a w Łodzi, jak to w Łodzi

To nic nowego co do zasady, ta „wojna” na wymyślone napisy trwa od dawna. Ale dziś na widok napisu, którego dotąd nie widziałem, parsknąłem śmiechem i postanowiłem sobie go zanotować pro memoriam. Może kiedyś znajdę stronę/serwis, gdzie te cuda archiwizuje się w pełnym wyborze, a na razie – tak myślę – początek małego prywatnego archiwum. Wszelkie prawa do zdjęć i napisów oczywiście zastrzeżone dla twórców (na FB znalazłem).

Łódź graffiti ŁKŚ myśli że

Język Twittera

Twitter to narzędzie, które – podobnie jak SMSy – ze swojej istoty nakłada użytkownikom istotne ograniczenia wynikające z limitu znaków. Skłania więc Twitter do minimalizmu słownego (i interpunkcyjnego), używania skrótów i skrótowców (które przechodzą później do języka pozatwitterowego), że pominiemy renesans pisma obrazkowego (pominiemy tu zupełnie zjawisko hasztagów, bo to temat na zupełnie osobny wpis).

Twitter to narzędzie międzynarodowe – pisać można w wielu językach, jedyne ograniczenie to zapewne alfabet/klawiatura, nie mam pojęcia jak wygląda Twitter arabski, bułgarski czy koreański (z tym ostatnim trochę wróć, bo kiedyś odkryłem, że osławione ruchadło leśne jest przede wszystkim fanką jakiegoś koreańskiego boysbandu, i widziałem wpisy we wschodnim alfabecie). Żeby ułatwić użytkownikom poruszanie się w międzynarodowej przestrzeni, Twitter oferuje niemal automatyczne tłumaczenie wpisów na jeden klik, sam nie korzystam, bo albo rozumiem (i wtedy po co mi), albo nie rozumiem, a wtedy nie wierzę w automatyczne tłumaczenia. Natomiast…

Działanie Twitterowego tłumacza bywa zaskakujące. Zazwyczaj działa niezgorzej, ale czasem jego podpowiedzi mogą… zdziwić.

niby czeski według twittera

Bracia Słowianie, powiecie?

niby francuski według twittera

I nie ma co tego składać tylko na karb Szczególnych Trudności Z Językiem Polskim.

niby łotewski według twittera

A już jak ktoś połączy różne języki w wypowiedzi, to dopiero jest bal.

niby haitański według twittera

Haitański to może podpadać pod papiamento, ale co Twitterowi ten zawinił?

niby indonezyjski według twittera

Nie uczcie się języków przez Twittera. A przynajmniej nie tylko.

Trójkąt

Hm. Ten. Tego. O seksie będzie, dzieci nie czytać.

Tak naprawdę to oczywiście nie mam złudzeń, że jakiekolwiek dziecko (które jest w stanie tu zabłądzić) po takim wstępie powstrzyma się przed dalszym czytaniem, raczej to takie ogólne ostrzeżenie dla PT Czytelników, gdyby ktoś nie miał ochoty czytać chaotycznych myśli związanych z seksem, a zatrącających o pornografię.

Otóż… ścigał mnie dziś przez pół dnia na głównej stronie portalu nagłówek o trójkącie oralnym w gimnazjum (w gimnazjum o innych trójkątach chyba winna być mowa, taka myśl się napatoczyła), oczywiście kiedy w końcu zebrałem się do pisania dla odreagowania, to spadł z pierwszej strony. Jeśli ktoś kliknął i przeczytał, to poznał historię zaczynającą się od tego, że troje gimnazjalistów zamknęło się w szkolnej toalecie i oddało przyjemności (tak mniemam) seksu francuskiego (miało to dalsze nieoczekiwane reperkusje, ale ja nie o tym), w każdym razie o jakimkolwiek przymusie nie wspomniano. 

