzach na Czadoblogu debatowaliśmy o podobnej potrzebie w odniesieniu do całego związku futbolowego lub tylko jego centrali, jak widać są też odmiany mniej zachłanne). 

Gdzieniegdzie między tymi spragnionymi, migały też jakieś inne koszulki, pozwalające po napisie Torcida domyślać się zabrzańskiej proweniencji tej grupy. Nie wiem dokąd się wybierali we wtorek o 10 rano, ale – nawiązując innego, jakże świeżego tekstu na Czadoblogu – powiem: wiocha.

*tak, satanistycznie odwróconą do góry nóżkami

Flushing Meadows na kółkach

Spragniony nieco wieści z nowojorskich kortów, zerknąłem dziś rano na stronę US Open. Jedyną nowością była niestety informacja o przełożeniu wszystkich meczów z powodu deszczu, więc lekko zawiedziony zajrzałem jeszcze do aktualnego planu meczów na popołudnie, wieczór i noc. Znalazłem debel męski (gratulacje, już zdążyli wskoczyć do półfinału), debel żeński (still waiting) oraz całą masę meczów mniej spostrzeganych, które rozgrywa się w drugim tygodniu, kiedy nastąpi już główny odsiew singlistów. A wśród mikstów, weteranów i juniorów – także turniej niepełnosprawnych

Byłem tym lekko zaskoczony – lekko, bo o rozgrywkach tenisowych na wózkach wiedziałem, zaskoczony jednak, bo nie wiedziałem, że mają i swoje turnieje wielkoszlemowe. Rozgrywane osobno w kategorii zawodników ze sprawnymi rękami (panie i panowie oddzielnie) oraz z niesprawnymi rękami (nazwa „quads” uparcie kojarzyła mi się z czym innym, zanim doczytałem o co naprawdę chodzi), którzy poruszają się na wózkach napędzanych elektrycznie. 

Moją uwagę zwróciła przy tym pewna nadreprezentacja Holendrów w tej dyscyplinie. Na ośmiu ćwierćfinalistów (tak właściwie to wszyscy uczestnicy zaczynali od ćwierćfinału) było ich trzech, na osiem ćwierćfinalistek z Kraju Tulipanów pochodziło aż pięć (zdobyli też najwięcej medali na ostatniej paraolimpiadzie). Nie przypuszczam, że oznacza to szczególne narodowe uzdolnienia, pewnie po prostu ten sport jest tam bardziej wśród niepełnosprawnych promowany na co dzień.

 

Esther Vergeer wheelchair tennis US Open 2011

Aha: w grze na wózkach obowiązują te same zasady, tylko piłka może się dwa razy odbić.

Antyreklama

Czasem się mówi, że każda reklama jest dobra, bez względu na to, czy jest dobra, czy zła – bo marka czy nazwa produktu zapada w pamięć. Regułą tą wolała się nie kierować firma Lacoste, bo postanowiła poprosić norweską policję o usunięcie ze zdjęć Andersa Breivika swojego logo, które ten z pewną lubością eksponuje. Cóż, nawet zbrodniarze mają swoje upodobania. 

Nie wiem, co zrobi z tą prośbą norweska policja i sam Breivik, z prawnego punktu widzenia jakoś nie czuję, żeby prośba Lacoste miała racjonalne uzasadnienie (w końcu zaistniała sytuacja jest naturalną konsekwencją przyjętej koncepcji promowania własnej marki). Z technicznego punktu widzenia być może „oczyszczenie” zdjęć byłoby nietrudne, ale co zrobić, gdyby z podobną prośbą wystąpiłaby np. firma Mercedes? Należałoby zamazać tylko logo, czy zniekształcić całą sylwetkę samochodu?

I tak mi się tylko przy okazji przypomina, że w pierwszym sezonie „24 godzin”, wyznacznikiem strony, po której jest dana postać, był używany przez nią sprzęt. Dobrzy (?) używali Apple, źli – rozmaitej maści pecetów. Właśnie zacząłem sobie wyobrażać jak IBM żąda zamazania wszystkich komputerów w całym serialu…

Ułamki sekund

Na koniec mistrzostw świata, polska męska sztafeta stumetrowców pobiegła w biegu eliminacyjnym w czasie zaledwie o cztery setne sekundy wolniejszym od rekordu Polski (wiekowym już, wkrótce może kandydować na prezydenta). Rezultat ten wystarczył do zajęcia w tym biegu drugiego, premiowanego awansem do finału miejsca, raptem o cztery setne sekundy przed Włochami (którym czas zresztą wystarczył na awans do finału z trzeciego miejsca). 

W finale, polska sztafeta zajęła czwarte miejsce, z czasem gorszym od trzeciej na mety sztafety zaledwie o jedną setną sekundy. Gdyby powtórzyli wynik z eliminacji, mieliby medal. Fuks nie fuks (Amerykanie i Brytyjczycy nie dobiegli), zawsze szkoda takiej szansy, która była tuż-tuż.

Jak wiele zależy od tak krótkiego czasu. Ale i tak wielkie gratulacje dla sprinterów, poprawili swój najlepszy tegoroczny wynik o pół sekundy.

I jeszcze mała uwaga na koniec – na wieść o tym, z kim przegraliśmy ten medal, większość narodu zapewne zaczęłaby się drapać w głowę zastanawiając się „ki czort”? Dwa lata temu wspominałem, jak lubię na czempionatach zawodników z państw z pozoru egzotycznych, i wymieniłem wtedy także nazwę St. Kitts&Nevis. Dziś zdobyli medal, i mieli o tyle łatwiej, że mieli w składzie medalistę na 100 metrów, Kima Collinsa. Gdyby przegrali, to mogliby się też zastanawiać: Jamajka, USA, W.Brytania, Trynidad, Bahamy, to by zrozumieli – ale jakaś egzotyczna Polska?

Dwieście myszy

Junior obudził się dziś rano i radośnie opowiedział, że przyśniły mu się myszy. Dokładnie 220 myszy, policzone (jestem w stanie uwierzyć że liczył, skoro był w stanie liczyć 350 schodów na stacji metra). Od rana się nimi zajmuje, szykuje im domek, karmi mleczkiem i pilnuje.

Na wypadek gdyby ktoś chciał zadać niepominięte pytanie, o to gdzie się zmieszczą dwie setki myszy, uprzejmie wyjaśniam, że to są malutkie myszy. Wielkości włoska z szczoteczki do zębów. 

Kocham dziecięcą wyobraźnię.

Duży Szymon

Byłem dzisiaj przez chwilę w banku PKO BP. Przy wyjściu patrzę, a tu koło drzwi stoi taki naturalnych rozmiarów – czyli całkiem duży – kartonowy Szymon Majewski, który życzy mi „Dzień dobry” trzymaną w symbolicznej ręce tabliczką. Szkoda, że nie był trójwymiarowy i z innego tworzywa, można byłoby przywalić albo pogłaskać, jak kto lubi, to dopiero byłby popularny.