Białe szaleństwo w czerwonym serduszku

Nie, nie będzie nic związanego z Owsiakiem. Będzie o czymś dziwnym o czym przeczytałem na fejsie gdzieś w grudniu. Nawet nie pamiętam dokładnie u kogo, bo – jak to na fejsie – ktoś znajomy skomentował u kogoś innego i algorytmy fejsowe postanowiły akurat to mi pokazać (nawet nie pamiętam, czy z uwagi na ustawienia prywatności byłem w stanie wziąć udział w dyskusji, czy po prostu się na to nie zdecydowałem). A ponieważ chodzi o fejsa, to nawet nie próbuję tego odszukiwać, więc cała notka bazuje na tym co pamiętam.

A pamiętam… że pewna pani napisała sobie mocno emocjonalną wypowiedź na temat komunikatu meteorologicznego (w medium którego nie zapamiętałem), który brzmiał z grubsza „nie ma dobrych wiadomości dla amatorów białego szaleństwa”. Pani się na to strasznie ulało, że co to w ogóle za porządki, żeby mówić o jakimś białym szaleństwie, kiedy biedni ludzie na wsi marzną, że to skandal że ktoś się w zimie spodziewa śniegu i mrozu.

No. Właśnie. Więc tak sobie w zimowy weekend zacząłem składać pewne rzeczy do kupy. O białym szaleństwie mówi się zwykle w odniesieniu do narciarstwa rekreacyjnego w wydaniu alpejskim – czyli wymagającego sporej ilości śniegu (oraz, nie zapominajmy, stoku do zjeżdżania w dół). Śnieg zaś… to przede wszystkim woda, bez której na wsi zdecydowanie ciężko (Steinbeck opisał to wystarczająco dobrze), a spadająca na ziemię w formie śniegu zostaje na znacznie dłużej i znacznie lepiej wsiąka w glebę, niż w formie intensywnego deszczu; w warunkach grożącej nam suszy hydrologicznej o śnieg należy się modlić (do kogo, to już sprawa indywidualna). Śnieg to także ochronna pierzynka dla gleby i roślin (a i zwierzęca drobnica nie pogardzi) – znacznie lepiej przetrwają mrozy pod śniegiem, niż kiedy mróz skuwa ziemię bezpośrednio (a ostatnio łatwiej o to było, niż o zimy śnieżne). Śnieg też jest wbrew pozorom egalitarny – zabawy na śniegu są dla wszystkich, i tych z jedną deską, i tych z dwiema (i do poruszania się z góry na dół, i po płaskim),i tych z sankami, i tych co po prostu bałwany lepią i śnieżkami rzucają; gdyby śniegu nie było, nie wychodziliby z domów na deszcz, czy nawet na bezśnieżne plus trzy, bo i po co.

W białym szaleństwie niewątpliwie może pomagać mróz, a właściwie mrozik (bo przy takim minus naście jak dziś to i narciarzom mniej się chce). Wątpię jednak, by parę stopni różnicy między minus dwa a plus dwa robiło zasadniczą różnicę, jeśli chodzi o ogrzewanie domostw. Rozprzestrzenianie się zaś wirusów i innych chorobotwórczych paskudztw jest zaś znacznie łatwiejsze przy temperaturach dodatnich niż ujemnych (a na wsi dostęp do opieki zdrowotnej jest jednak trudniejszy). 

W pełni rozumiem niechęć do postrzegania rzeczywistości z punktu widzenia określonej klasy (zamożni narciarze uber alles), ale w tym przypadku jedynego czego można się czepiać, to prezenterskiej sztampy – bo zwyczajna zima nie jest żadnym złem klasowym (o niekorzystnych klasowo skutkach zmian klimatycznych wspomniano zresztą w tamtej dyskusji). A sam temat przypomniał mi się, kiedy pod wieczór wracałem do domu i miałem wyjechać na wiadukt na drodze ekspresowej. Na skarpie pod wiaduktem zauważyłem dzieci radośnie zjeżdżające na sankach (aż z odrobiną przestrachu zacząłem się zastanawiać, czy nie grozi im wyjechanie z tej skarpy na ulicę, ale odległość była spora). 

Niedosyt

Dobrze być kiepskim złym prorokiem. Obawiałem się, że Kamil nie jest dość mocny, skoro ucieka się do sztuczek taktycznych (podobno to trener wolał dmuchać na zimne). Na szczęście co do tego Kamil wyjaśnił sytuację zaraz po opublikowaniu tej pełnej obaw notki, oddając najdłuższy skok konkursu i obejmując prowadzenie w klasyfikacji turnieju.