Trójka bohaterów to dwóch chłopaków (ciut starszych) i jedna dziewczyna (młodsza). A mnie cały czas siedzi w głowie i wyjść nie chce pytanie, czy tenże tak ładnie zapowiedziany trójkąt to faktycznie jakaś ciekawa kombinacja ze zmianami miejsc (o wariancie homoseksualnym nawet się boję pomyśleć), czy też ordynarnie dwóch dryblasów nakłoniło dziewczynę do prostego „raz tu, raz tu”? Nie dowiem się, oczywiście (i tak naprawdę nie chcę się dowiedzieć), po prostu intryguje mnie czy użycie słowa „trójkąt” jest elegancką formą opisania prostackiej rzeczywistości.  

Kto chce, niech szuka, ja nie będę. Wyrzucone.

Do końca świata (i może jeszcze jeden dzień)

Trwa kolejny Finał WOŚP (Boże, wciąż pamiętam to uczucie podczas pierwszego, jak Owsiak wrzeszczał z radością „MAMY MILIARD” i chodziło o dzisiejsze 100 tysięcy, potem dobiło do miliona dolarów, a potem i tak nikt nie wierzył na ilu się skończył ten sen złoty). Pewnie padną kolejne rekordy, mobilizacja w narodzie (a przynajmniej w pewnej części) jest duża.

Nie mam pojęcia ile się zbierze, ale nie mam złudzeń, że łączna kwota zapewne będzie znacznie niższa niż łączna kwota kontraktów NFZ ze szpitalami w samym tylko mieście Katowice. Orkiestra robi fantastyczną robotę zbierając pieniądze i organizując dostawy sprzętu, ale żeby ten sprzęt mógł być właściwie wykorzystany, to potrzebne są wielokrotnie większe pieniądze publiczne, dziś pochodzące z naszych składek na ubezpieczenie zdrowotne (czyli na NFZ).

Płaćmy więc gorliwie składki na NFZ do końca świata (jakkolwiek będą się za parę lat nazywać). Siema!

Jak nie składać życzeń świątecznych

Od rozpoczęcia sezonu wigilii właściwie na okrągło składa się życzenia i zastanawia „komu jeszcze i jak złożyć, bo chyba nie składałem”. Jak zauważyliście, życzyłem czytelnikom Zapisków…, oprócz tego złożyłem specyficzne życzenia na fejsie (staram się by to były niezależne ekosystemy), iluś osobom życzyłem face-to-face, iluś telefonicznie, zastanawiam się nad wysłaniem paru esemesów zwrotnych… i co roku zadaję sobie pytanie czy nie wysłać paru kartek świątecznych (wychodzi jak zwykle).

Niektórzy nie przejmują się do końca tym do kogo i jak wysyłają i ile razy. Na przykładzie jednych takich życzeń udało mi się określić parę zasad takiego świątecznego savoir-vivre:
– po pierwsze nie wysyłaj życzeń hurtem w jednej wiadomości (e-mailowej), bez względu na to czy pokażesz wszystkich adresatów (gorzej ze względu na ujawnianie adresów), czy jeżeli wszystkich adresatów ukryjesz (gorzej bo wygląda jak do nikogo),
– po drugie nie wysyłaj życzeń do wszystkich których znajdziesz w książce adresowej – niby w Święta można być życzliwym dla wszystkich, ale życzenia od kogoś kogo zupełnie nie znasz (poza incydentalnym kontaktem mailowym) nie wyglądają szczególnie wiarygodnie
– po trzecie wysyłając maila z życzeniami postaraj się usunąć zeń standardową stopkę „Niniejszy e-mail zawiera poufne i/lub prawnie chronione informacje XX. Jeśli nie jesteście Państwo właściwym adresatem (lub otrzymaliście niniejszy e-mail przez pomyłkę), prosimy o niezwłoczne poinformowanie o tym nadawcy i usunięcie niniejszego e-maila ze swojego systemu wraz ze wszystkimi załącznikami. Nieuprawnione kopiowanie, jak również bezprawne ujawnianie i rozpowszechnianie treści niniejszego e-maila jest zabronione i może skutkować odpowiedzialnością.”

Chyba wolę nie wysłać komuś życzeń, niż wysłać byle jak…

Wesołego przy Święcie!

