Na koniec mistrzostw świata, polska męska sztafeta stumetrowców pobiegła w biegu eliminacyjnym w czasie zaledwie o cztery setne sekundy wolniejszym od rekordu Polski (wiekowym już, wkrótce może kandydować na prezydenta). Rezultat ten wystarczył do zajęcia w tym biegu drugiego, premiowanego awansem do finału miejsca, raptem o cztery setne sekundy przed Włochami (którym czas zresztą wystarczył na awans do finału z trzeciego miejsca).
W finale, polska sztafeta zajęła czwarte miejsce, z czasem gorszym od trzeciej na mety sztafety zaledwie o jedną setną sekundy. Gdyby powtórzyli wynik z eliminacji, mieliby medal. Fuks nie fuks (Amerykanie i Brytyjczycy nie dobiegli), zawsze szkoda takiej szansy, która była tuż-tuż.
Jak wiele zależy od tak krótkiego czasu. Ale i tak wielkie gratulacje dla sprinterów, poprawili swój najlepszy tegoroczny wynik o pół sekundy.
I jeszcze mała uwaga na koniec – na wieść o tym, z kim przegraliśmy ten medal, większość narodu zapewne zaczęłaby się drapać w głowę zastanawiając się „ki czort”? Dwa lata temu wspominałem, jak lubię na czempionatach zawodników z państw z pozoru egzotycznych, i wymieniłem wtedy także nazwę St. Kitts&Nevis. Dziś zdobyli medal, i mieli o tyle łatwiej, że mieli w składzie medalistę na 100 metrów, Kima Collinsa. Gdyby przegrali, to mogliby się też zastanawiać: Jamajka, USA, W.Brytania, Trynidad, Bahamy, to by zrozumieli – ale jakaś egzotyczna Polska?