Tuż przed rozpoczęciem tegorocznego Tour de Ski Justyna Kowalczyk ni mniej, ni więcej, tylko – jak wynika z wywiadu opublikowanego dzisiaj – rozważa wycofanie się z tych zawodów. Przyczyną ma być zmiana programu imprezy (już okrojonego wcześniej) i zastąpienie biegu na 10 km stylem klasycznym, sprintem stylem dowolnym. Oficjalnie z powodu problemów ze śniegiem…
Zgadzam się, nie zmienia się reguł „za pięć dwunasta”, bo zupełnie inaczej zawodnicy się przygotowują do określonego cyklu biegów, a inaczej do innego (aczkolwiek zmiany wszędzie się zdarzają, mało to razy odwoływano np. fragmenty etapów wyścigów kolarskich?)
Zgadzam się, że obraźliwe dla zawodników jest, jeżeli organizatorzy oszczędzają śnieg, który mógłby być przeznaczony dla biegaczy, żeby wykorzystać go tydzień później dla bardziej poważanych na miejscu (w Oberhofie) biathlonistów. Oczywiście, jeżeli tak jest.
Zgadzam się, że niezrozumiałe jest co do zasady, dlaczego zmieniając rodzaj biegu w jednym dniu i w jednej miejscowości, nie można odwrotnej zmiany przeprowadzić w innym dniu i w innej miejscowości. Owszem, w tej innej miejscowości kibice na co innego może kupili bilety, może transmisje telewizyjne gorzej będą pasować, ale właściwie co to ma obchodzić zawodników?
Pojawia się jednak jeden zarzut, którego nie kupuję. Otóż Justyna Kowalczyk mówiąc o parytecie biegów w obu stylach rzuca w pewnej chwili kąśliwie, że „w momentach decydujących już nie ma 50 na 50. Wtedy są biegi łyżwą.” (i tu pożywka dla domysłów, komu by na tym miało zależeć). Jak sięgam pamięcią, odkąd są jakiekolwiek biegi łączone (od ubiegłego stulecia, od igrzysk w Albertville co najmniej), to zawsze ta pierwsza część była rozgrywana stylem klasycznym, a część pościgowa – dowolnym. Tak było w każdym Tour de Ski i kiedy Kowalczyk zdobywała medale w biegu łączonym. I zupełnie nie rozumiem, czemu ma zatem służyć ta sugestia, że oto teraz ktoś zwiększa znaczenie „łyżwy” (poza nieco małostkową interpretacją, że w tym sezonie Kowalczyk w łyżwie mocna nie będzie).