O mitach Sali Kolumnowej

To, co ostatnio wyrabiają przedstawiciele suwerena, nie nadaje się na komentarz bez sięgania po tag #wulgaryzmy. Pozwolę sobie więc na luksus niekomentowania skutków prawnych tego, co się na Sali Kolumnowej, gdyż:
– po pierwsze primo korzystam ze swojej wolności blogowania tylko o tym, o czym chcę blogować, a nie o tym o czym wszyscy tokują i chcieliby aby inni tokowali,
– po drugie primo nie było mnie tam, a to wystarczający powód by mieć wysoce niekompletne informacje, niekompletne w stopniu uniemożliwiającym racjonalną ocenę (trash in, trash out)
– po trzecie primo… z przyczyn technicznych musiałem przerwać i zapomniałem.

Uderza mnie natomiast, jak silnie widać mechanizm stawania się ekspertem ludowym (głównie dzięki internetowi – to znaczy, głównie dzięki internetowi widać, mechanizm przypuszczalnie działał tak zawsze, ale internet zmniejsza odległości między mówiącymi i słuchającymi). Wystarczy więc jakiś strzęp informacji, by ktoś z ogromnym przekonaniem mówił jak jest, bez sprawdzania i wykluczając możliwość, że rozumie się źle. 

Mamy więc na początek słynną kwestię listy obecności, którą niektórzy posłowie (partii rządzącej głównie chyba) podpisywali już po zakończeniu obrad (ze szczególnym uwzględnieniem głosowań). Słyszałem wiele głosów, że minister sprawiedliwości powinien się podać do dymisji, spalić ze wstydu i samozaaresztować, skoro podpisem sfałszował listę obecności; nie mam pewności, czy brak podpisu na liście ma w tym argumencie dowodzić, że nie miał prawa brać udziału w obradach, czy też że go na nich zupełnie nie było. Obie wersje są oczywiście równie absurdalne – nie zaglądając do regulaminu Sejmu mogę śmiało stwierdzić, że obecność na głosowaniu to kwestia czysto fizyczna (z elementem wolicjonalnym, bo jednak trzeba podnieść tę rękę i ewentualnie nacisnąć przycisk), a podpis na liście obecności to przede wszystkim wymóg porządkowy, który ewentualnie może mieć wpływ na prawo do diety poselskiej. (Jeśli kogoś bardzo to interesuje, to artykuł 7 ustęp 5 regulaminu Sejmu w wersji obowiązującej od jakichś sześciu lat brzmi: „Obecność posła na posiedzeniu Sejmu jest potwierdzana na liście obecności wykładanej każdego dnia posiedzenia do czasu zakończenia obrad oraz poprzez potwierdzony wydrukami udział w głosowaniach„, a we wcześniejszych głosowaniach choćby pan minister był obecny).

Kiedy temat listy obecności nieco przebrzmiał, modny stał się temat sekretarzy, których marszałek wyznaczył imiennie dziesięcioro, a jedynie ośmioro było fizycznie obecnych na sali. Wyjaśnijmy na początek, że Sejm sekretarzy powołał na pierwszym posiedzeniu w liczbie dwudziestu, i marszałek wybrał z tej dwudziestki zarówno liczących podniesione ręce, jak i dwuosobową komisję skrutacyjną. Zmarnowałem kwadrans swojego życia i obejrzałem (z palcem na stenogramie) początek transmisji obrad z Sali Kolumnowej. Obraz nie obejmował całej sali, widać było góra pięćdziesiąt głów z ponad dwustu obecnych, ale cały stół prezydialny (chyba że z boku było coś jeszcze). Kiedy przyszło do głosowania, widać było co najmniej jednego facecika łażącego i liczącego ręce, jak również spory ruch wokół prezydium – można zgadywać, że liczący w głębi sali przychodzili z kartkami i podawali wyniki swoich obliczeń. Później komisja skrutacyjna pracowicie używała długopisów i chyba kalkulatorów, aż wreszcie marszałek ogłosił… Refleksja jest taka, że przy wszystkich niejasnościach związanych z przebiegiem głosowania – ktoś faktycznie te głosy podliczał (choć kto, jak i gdzie wyznaczał sektory poszczególnym sekretarzom, tego już powiedzieć nie jestem w stanie).

