Świat bez bankowego tytułu egzekucyjnego

Nie bez zaskoczenia odnotowałem dziś wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający za niezgodny z konstytucją dwa przepisy ustawy prawo bankowe dotyczące wystawiania bankowych tytułów egzekucyjnych. Nad szczegółami orzeczenia i argumentacji TK (choć jeży momentami włos na głowie) rozwodzić się nie będę, zwłaszcza że argumentację znam wyłącznie z komunikatu prasowego, natomiast skorzystam z okazji żeby przytoczyć własne kilka słów napisanych na temat BTE nieco ponad rok temu:)

Zapewne można tę instytucję zlikwidować. Banki wtedy zamiast występować do sądu o proste i formalne nadanie klauzuli wykonalnośći BTE, będą występować do tych samych sądów z pozwami w postępowaniu nakazowym, w tym opartymi o składane przez kredytobiorców weksle. Różnica? Kilka tygodni/miesięcy przeciągnięcia wszczęcia egzekucji plus znacząco wyższe koszty obciążające ostatecznie kredytobiorcę (1,25% zadłużenia zgodnie z przepisami o kosztach sądowych, nadanie klauzuli BTE to 50 zł). Plus skutek w postaci powagi rzeczy osądzonej (przeciwko BTE można wytoczyć powództwo przeciwegzekucyjne).

Plus taki mały bonus dla oszustów – w przypadku BTE bank nie martwi się o to gdzie mieszka dłużnik, dopóki nie rozpocznie egzekucji. W przypadku postępowania nakazowego dłużnika trzeba znaleźć i doręczyć mu nakaz (przynajmniej w drodze podwójnego awizowania), jak dłużnik się wyprowadzi, to nakaz zostanie uchylony, koszty wzrosną, egzekucja może nie być możliwa… akurat to ryzyko na pewno banki będą przerzucać na klientów jak mogą.

Ubocznym skutkiem likwidacji BTE może być rozkwit rynku notarialnego – zamiast BTE mogą zacząć funkcjonować akty notarialne o poddaniu się egzekucji, które „działają” tak samo jak BTE, z tą różnicą, że samo wystawienie BTE klienta nic nie kosztuje, a akt notarialny jak najbardziej. I na co to komu? 

Przekleiłem, nawet literówek nie poprawiałem:) Dziś dodam jeszcze, że jeśli chodzi o koszty procesów w oparciu o weksle (jakie banki będą wszczynać masowo zamiast wystawiać BTE), to wysoce prawdopodobne jest, że do kwoty podanej powyżej trzeba będzie doliczać koszty zastępstwa adwokata lub radcy prawnego – od 600 zł w górę; analogiczne koszty przy wniosku o nadanie klauzuli BTE to raptem 60 zł. Jest też jeszcze jeden skutek prawny korzystny dla banków, związany z przedawnieniem…

Summa summarum za parę lat może się okazać, że kredytobiorcy będą wzdychać za BTE trawestując stareńki dowcip: przed wojną u Żyda były beczki z czerwonym kawiorem i beczki z czarnym kawiorem – I KOMU TO PANIE PRZESZKADZAŁO?

Rowerzyści, uczcie się przepisów

Zrobiło się ciepło, więc na świecie zaraz zaroiło się od ludzi spędzających czas na świeżym powietrzu: spacerujących, biegających, jeżdżących na rowerach. No i człowiek się tak pomiędzy tym wszystkim porusza, pieszo lub jakimś środkiem lokomocji, jak ma dalszą drogę (to znaczy kilkanaście kilometrów) to samochód pasuje jak najbardziej. Jedziemy więc i napotykamy przyjemnie wojażujących rowerzystów, którzy jadą i sympatycznie sobie gawędzą obok siebie. 

O, właśnie. Tu się pojawia problem. Rozumiem, że dróg rowerowych jest mało, a chodniki są przeznaczone dla pieszych (art. 33 ust. 5 ustawy prawo o ruchu drogowym – PoRD), więc rowerzysta ma święte prawo poruszania się jezdnią, jeżeli nie ma odpowiedniego pobocza (art. 16 ust. 5 PoRD). Wydaje się jednak, że większość rowerzystów źle zrozumiała istotę jednej z ostatnich nowelizacji, której towarzyszyło hasło „wreszcie można jeździć obok siebie!” (co istotnie przez wiele lat było na jezdni zakazane nawet jak była całkiem pusta). Wprowadzony do ustawy przepis art. 33 ust. 3a PoRD brzmi zaś następująco:

Dopuszcza się wyjątkowo jazdę po jezdni kierującego rowerem obok innego roweru lub motoroweru, jeżeli nie utrudnia to poruszania się innym uczestnikom ruchu albo w inny sposób nie zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego.” 