Patrzę mokrymi oczami na te wyniki, na te wręczanie nagród, i odczuwam… niedosyt. Ci, którzy oglądali – wiedzą, że w końcowej serii trwało gorączkowe przeliczanie punktów, że były cichutkie nadzieje na całkowicie polskie podium konkursu w Bischofshofen (Maciek Kot skończył na swoim tradycyjnym piątym miejscu) i znacznie głośniejsze na całkowicie polskie podium Turnieju (Maciej Kot skończył czwarty, niecałe osiem punktów za Tande).

Ale ja odczuwam pewien sportowy niedosyt. Kamil był liderem punktacji TCS przed ostatnią serią, być może ta sytuacja po prostu Tande przerosła (chyba popełnił szkolny błąd na progu, albo dostał jakiś arcypechowy podmuch z boku*), więc o sukcesie Kamila nikt nie może nawet pisnąć złego słowa. Niezmiernie się cieszę, że równe skoki Piotrka Żyły („garbik, fajeczka…„) dały mu dziś podium (jedyne w Turnieju) i drugie miejsce w klasyfikacji Turnieju, ale choroba Hayboecka (dziś  drugi) i zwłaszcza Krafta (plus ta katastrofa Tandego) wydatnie w tym pomogły. Oczywiście, szczęście sprzyja lepszym, i lepiej że tym razem innych dopadł pech – ale chyba lepiej smakuje wielki sukces, kiedy przeciwnicy nie odpadają jak muchy. 

Miałem też cichą nadzieję, że Kamil wygra Turniej bez wygrywania któregokolwiek konkursów, ale w tym zakresie mój niedosyt to fanaberia.

Niemniej powtórzmy to jeszcze raz:
Bischofshofen: 1. Stoch, 3. Żyła
TCS: 1. Stoch, 2. Żyła, 4. Kot

Jak to smakuje.

*wg obecnych doniesień w locie wypiął mu się but, więc pech

Mocny nie potrzebuje sztuczek

Miło się patrzy, kiedy bukmacherzy i pundici (jaką to słowo karierę zrobiło ostatnio) typują Polaka na zwycięzcę, także wtedy, kiedy chodzi o zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Po Oberstdorfie Kamil Stoch tracił do Stefana Krafta około dwóch metrów, na dystansie sześciu skoków jak najbardziej do nadrobienia.

Zmarszczyłem jednak brwi, kiedy nie zobaczyłem go w kwalifikacjach w Ga-Pa. Mogło to oznaczać, że szkoda mu sił na kwalifikacje – co nie wydaje się najlepszą wróżbą – albo że jest to próba sztuczki psychologicznej, obliczonej na wywarcie na Krafta dodatkowej presji. Nie umiem się jednak oprzeć wrażeniu, że to próba kompensowania względnej słabości, po trosze przyznanie się do minimalnej wyższości Krafta – co nieszczególnie wróży w sytuacji, kiedy potrzebne są skoki nie tylko dobre, ale i bardzo dalekie. 

W pierwszej serii w Ga-Pa Kraft dołożył do przewagi półtora metra. Nie jestem optymistą co do wygranej (choć miło patrzeć na trójkę Polaków w czołowej szóstce, z poważnymi szansami na trzy miejsca w czołowej dziesiątce na koniec Turnieju).

Grudniowy podwieczór

Grudzień. Człowiek wstaje rano, a tu ciemno, jeszcze dobrze nie zdąży pracować, a tu znów ciemno, i nie jest to jeszcze noc polarna. Czasem się z tego powodu zastanawiam czy lepszy jest na taką porę roku czas letni, czy czas zimowy (póki co wygląda mi na to, że jednak zimowy, bo ważniejsze jest się dobrze obudzić, wieczorem łatwiej sobie poradzić z zaśnięciem), więc jeśli mamy zmieniać to w tę stronę.

Znalazłem jednak dobrą stronę. Człowiek wstaje rano, jeszcze ciemno, i chwilę potem widzi jak się świat rozjaśnia, jak ma okna dobrze ustawione to i na wschód słońca się załapie („pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczył…”) Pod koniec pracy zaś można zoczyć zachód słońca nie czekając Ra wie ilu godzin. A zachody słońca w grudniu też potrafią być niezmiernie efektowne, zwłaszcza kiedy zachodzące słońce z chmurami się bawi.