Czy było kworum? Odpowiem szczerze, że nie wiem, bo mnie tam nie było (patrz wyżej). Skoro jednak ktoś te głosy liczył i wyszło mu to co wyszło, to wydaje się to prawdopodobne (przez wiele dekad takie zliczanie głosów przy wykorzystaniu sekretarzy było wszak podstawowym sposobem głosowania). Ale tych, którzy uwierzyli w mity, że wszystko nieważne, bo brakowało czyjegoś podpisu na liście obecności, a protokół z głosowania nie jest na sygnowanym druku sejmowym (cokolwiek by to miało oznaczać) – przekonywać nie zamierzam.

Na szczęście zaraz Święta.

Niewesoły grudzień

No niewesoło jest. 

Smog gryzie w oczy i płuca, i nie zanosi się żeby miało być lepiej. 
Władza zachowuje się jakby chciała udowodnić wszystkim, że ona może, a ludzie jej mogą skoczyć (tam, gdzie mogą ją w dupę pocałować, oczywiście).
Ludzie są wściekli, na tyle że nie wiadomo, czy za chwilę nie będą chcieli być gorsi od tej władzy (choć z cywilizowanego punktu widzenia mogą jej skoczyć).

A to wszystko tylko w naszym grajdołku, na którym się od piątkowego popołudnia skupiliśmy w sposób niemal wyłączny. Świat jakby przestał dla nas istnieć i jego problemy. Z Twittera dowiaduję się (o, wreszcie mam odpowiedź na pytanie po co jest Twitter), że za Oceanami tymczasem wściekłość nie mniejsza i przynajmniej część Amerykanów chce zrobić Trumpowi to samo, co część Polaków chce zrobić Kaczyńskiemu (z pewną chyba wzajemnością). Jakby mało było tego, co się dzieje w Anglii, Włoszech, Grecji, Wenezueli, na Filipinach…

Nie wspominając o Syrii, Iraku i Jemenie.

Cywilizacja, lat wiele

Ach, to był szał. Po raz pierwszy przyniosłem jak zwykle od Markera, który polecał bardzo, opisując z grubsza. Zainstalowałem, odpaliłem, skrzywiłem się nad jakąś domorosłą przeróbką tekstów do intro, zacząłem grać. Kiedy skumałem o co chodzi, było po mnie. 

Sid Meier’s Civilization. Dziś z rozrzewnieniem patrzę na tę pikselową, symboliczną grafikę AD 1991, bo i nie o efekty graficzne chodziło. W Jedynce na pewno udało mi się dojść do końca, wysłać statek kosmiczny na Alfa Centauri, i zdominować świat. Pamiętam, że dla czystej przyjemności robiłem spolszczenie, wymyślając polskie nazwy dla budynków i jednostek – i jak w partyzancki sposób wprowadzałem je do gry; informatycy zapewne będą się w tym miejscu po trzykroć żegnać i spluwać przez lewe ramię – edytowałem plik .exe przy użyciu podglądu DOS-owego, jak plik tekstowy, wyszukując w nim oryginalnych nazw angielskich i zamieniając je na polskie (dlatego duże znaczenie miało wymyślenie nazwy o takiej samej ilości znaków). Działało, choć z czasem zaczęło wariować (i stworzyło mi na dysku rekurencyjną kopię całego dysku).