Podkreślmy istotne elementy tego przepisu:
– jazda rowerem obok innego roweru jest dopuszczalna wyjątkowo (a nie jako zasada)
– jazda rowerem obok innego roweru nie jest dopuszczalna jeżeli utrudnia to poruszanie się innym uczestnikom ruchu, w szczególności samochodom

Drodzy rowerzyści! Uczcie się przepisów, które Was dotyczą, zwłaszcza jeśli chcecie egzekwować cokolwiek od innych uczestników ruchu. Jeżeli macie ochotę jechać sobie ulicą 30 km/h obok siebie, upewnijcie się, czy za Wami jednak nie jedzie jakiś samochód, który spowalniacie – bo jednak wtedy łamiecie przepisy (i na pewno nie zyskujecie szacunku jako przyzwoici i odpowiedzialni uczestnicy ruchu). 

Obywatelskie prawa zarodka

Kiedy całkiem poważnie zamierzałem się zabrać do roboty, wpadł mi w oko odprysk wczorajszych debat nad projektami ustaw o in vitro (o samym in vitro pisać nie zamierzam, wyraziłem swoje stanowisko ponad cztery lata temu, po dziś aktualne). W trybie wielkiego hihihi zacytowano mianowicie wypowiedź pewnego posła „jakie ma obywatelstwo zarodek wywożony z Polski?”. Zrobiłem sobie pod nosem hihihi, ale dla pewności sięgnąłem do stenogramu sejmowego (strona 194) i zamyśliłem się.

Na wstępie dla jasności wypada odpowiedzieć panu posłowi, że zgodnie z polskim prawem obywatelstwo nabywa się najwcześniej z chwilą urodzenia (patrz art. 14 ustawy o obywatelstwie polskim), więc ta kwestia jest oczywista. Jednocześnie jednak nasuwa się myśl, że polskie prawo nie uzależnia nabycia obywatelstwa od miejsca urodzenia (prawo krwi, a nie prawo ziemi), co do zasady. Co więcej, do uzyskania polskiego obywatelstwa wystarczy by jedno tylko z rodziców posiadało obywatelstwo polskie. Jeżeli więc zarodek pochodzący np. od matki Polki* i ojca Nigeryjczyka, lub matki Ukrainki i ojca Polaka, wyjedzie za granicę i tam w przyszłości po implantacji zostanie urodzony, to dziecko również nabędzie obywatelstwo polskie! (choćby urodziło się w Anglii w rodzinie hiszpańsko-francuskiej). Pozostawiamy zupełnie na uboczu – mając świadomość przeciekawych potencjalnych problemów – kwestie związane z ewentualnym nabyciem obywatelstwa innego państwa czy zmianami w obywatelstwie rodziców, sama ta podstawowa informacja się liczy.

Znacznie ciekawsze wydało mi się pytanie, które znalazłem w dalszej części wypowiedzi pana posła, a mianowicie: jakie zarodek ma prawo do dziedziczenia po wyjeździe z Polski? Każdy prawnik lub adept prawa w tym miejscu uśmiecha się szeroko, wspominając znany od czasów rzymskich problem dziedziczenia przez nasciturusa. I kiedy spoglądamy na nasz rodzimy art. 922 par. 2 kc, to czytamy: „dziecko w chwili otwarcia spadku już poczęte może być spadkobiercą, jeśli się urodzi żywe”; w odróżnieniu od paragrafu trzeciego tego artykułu (regulującego dziedziczenie przez ustanowioną w testamencie fundację) nie znajdujemy przy tym (z łatwych do wymyślenia względów) terminu jaki musi upłynąć aby dziecko mogło „z opóźnieniem” odziedziczyć majątek (dziedziczenie długów za chwilę traci na ważności, ale to inny temat). Nie badałem projektów nowych ustaw, ale zarodek z definicji powstaje na skutek poczęcia, więc dzisiejsze zarodki jak najbardziej mogą się stać w przyszłości spadkobiercami. W świetle art. 64 prawa prywatnego międzynarodowego o prawie dziedziczenia decydować będzie prawo ojczyste spadkodawcy (lub inne przezeń wybrane) w chwili otwarcia spadku (czyli w chwili śmierci spadkodawcy)…

Odpowiadając na inne śmichy-chichy – powyższe rozważania nie odnoszą się do samodzielnych komórek okresu przedpoczęciowego, zwłaszcza męskich.