Wczoraj tak miałem, że w porze zachodu słońca wychodziłem. Niezmiernie to urokliwie wszystko wyglądało, te chmury słońcem pokolorowane. Tylko potem nagle musiałem mocno zahamować, bo jeden pan w czapce zapraszał mnie do zjazdu na pobocze gestem nieznoszącym sprzeciwu, kosztował mnie ten zachód słońca 50 zł i dwa punkty (bo ograniczenie przegapiłem).

Dwa śniegi

Śnieg padający w mroźny dzień jest lekki i puszysty, niczym zwiewna narzutka. Kiedy bierzesz go na szuflę, to prawie go nie czujesz. Musisz jednak uważać przy zrzucaniu z łopaty, żeby poleciał dokładnie w tę stronę co trzeba, i starać się żeby się za bardzo nie osypywał (a potem i tak masz nadzieję że silny podmuch nie rozniesie go z powrotem po całym podwórku).

Śnieg padający „w okolicach zera” jest ciężki, niczym porządna kołdra, do której musisz się solidnie przyłożyć, żeby nią machnąć. Kiedy nabierasz go na łopatę, musisz uważać, żeby nie przesadzić z ilością, bo może nawet i dźwigniesz (ale spróbuj tym rzucić!) – ale łatwo się znaleźć w sytuacji nierównego rozłożenia na łopacie i zwyczajnie przeważy. Za to na boki nie ucieka i znakomicie się z niego uklepuje góry i wały, czasem wystarczy podjechać łopatą i na sztorc postawić. 

Dziś był ciężki i gruby, do dziesięciu centymetrów. Odgarnąłem tylko z chodnika i samochodów, a i tak wystarczyło na szańce dla lokalnej komórki obrony terytorialnej. Niech się chowają siłki i crossfity 🙂

Czas machania miotełką

Zima. Człowiek wychodzi przed dom z zamiarem wsiadania do samochodu i z niechęcią spogląda na to co się nagromadziło na powierzchniach płaskich. Potem wyciąga miotełkę i pracowicie odgarnia śnieg z szyb, maski i dachu – pomny, że to czego nie odgarnie, będzie zwiewane pędem powietrza. Owszem, jest wielu takich, którzy ograniczają się do uruchomienia wycieraczek „bo widać do przodu” i jeżdżą z pokrywą tu i ówdzie (oraz charakterystycznym wzorem na przedniej szybie), częstując innych wokoło śnieżnym podmuchem w najmniej spodziewanym momencie.

Być może się zastanawiacie, skąd mi się takie zimowe klimaty wzięły, albo w jaką śnieżną okolicę mnie wywiało (za oknem wszak złoty polski wtorek). No… śniegu faktycznie od dawna nie widziałem (październikowa chwila chłodów aż tak daleko nie sięgnęła), dziś jedynie uparta mgła mi w jeździe przeszkadzała osiadając na szybach. Zobaczyłem jednak coś, co mną wstrząsnęło. Na poboczu stał zaparkowany samochód, który miał na przedniej szybie charakterystyczny wzór powstający wskutek odgarniania jedynie wycieraczkami. Cały był obsypany liśćmi, i nie, nie stał pod drzewem…

Co sobie o kierowcy pomyślałem, to sobie pomyślałem. Sam natomiast dwie godziny później, po trzech kwadransach parkowania pod drzewem, wyciągnąłem miotełkę i…

jesień liście

..jak w zimie.

Katowicki sylwester z Polsatem

No więc nowy rok zacznę od przyznania się: oglądałem wczoraj wieczór sylwestrowy Polsatu czy też z Polsatem. Znakomity to koncert był. Zmuszony jestem jednakowoż podkreślić słowo „oglądałem”, gdyż niezwłocznie po pierwszym utworze wyciszyłem głos w telewizorze i zacząłem puszczać muzykę z laptopa (bo lepsza). Patrzyło się zaś znakomicie na futurystyczną scenę iluminowaną stale zmieniającymi się we wzorze i kolorze światłami. Od czasu do czasu kamera robiła odjazd ze sceny do szerszego planu, wtedy całość kosmicznych kształtów sceny z przyległościami było dobrze widać we względnej ciemności nocy, a kiedy jeszcze zaczynało być widać lekko podświetlony kształt katowickiego Spodka oraz niepodświetloną pustkę po świeżo wyburzonej DOKP, to na usta nasunęło się: IT’S NOT KATOWICE, IT’S A SPACE STATION!

