O mitach Sali Kolumnowej

To, co ostatnio wyrabiają przedstawiciele suwerena, nie nadaje się na komentarz bez sięgania po tag #wulgaryzmy. Pozwolę sobie więc na luksus niekomentowania skutków prawnych tego, co się na Sali Kolumnowej, gdyż:
– po pierwsze primo korzystam ze swojej wolności blogowania tylko o tym, o czym chcę blogować, a nie o tym o czym wszyscy tokują i chcieliby aby inni tokowali,
– po drugie primo nie było mnie tam, a to wystarczający powód by mieć wysoce niekompletne informacje, niekompletne w stopniu uniemożliwiającym racjonalną ocenę (trash in, trash out)
– po trzecie primo… z przyczyn technicznych musiałem przerwać i zapomniałem.

Uderza mnie natomiast, jak silnie widać mechanizm stawania się ekspertem ludowym (głównie dzięki internetowi – to znaczy, głównie dzięki internetowi widać, mechanizm przypuszczalnie działał tak zawsze, ale internet zmniejsza odległości między mówiącymi i słuchającymi). Wystarczy więc jakiś strzęp informacji, by ktoś z ogromnym przekonaniem mówił jak jest, bez sprawdzania i wykluczając możliwość, że rozumie się źle. 

Mamy więc na początek słynną kwestię listy obecności, którą niektórzy posłowie (partii rządzącej głównie chyba) podpisywali już po zakończeniu obrad (ze szczególnym uwzględnieniem głosowań). Słyszałem wiele głosów, że minister sprawiedliwości powinien się podać do dymisji, spalić ze wstydu i samozaaresztować, skoro podpisem sfałszował listę obecności; nie mam pewności, czy brak podpisu na liście ma w tym argumencie dowodzić, że nie miał prawa brać udziału w obradach, czy też że go na nich zupełnie nie było. Obie wersje są oczywiście równie absurdalne – nie zaglądając do regulaminu Sejmu mogę śmiało stwierdzić, że obecność na głosowaniu to kwestia czysto fizyczna (z elementem wolicjonalnym, bo jednak trzeba podnieść tę rękę i ewentualnie nacisnąć przycisk), a podpis na liście obecności to przede wszystkim wymóg porządkowy, który ewentualnie może mieć wpływ na prawo do diety poselskiej. (Jeśli kogoś bardzo to interesuje, to artykuł 7 ustęp 5 regulaminu Sejmu w wersji obowiązującej od jakichś sześciu lat brzmi: „Obecność posła na posiedzeniu Sejmu jest potwierdzana na liście obecności wykładanej każdego dnia posiedzenia do czasu zakończenia obrad oraz poprzez potwierdzony wydrukami udział w głosowaniach„, a we wcześniejszych głosowaniach choćby pan minister był obecny).

Kiedy temat listy obecności nieco przebrzmiał, modny stał się temat sekretarzy, których marszałek wyznaczył imiennie dziesięcioro, a jedynie ośmioro było fizycznie obecnych na sali. Wyjaśnijmy na początek, że Sejm sekretarzy powołał na pierwszym posiedzeniu w liczbie dwudziestu, i marszałek wybrał z tej dwudziestki zarówno liczących podniesione ręce, jak i dwuosobową komisję skrutacyjną. Zmarnowałem kwadrans swojego życia i obejrzałem (z palcem na stenogramie) początek transmisji obrad z Sali Kolumnowej. Obraz nie obejmował całej sali, widać było góra pięćdziesiąt głów z ponad dwustu obecnych, ale cały stół prezydialny (chyba że z boku było coś jeszcze). Kiedy przyszło do głosowania, widać było co najmniej jednego facecika łażącego i liczącego ręce, jak również spory ruch wokół prezydium – można zgadywać, że liczący w głębi sali przychodzili z kartkami i podawali wyniki swoich obliczeń. Później komisja skrutacyjna pracowicie używała długopisów i chyba kalkulatorów, aż wreszcie marszałek ogłosił… Refleksja jest taka, że przy wszystkich niejasnościach związanych z przebiegiem głosowania – ktoś faktycznie te głosy podliczał (choć kto, jak i gdzie wyznaczał sektory poszczególnym sekretarzom, tego już powiedzieć nie jestem w stanie).

Czy było kworum? Odpowiem szczerze, że nie wiem, bo mnie tam nie było (patrz wyżej). Skoro jednak ktoś te głosy liczył i wyszło mu to co wyszło, to wydaje się to prawdopodobne (przez wiele dekad takie zliczanie głosów przy wykorzystaniu sekretarzy było wszak podstawowym sposobem głosowania). Ale tych, którzy uwierzyli w mity, że wszystko nieważne, bo brakowało czyjegoś podpisu na liście obecności, a protokół z głosowania nie jest na sygnowanym druku sejmowym (cokolwiek by to miało oznaczać) – przekonywać nie zamierzam.

Na szczęście zaraz Święta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s