*errata do tego fragmentu znajduje się w tej notce

Świąteczna żółć

Świąteczny poranek. Z wypełnionym układem pokarmowym siedzę na kanapie i walcząc z sennością przeglądam co portal przygotował na świąteczny weekend. Trafiam na rozmowę z panią Młynarską Pauliną, którą być może powinienem znać z mediów (a nie tylko kojarzyć z nazwiskiem ojca), ale najwyraźniej nie uczestniczę w tych samych mediach co pani Paulina. W każdym razie pani Paulina w pewnym momencie wypucza się na tłamszący kobiety system i tako rzecze:

Czy wiesz, że szesnastolatka, jeśli urodzi dziecko, nabędzie do niego praw tylko, jeśli wyjdzie za mąż za pełnoletniego ojca dziecka? Jako panna byłaby ich pozbawiona, aż do chwili osiągnięcia pełnoletności, ale jako poślubiona żona w magiczny sposób staje się wobec prawa osobą na tyle dorosłą, by sprawować władzę rodzicielską?

Budzę się. Budzę się, bo ustawianie i przeinterpretowywanie rzeczywistości pod tezę zwykle mnie wkurza i w tym przypadku też. Bo istotnie, poszczególne elementy tej wypowiedzi są prawdziwe:
– szesnastoletnia matka nie sprawuje pełni władzy nad dzieckiem, gdyż nie posiada pełnej zdolności do czynności prawnych (art. 11 kc, art. 94 kro); sam zresztą kiedyś pisałem wniosek o ustanowienie babci opiekunem świeżo narodzonego wnuka (jego ojciec nie był nieznany, ale dziecko nie było uznane), gdyż matce do pełnoletniości brakowało kilku miesięcy,
– szesnastoletnia matka „magicznie” staje się pełnoletnia i „nabywa praw do dziecka” z chwilą wyjścia za mąż (art. 10 par. 2 kc)
Zapewne uważni czytelnicy zapytają, dlaczego przy wyjściu za mąż pominąłem „za pełnoletniego ojca dziecka”? Po pierwsze… bo to już nieprawda. Pełnoletniość zyskuje się wskutek zawarcia małżeństwa z kimkolwiek (niekoniecznie z ojcem dziecka). Nie ma też znaczenia pełnoletniość małżonka, gdyż żaden przepis tego nie wymaga (a nawet jeśli niezgodnie z prawem małżonek byłby małoletni, to ewentualne unieważnienie małżeństwa nie powoduje utraty już nabytej pełnoletniości, bez względu na wiek).

A co po drugie, zapyta znów uważny czytelnik? Po drugie… clou sprawy. Otóż tak naprawdę wypowiedź Pani Pauliny w kontekście prawnym oczywiście odnosi się przepisu art. 10 par. 1 zdanie drugie kro, zgodnie z którym sąd z ważnych powodów może zezwolić na zawarcie małżeństwa przez kobietę, która jest w wieku między szesnastym a osiemnastym rokiem życia. Jest to – w odróżnieniu od przekonania Pani Pauliny – przywilej, a nie ograniczenie. Cóż bowiem może zrobić szesnastoletni ojciec dziecka? … … … nic. Może tylko czekać cierpliwie do ukończenia osiemnastego roku życia, dopiero wtedy uzyskuje jakiekolwiek „prawa do dziecka” (jakkolwiek brak wieku i praw nie wyłącza po jego stronie obowiązków względem tegoż dziecka); no, może jeszcze przekupić urzędników USC by zgodzili się na zawarcie przezeń małżeństwa przed ukończeniem 18 roku życia, wtedy również magicznie stanie się pełnoletni (ale nie polecam tej drogi z uwagi na możliwość kontaktów z prokuratorem). Swoją drogą dość zabawne jest akurat czepianie się magii momentu przejścia, wszak osoba w wieku lat osiemnastu i jeden dzień jest od osoby w wieku lat osiemnastu bez jednego dnia dojrzalsza o… a o ileż magicznie rośnie ilość jej uprawnień. 

Piszę to nie żeby udowadniać, że istnieje w Polsce potrzeba stałej walki o prawa mężczyzn. Piszę to, bo irytuje mnie przekręcanie i doszukiwanie się problemów tam, gdzie ich nie ma. A przy okazji żółć się wydziela i poprawia trawienie. 

PS Junior po obraniu zafarbowanego na żółty kolor jajka przygląda się przebarwionemu (te barwniki przedostają się zwykle przez skorupkę w jakiejś ilości) białku i mówi:
– Powiem wam żart: to jajko ma żółtaczkę! 