A na scenie, ach. Przystojni panowie w eleganckich strojach, piękne panie w wytwornych kreacjach, aż mnie zdziwiło że jedna cały czas w tej samej, a nie co godzina w nowej (miała takie charakterystyczne srebrem szamerowane epolety*, że aż zapamiętałem). Do tego tradycyjnie ubrane czy nieubrane tancerki, cudacznie poubierani artyści (w poprzednim zdaniu było o prowadzących), długonogie wokalistki (jak nie słychać to piszę o tym co widać). I tylko czasem dysonansem był ktoś w puchowej kurtce…

Fakt, tu muszę zwrócić uwagę na jeden istotny czynnik. Od czasu do czasu było widać, jak oddechy zamarzają w powietrzu (o poranku mój domowy termometr pokazywał -11). Cały czas się zastanawiałem, czy na tej scenie mają jakiekolwiek ogrzewanie, choćby w postaci termowentylatorów umieszczonych pod sceną czy zakamuflowanych tu i ówdzie koksioków; pamiętam tylko, że raz któryś wykonawca miał coś płonącego ustawione na fortepianie. Oczywiście, być może jak się tańczy, śpiewa i skacze, to wcale się bardzo nie marznie, ale jednak te stroje na cienkie wyglądały…

Nikogo znajomego w TV nie wypatrzyłem (choć ten i ów się wybierał, a niektórzy nawet zdjęcia pokazywali), ale przecież to jeszcze nie dowód że ich tam nie było.

*a może to było coś innego, who cares

 

Morze lutowe

Z tymi współczesnymi wyjazdami to jest kram: zabiera człowiek cyfrowe aparaty (konwencjonalne czy w telefonach), po czym nielimitowany kliszą tłucze zdjęcia bez opamiętania. I potem przychodzi – jak kac po imprezie – ta ciężka chwila, w której trzeba przejrzeć te wszystkie wykonane zdjęcia.

Urlop za pasem, za trzy tygodnie powinienem być nad morzem. Wolę nie myśleć ile takich widoczków się uwieczni, choć okoliczności przyrody na pewno będą inne (zimowej plaży musiałbym szukać na Ziemi Ognistej). 

Gdynia promenada luty

Nie powiem Wam ile zdjęć przeglądałem dziś wieczorem żeby wybrać to jedno.

Płacz nad zwycięstwem

Po pierwszej serii policzyłem szybko: Freund traci do podium jakieś osiem punktów, teoretycznie do odrobienia jeśli uda mu się „odpalić” na progu. W drugiej myśli policzyłem, że za zajmowane wówczas siódme miejsce dostanie 36 punktów do klasyfikacji Pucharu Świata, 64 mniej od zwycięzcy. Prevc tracił do Freunda w klasyfikacji Pucharu 44 punkty, gdyby więc skończył zawody na drugim miejscu (za 80 pkt), to byliby na równo punktami…

W drugiej serii Freund nie błysnął, po swoim skoku przegrywał z Hayboeckiem. Za chwilę jednak pozycję oddał mu Schlierenzauer i Niemiec mógł liczyć na co najmniej siódme miejsce na koniec dnia. Zostawało mu czekać na to, jak będą skakać następni. Fenomenalnie – najdalej dziś – poleciał Tepes i objął prowadzenie, Stoch trafił na podmuch w plecy i spadł z podium. Prevc miał wszystko w swoich rękach (nogach raczej)…

To po prostu niesamowita scena: słoweńska widownia powinna szaleć ze szczęścia widząc swoich skoczków na dwóch najwyższych stopniach podium. Tyle że kolejność była 1. Tepes, 2. Prevc, 7. Freund, i przy równej (!) liczbie punktów w klasyfikacji Pucharu Świata to Niemcy szaleli z radości, bo w takiej sytuacji decydowała liczba zwycięstw w sezonie. Pamiętam jak Janda z Ahonenem współwygrywali Turniej Czterech Skoczni, pamiętam jak Niemcy w Salt Lake City wygrali drużynówkę z Finami o 0,1 pkt, ale takiej sytuacji nie pamiętam – i cieszę się, że to oglądałem.