A potem przyszła Dwójka. Spolszczona, rewolucyjna graficznie w porównaniu, z dużo większą liczbą wszystkiego: ludów, jednostek, budynków, odkryć… Do dziś pamiętam jaką świetną zabawą było desantowanie spadochroniarzy. W odróżnieniu od Jedynki nie kojarzę jednak, żebym dotarł aż do końca, bo ugrzązłem gdzieś w nowożytnych wojnach pancernych (oraz, mam wrażenie, w codziennym życiu), jakiś czas zmarnowałem też w edytorze na próbie opracowania mapy na bazie terytorium Polski. Przyjemność związana z zakładaniem i rozwijaniem miast oraz ich otoczenia była zawsze przednia…

Później kiedyś pojawiła się Trójka, dla odmiany znów tylko w wersji oryginalnej. Przyniosła wiele rewolucyjnych konceptów. Spróbowałem na chwilę, odłożyłem. Wróciłem po wielu latach, ale nigdy nie miałem dość cierpliwości, żeby dojść do końca, bo zawsze kończyły się możliwości spokojnego rozwoju – zawsze ktoś mi się pchał z łapami, pięściami i bronią. Ja zaś preferowałem „mieszczańską” wersję zabawy, z tworzeniem potęgi gospodarczej i terytorialnej, nie zaś militarnej. Wszystkie działania były podporządkowane tej strategii, cokolwiek budowałem, to po to, by się rozwijać. Produkcja, edukacja, kultura – to były priorytety, przy każdym wynalazku i każdym cudzie starannie analizowałem, co z niego będę miał dla rozwoju i zarządzania. 

Czwórki nawet nie widziałem, podobnie jak wielu dodatków i rozszerzeń. Podobnie wydawało się z Piątką… aż któregoś dnia dowiedziałem się że będzie Szóstka. Zacząłem zgłębiać historię poszczególnych wersji, nawet przyglądałem się temu jak Szóstka wygląda, zobaczyłem cenę… pomyślałem, że o nie, po co tyle kasy wydawać, i jeszcze ten głupi Steam. A potem któregoś dnia chodziłem zeźlony po markecie i za parędziesiąt zet Piątka sama wskoczyła do koszyka. I tak zacząłem się bawić…

Wśród wielu nowości w Piątce są niezależne państwa-miasta, jest aspekt religijny oraz możliwość gry Kazimierzem Wielkim. Kiedy doszedłem do etapu, kiedy mój Kazimierz mógł założyć religię, katolicyzm był już zajęty przez Celtów (co ja poradzę, Hiszpanie musieli wziąć buddyzm) i musiałem wybierać w tym co zostało. Rozważyłem głęboko dostępne możliwości pod względem historycznym i wybrałem. Religia się ładnie rozwinęła i teraz sam nie wiem co mnie bardziej bawi:
a/ Warszawa jako święte miasto judaizmu
b/ Watykan nawrócony na judaizm
c/ Jerozolima prosząca o przysłanie judaistycznych misjonarzy?

W Szóstkę pewnie prędko nie zagram. Przynajmniej sądząc po tym jak chodzi Piątka – dopóki nie wymienię komputera. 

Dwa śniegi

Śnieg padający w mroźny dzień jest lekki i puszysty, niczym zwiewna narzutka. Kiedy bierzesz go na szuflę, to prawie go nie czujesz. Musisz jednak uważać przy zrzucaniu z łopaty, żeby poleciał dokładnie w tę stronę co trzeba, i starać się żeby się za bardzo nie osypywał (a potem i tak masz nadzieję że silny podmuch nie rozniesie go z powrotem po całym podwórku).

Śnieg padający „w okolicach zera” jest ciężki, niczym porządna kołdra, do której musisz się solidnie przyłożyć, żeby nią machnąć. Kiedy nabierasz go na łopatę, musisz uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo może nawet i dźwigniesz (ale spróbuj tym rzucić!) – ale łatwo się znaleźć w sytuacji nierównego rozłożenia na łopacie i zwyczajnie przeważy. Za to na boki nie ucieka i znakomicie się z niego uklepuje góry i wały, czasem wystarczy podjechać łopatą i na sztorc postawić. 

Dziś był ciężki i gruby, do dziesięciu centymetrów. Odgarnąłem tylko z chodnika i samochodów, a i tak wystarczyło na szańce dla lokalnej komórki obrony terytorialnej. Niech się chowają siłki i crossfity 🙂