O tym jak ustawodawca chciał dobrze a wyszło jak zwykle, czyli o PESEL-u i identyfikacji dłużnika (cz. 3)

To już ponad dwa lata, odkąd wybuchła jak granat słynna sprawa pewnej emerytki z Sochaczewa, która (że od wtrętu historycznego zacznę) miała nieszczęście nazywać się tak samo jak poszukiwana przez kogoś dłużniczka. A że wierzyciel nie znając adresu swojej dłużniczki szukał jej bezsilnie, to był oczywiście szczęśliwy, że wreszcie trafił (komornik też był zadowolony, bo skasował opłatę egzekucyjną) i to na dodatek z zasobnym kontem (dzięki czemu odzyskał swoje pieniądze, które zaraz przeznaczył na spłatę swoich zaległości w ZUS). Tyle że pani emerytka oczywiście nie była szczęśliwa, że spłaciła przymusowo długi swojej imienniczki (bez widoków na odzyskanie utraconych pieniędzy) i rozpętało się medialne piekło.

Pisałem wtedy, niemal równo dwa lata temu, że (z wyjątkiem wypadków szczególnych) każdy taki niby-dłużnik ma wygodne, acz mało znane, narzędzie obronne – przepis art. 825 pkt 3 kpc, zgodnie z którym może wnioskować o umorzenie egzekucji z uwagi na fakt, że egzekucję skierowano przeciwko osobie, która według treści klauzuli nie jest dłużnikiem. Ponieważ parlamentarzyści tego przepisu też zdaje się nie znali, postanowili oczywiście zadbać o biednych niby-dłużników i znowelizowali przepisy kodeksu postępowania cywilnego, nakazując sądowi ustalanie w każdej sytuacji numeru PESEL* dłużnika, którego dotyczy wyrok, i wpisywanie tego numeru do klauzuli wykonalności. Spowodowało to oczywiście szereg nieznanych dotąd problemów z nadawaniem klauzul wykonalności, oraz…

Był sobie pewien Piotr Mateusz Łapeć.** Żył sobie spokojnie, nie wadził nikomu, aż oto pewnego grudniowego dnia, gdy myślał o zbliżających się Świętach, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu dowiedział się o zajęciu jego wynagrodzenia przez komornika, na wniosek wierzyciela, o którym w życiu nie słyszał. W złowieszczo wyglądającym dokumencie komorniczym zgadzały się: imiona, nazwisko i Pesel pana Piotra – ale nie zgadzał się adres, który pochodził z odległej wsi, koło której pan Piotr nawet w życiu nie przejeżdżał. Niemniej problem był, gdyż (tu mała wycieczka w przyszłość, do orzeczenia sądowego) „przed nadaniem klauzuli wykonalności ustalono w bazie Pesel Sad nr Pesel Piotra Mateusza Łapeć. Po wskazaniu imion i nazwiska tej osoby jako wynik wyszukiwania wskazano iż zidentyfikowano w systemie jedną osobę o numerze XXXXXXXXXXX. Takie też dane dłużnika wskazano w klauzuli wykonalności„. Pan Piotr z pomocą rodziny, przyjaciół i prawnika wystąpił do sądu i jeszcze przed Świętami odetchnął z ulgą, gdyż sąd uchylił postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności, stwierdzając iż „po ponownej weryfikacji i wprowadzeniu dodatkowych danych (nr dowodu osobistego wynikający z akt sprawy) ustalono iż faktycznie w bazie Pesel figuruje osoba o nazwisku Piotr Łapeć nr Pesel YYYYYYYYYYY i to ta osoba jest dłużnikiem w niniejszej sprawie” (zapewne pomogło nieco podanie sądowi informacji, że faktycznie istnieje inny Piotr Mateusz Łapeć o numerze PESEL YYYYYYYYYYY). Pieniądze ściągnięte z pensji wróciły do pana Piotra wprawdzie dopiero po Świętach, ale i tak nie był zmartwiony.

Wszystko dobrze się skończyło, więc w czym problem? Otóż problem jest i to poważny. Pan Piotr miał szczęście bo zdążył podjąć właściwe kroki w odpowiednim czasie i nie padł ofiarą nowych przepisów. Po nowelizacji – kiedy w klauzuli wykonalności znalazł się numer Pesel, wprawdzie niewłaściwy ale jednoznacznie na niego wskazujący – przestał mieć możliwość powoływania się na art. 825 pkt 3 kpc! Jedyne co mu zostało to zażalenie na postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności (lub skarga, jeśli postanowienie wydał referendarz). A różnice są poważne:
– wniosek o umorzenie postępowania można złożyć w każdym czasie, natomiast zażalenie (skargę) wnosi się w terminie 7 dni od momentu, kiedy zainteresowany dowiedział się o prowadzeniu egzekucji,***
– wniosek o umorzenie postępowania nie wymaga spełnienia szczególnych warunków, natomiast zażalenie/skarga musi spełniać wymogi formalne pisma procesowego,
– wniosek o umorzenie postępowania składa się do komornika, natomiast zażalenie/skargę do sądu (fakt, na zawiadomieniu od komornika powinno być pouczenie drobnym druczkiem),
– wniosek do komornika nie wymaga opłaty, zażalenie/skargę trzeba opłacić (niby niewiele, ale zawsze)
– i co najważniejsze – uchybienie przepisom postępowania (także niewykonanie w terminie wezwania do uzupełnienia braków) może spowodować, że w tytule wykonawczym na wieki wieków nasz niby-dłużnik będzie już określany jako dłużnik, bez żadnych już możliwości obrony…

Pisząc te słowa, jestem w strachu. W następstwie kolejnych głośnych spraw medialnych (tym razem asesor komorniczy z Łodzi, który – jak się zdaje – zadał się z czymś w rodzaju zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej rzeczy i w te pędy sprzedającej je podstawionym osobom w zaprzyjaźnionym komisie) zapowiadają się kolejne zmiany w procedurze, które może utrudnią przestępstwo w jednej sprawie na tysiąc, ale za to skomplikują i wydłużą co piątą „normalną” sprawę…

*oczywiście w przypadku spółek czy instytucji używa się innego numeru
**dane oczywiście zmyślone, ale z grubsza odzwierciedlają poziom „typowości” personaliów, nie chodziło o Jana Nowaka
***tu należy oddać parlamentowi, że dodał jeden drobiazg na korzyść niby-dłużnika, a konkretnie wniosek o sporządzenie uzasadnienia postanowienia o nadaniu klauzuli wykonalności, który składa się również w terminie 7 dni od dowiedzenia się o wszczęciu egzekucji (formalnie: od doręczenia zawiadomienia), co wydłuża termin na wniesienie zażalenia/skargi (7 dni, ale od otrzymania pisemnego uzasadnienia postanowienia o nadaniu klauzuli) i daje niby-dłużnikowi potencjalne punkty zaczepienia

O molestowaniu seksualnym

Zacznę od jasnej deklaracji: nie wiem co się działo w redakcji pewnej telewizji ogólnopolskiej i nie zamierzam szczegółowo tego dociekać, w szczególności nie będę nikogo oskarżać, osądzać ani rozgrzeszać. Fakty jakie były takie były (no pun intended), chcę się skupić wyłącznie na pojęciu i jego recepcji.

Cóż bowiem przeciętny człowiek sobie wyobraża, kiedy słyszy o molestowaniu seksualnym? Samo najgorsze. W praktyce któreś z przestępstw opisanych w kodeksie karnym, jeśli nawet nie gwałt (który jednak „wymaga” zastosowania przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu), to jednak nadużycie stosunku zależności w celach seksualnych jak najbardziej (także na zasadzie „wymuszania kariery przez łóżko”). Są to jednak wyłącznie rozumienia potoczne, kodeks karny (ani szerzej: prawo karne) nie operuje pojęciem molestowania seksualnego, w przepisach na pewno nie, a i w nauce też nieszczególnie (skoro nie stanowi odrębnej formy czynu zabronionego).

Pojęcie molestowania seksualnego jest za to zdefiniowane w kodeksie pracy (gdyż to miejsce pracy jest najczęściej miejscem, w którym do takiego molestowania między dorosłymi będzie dochodzić). I tutaj osoby nie interesujące się tematem mogą się poczuć zaskoczone, gdyż definicja ta jest znacznie szersza niż te odruchowe skojarzenia. Art. 18[3a] paragraf 6 kodeksu pracy brzmi bowiem następująco:
„Dyskryminowaniem ze względu na płeć jest także każde niepożądane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika, w szczególności stworzenie wobec niego zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery; na zachowanie to mogą się składać fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy (molestowanie seksualne).”  

Chcę podkreślić zwłaszcza dwa elementy: po pierwsze, zachowanie stanowiące molestowanie seksualne zgodnie z definicją nie musi mieć charakteru seksualnego! Wystarczy bowiem, że odnosi się do płci osoby molestowanej, więc nawet „baba do garów” może stanowić molestowanie (nie ma przy tym znaczenia jaka to płeć, ani jakiej płci jest molestujący). Po drugie, kluczowe jest naruszenie godności pracownika (w ujęciu raczej zobiektywizowanym niż subiektywnym), choćby nie było to celem molestującego. Należy też pamiętać, że molestowanie seksualne zachodzi niezależnie od tego, jaka jest relacja między uczestnikami (paradoksalnie nawet podwładny może molestować przełożonego), ani też nie musi mieć charakteru powtarzającego się (odmiennie niż mobbing). Nie trzeba jednak popadać w przeświadczenie, że można molestować bezwiednie – z zawartego w definicji słowa „niepożądane” (które można i należy rozumieć też jako „nieakceptowane”) wynika, że molestowany powinien wyrazić swój sprzeciw, brak zgody na dane zachowanie. Dlatego też jeśli w jednym zespole opowiadanie świńskich historyjek („zachowanie werbalne o charakterze seksualnym”) będzie przejawem dobrej atmosfery (bo wszyscy wołają „jeszcze, jeszcze!”), o tyle w innym to samo zachowanie może stanowić molestowanie (jeśli jedna osoba powie „nie życzę sobie”). 

Tak jak napisałem na wstępie: nie wiem co rzeczywiście miało miejsce, która wersja jest bliższa prawdy. Cokolwiek się zdarzyło, mogło stanowić molestowanie w rozumieniu przepisów prawa, lub go nie stanowić, a wnioskowanie w oparciu o niepełną wiedzę jest rzeczą, której lepiej się zawsze wystrzegać.

Gdyby Janusz Korczak leciał MH370…

Klikając luźno newsy na portalu, natrafiłem na nagłówek głoszący „Kiedy tak naprawdę umarł Janusz Korczak? Walczymy o prawdę”. Kliknąłem, a co. Rzecz była o procesie, który wytoczyła Fundacja niejakiego Lipszyca (Jarosława), walczącego o „uwalnianie” dzieł kultury, tak aby można było z nich korzystać nie lękając się o naruszenie czyichś praw autorskich. W konkretnej sprawie chodziło o to, że jakkolwiek Stary Doktor pojechał z dziećmi do Treblinki w sierpniu 1942 roku (i wiadomo, że został tam na zawsze), to formalnie data jego śmierci ustalona jest na 9 maja 1946 roku (a co za tym idzie, 70-letni termin na wygaśnięcie praw autorskich jeszcze nie upłynął).

Rzecz się wydaje na pozór absurdalna, ale jest wyłącznie pokłosiem trzymania się ustalonych reguł porządkujących. W przypadku Korczaka nie wiemy dokładnie, w którym dniu zginął, przez co nie możemy ustalić dziennej daty jego śmierci. Zarówno przepisy obowiązujące dziś, jak i wszelkie obowiązujące po wojnie nakazują przyjąć w takiej sytuacji fikcję prawną, w myśl której śmierć nastąpiła po upływie określonego terminu. I tak obecny kodeks cywilny wskazuje, że:

Jako chwilę domniemanej śmierci zaginionego oznacza się chwilę, która według okoliczności jest najbardziej prawdopodobna,a w braku wszelkich danych – pierwszy dzień terminu, z którego upływem uznanie za zmarłego stało się możliwe. (art. 31 par. 2)

Zgodnie zaś z art. XXXII przepisów wprowadzających kodeks cywilny bieg terminów do uznania za zmarłego osób zaginionych w II Wojnie Światowej rozpoczyna się 9 maja 1945 roku (sam zaś termin trwa 1 rok). Tym samym, jeśli nie można ustalić najbardziej prawdopodobnej daty śmierci (a jest niepewność co do dokładnej daty dziennej), musimy przyjąć ją jako rok po 9 maja 1945…

Osoby bez wykształcenia prawniczego mogą sobie w tym miejscu zadać pytanie, czy dziś coś podobnego byłoby możliwe. Wyobraźmy więc sobie, że Korczak wojnę przeżył i znalazł się na pokładzie któregoś z samolotów, które na przestrzeni ostatniego roku były przedmiotem powszechnego zainteresowania. Boeing MH370 zaginął nad Azją Południowo-Wschodnią w marcu, po dziś dzień nie wiadomo gdzie dokładnie spoczął i co się stało z jego pasażerami (oczywiście wszyscy w zasadzie zakładają, że ci pasażerowie nie żyją, ale…). Formalnie nawet nie można stwierdzić, że katastrofa miała miejsce (choć dziś akurat rząd Malezji oficjalnie ogłosił, że uznaje zaginięcie samolotu za wypadek), więc zapewne konieczne byłoby zastosowanie przepisu art. 30 par. 2 k.c., w myśl którego:
Jeżeli nie można stwierdzić katastrofy statku lub okrętu, bieg terminu sześciomiesięcznego rozpoczyna się z upływem roku od dnia, w którym statek lub okręt miał przybyć do portu przeznaczenia (..) 
nawet jeżeli w zasadzie można mieć pewność, że samolot nie mógł pozostać w powietrzu dłużej niż przez kilka godzin tego feralnego marca 2014 roku. W konsekwencji za datę śmierci należałoby uznać… 8 marca 2015 roku. Gdyby zaś Korczak leciał w grudniu Airbusem QZ8501, to zapewne dziś można byłoby przyjąć datę śmierci na domniemaną datę katastrofy, akurat w tym przypadku da się ją określić – ale póki by nie znaleziono ciała, to nie można byłoby ustalić, że śmierć miała miejsce, co najmniej przez pół roku od daty katastrofy…

I nie ma co psioczyć na głupie polskie przepisy, w porządkach prawnych innych krajów są podobne.

O opodatkowaniu mitycznej tacy

Proboszcz uprzejmie poinformował, że kolekta z dzisiejszego dnia przeznaczona jest na potrzeby archidiecezji.* Uruchomiło to w mojej głowie (słuchanie ogłoszeń parafialnych dość nudne jest, zwłaszcza przy podawaniu intencji mszalnych oraz planu kolędy) rozmaite rozważania wokół kwestii związanych z powtarzającym się w ustach niewyrafinowanych antyklerykałów postulatem „opodatkowania tacy”, w szczególności (to już wersja zaawansowana) „nabijania” zawartości tacy na kasę fiskalną. 

Otóż jak się tak zastanowić… Sądzę, że wszyscy zgłaszający się z takimi postulatami zgodzą się z założeniem równego traktowania przez prawo. Czym zaś jest „taca”? Otóż z prawnego punktu widzenia nie jest niczym innym, jak darowizną (bo nie jest opłatą za uczestniczenie w mszy) na potrzeby parafii. Już samo to oznacza, że nie ma jak fiskalizować tych przychodów przy wykorzystaniu kasy, gdyż nie jest to sprzedaż w rozumieniu przepisów podatkowych (kwestia, czy któryś z wiernych nie dokonuje w ten sposób darowizny w ramach działalności, zostawimy, gdyż po pierwsze nie wpływa to na sytuację tacy jako takiej, a po drugie jest na tyle niewyobrażalne, że tym bardziej wypada pominąć). 

No, ale przecież darowizny też są opodatkowane (podatkiem od spadków i darowizn). Owszem, są – tyle że podobnie jak w przypadku podatku dochodowego istnieje w przepisach kwota wolna od opodatkowania, która wynosi obecnie (od 2007 roku, nie sprawdzałem czy nie została zwaloryzowana) nie mniej niż 4902 zł otrzymane od jednej osoby w ciągu pięciu lat – co daje ponad 18 zł tygodniowo od osoby. Mimo wszystko wątpię, czy wiele jest osób, które tyle dają tydzień w tydzień…

Tak więc wyszło mi, że gdyby wziąć i opodatkować tacę na zasadach powszechnych (nawet przy założeniu że uda się zidentyfikować wrzucających), to zyski dla budżetu wyniosłyby zapewne w okolicach zera. Osobną kwestią jest, że jeśli – jak w podanym przykładzie – zbiórka nie jest na potrzeby parafii (bywa na diecezję, na misje, na KUL, na Watykan…) to powinna być liczona oddzielnie – i tym bardziej wypadnie spod opodatkowania. 

No, ale antyklerykałowie wiedzą lepiej. 

*tym razem powstrzymał się od dodania, że ofiary wrzucone do koszyczków stojących przed ołtarzem, do których wiele osób tradycyjnie idzie zanim kościelny ruszy z tacą, pójdą na potrzeby parafii

Fikcja wyrokowania na rozprawie

W trosce o najwyższą jakość usług… reformuje się, także w wymiarze sprawiedliwości. W sądach wprowadza się informatyzację, jak również poprawia przepisy proceduralne. Efekty bywają różne – czasem spektakularne, czasem niedostrzegalne, czasem dokładnie odmienne od zamierzonych.

Dziś pochylę się nad dwiema osobnymi zmianami. Pierwsza polega na tym, że na rozprawie apelacyjnej dopuszczono wyraźnie możliwość (pod pewnymi warunkami) odstąpienia przez sąd od przedstawienia stanu sprawy, czyli tzw. referatu. W praktyce wygląda to tak, że przewodniczący informuje obecnych, że skład orzekający (w sprawach cywilnych trzyosobowy) zapoznał się dzień wcześniej ze sprawą (bardzo dobry zwyczaj mądrych sędziów) i czy w związku z tym strony życzą sobie, aby im wygłosić referat (w przypadku aktywnych stron, zwłaszcza posiadających pełnomocników, w zasadzie jest to zbędne, strony zwykle dobrze wiedzą co jest w aktach i zwłaszcza pismach). Ponieważ to najnudniejsza część rozprawy, strony zwykle rezygnują bez żalu…

Druga zmiana dotyczy uzasadniania wyroków. W przypadku spraw „nagrywanych” dopuszczalne jest, aby sąd niezwłocznie po ogłoszeniu wyroku, wygłosił także uzasadnienie tegoż. W takim przypadku nie podaje się ustnych motywów wyroku ani nie sporządza później odrębnego pisemnego uzasadnienia, a jedynie transkrypcję uzasadnienia wygłoszonego wcześniej. Oznacza to, że takie ustne uzasadnienie powinno spełniać wszelkie wymogi stawiane uzasadnieniu, w szczególności wyjaśniać podstawę prawną wyroku ze wskazaniem przepisów prawa i sposobu ich interpretacji, często z odwołaniem do orzecznictwa i literatury. I zdarzało mi się już wysłuchać ustnych uzasadnień, w których sąd – zerkając do trzymanej przed sobą kartki – przywoływał konkretne orzeczenia Sądu Najwyższego, które nie pojawiały się w pismach procesowych.

I właśnie. Wygłoszenie uzasadnienia następuje niezwłocznie po ogłoszeniu wyroku. Jeżeli ogłoszenie nie było odraczane na termin publikacyjny, to znaczy, że uzasadnienie musiało zostać przygotowane… w ciągu tych kilku minut przeznaczonych na sformułowanie i podpisanie wyroku? ..w trakcie rozprawy? …przed rozprawą? Kiedy teraz zestawimy ze sobą informację, że skład omawiał sprawę wcześniej, z gotowym już uzasadnieniem, dochodzimy do niesympatycznego wniosku, że wyrok faktycznie zapadł zanim strony weszły na salę, i wszystko co się na sali dzieje, właściwie nie ma już znaczenia. I prawdę mówiąc, często tak jest, bo sędzia (sędziowie) ma zdanie o sprawie wcześniej – jakkolwiek formalnie wyrok istnieje od chwili jego podpisania. 

Proszę zarazem, aby nie doszukiwać się w tym elementu spiskowego. Sąd ma zdanie o sprawie, ale zawsze można użyć jakiegoś argumentu by to zdanie zmienić, choćby w ostatnim słowie.

O darmowości Facebooka

Facebooka obiega właśnie (kto nie używa niech nie czyta albo jak tam chce) kolejna fala głupiego łańcuszka polegającego na tym, że użytkownicy wklejają… bezrefleksyjnie tekst, że nie zgadzają się na komercyjne wykorzystywanie tego co na Facebooku umieszczą bo jest to naruszenie Nie Wiadomo Czego (zwykle impulsem dla pojawienia się tego łańcuszka jest informacja o jakichś zmianach w regulaminach FB). Nie będę tego absurdu szczegółowo analizował, bo mi się zwyczajnie nie chce, przynajmniej nie dziś. 

Przypomniał mi się przy tej okazji inny drobiazg. Na dziś Facebook jest serwisem bezpłatnym (przynajmniej pieniężnie, bo czy i jakie korzyści Facebook odnosi z naszego korzystania to też temat na osobne wpisy, dość powiedzieć że utrzymanie całego systemu kosztuje dużo a mimo to się opłaca). Bywały już pogłoski że może zostaną wprowadzone opłaty za korzystanie albo za usługi specjalne (a może nawet już są lub były, zwłaszcza z grami związane, sam nie korzystam to nie wiem). W gruncie rzeczy regulamin świadczenia usługi zawsze można zmienić, kto się nie zgadza, ten przestaje korzystać. A kto jest oburzony, ten niech się zastanowi czy na pewno ma o co.

Każdego próbującego wejść na Facebooka wita ekran logowania, na którym dumnie Facebook umieszcza wielkimi literami napis: 
Rejestracja
To jest (i zawsze będzie) darmowe! 
Co ta formuła oznacza z prawnego punktu widzenia? Otóż tyle i tylko tyle, że jeśli zarejestrujesz się dziś, to nie ponosisz z tego tytułu opłaty. Nie oznacza to już, że w przyszłości rejestracja wciąż będzie bezpłatna ani tym bardziej że korzystanie będzie bezpłatne. To oznacza tyle i tylko tyle, że jeśli się raz zarejestrowałeś za darmo, to Facebook nie zażąda od Ciebie w przyszłości żadnej opłaty rejestracyjnej z tytułu dawnej rejestracji (bo jeśli skasujesz konto i zarejestrujesz się ponownie – to już takiej gwarancji nie masz).  

Taka jest logika tego rodzaju usług: otrzymujesz je na warunkach usługodawcy (plus to co wynika z przepisów prawa, jeśli da się ustalić właściwe). Nie istnieją żadne domniemania że użytkownikowi przysługuje cokolwiek więcej.