Zrozumienie

Wchodzę wczesnym wieczorem do sklepu osiedlowego.* Facet przy kasie wygrzebuje przede mną monety z kieszeni i kupuje najtańsze pół litra. Kiedy znajoma ekspedientka zwraca się do mnie, mówię:
– A dla mnie pięćdziesiątka.

Na jej jakby zdziwioną minę wskazuję lekko na lottomat.

Mina ekspedientki, kiedy zrozumiała: bezcenna (długo się śmiała). 
Ale nie aż tak, żebym oddał te pięćdziesiąt milionów, które było dziś do wygrania.  

*didaskalia nieco umowne

Pół szklanki benzyny

O torze wyścigowym w Abu Zabi opinie krążą zróżnicowane, w zależności od punktu widzenia: jedni chwalą jego wygląd i klimat wyścigów przy zachodzącym słońcu i zapalonych latarniach, inni narzekają na nudę pomiędzy startem i metą. W tym roku już po kwalifikacjach padł komentarz, że więcej emocji, niż wszystkie trzy poprzednie wyścigi, dostarczyło oczekiwanie na werdykt sędziów w sprawie samochodu lidera cyklu. 

Osobiście mam wrażenie, że ta opinia jest przesadzona. Rozumiem, że trudno jest sobie coś przypomnieć ciekawego z inauguracyjnego wyścigu w 2009, toczonego właściwie o nic, w ubiegłym roku najciekawszym zdarzeniem był nieoczekiwany defekt opony bezapelacyjnego lidera już na pierwszych zakrętach (dzięki czemu zdarzyło mu się po raz siódmy w sezonie nie wygrać wyścigu). Trudno jednak zapomnieć wyścig z roku 2010, kiedy ważyły się losy tytułu mistrzowskiego (na starcie matematyczne szanse miało 4 kierowców). Lider cyklu postanowił pilnować głównego rywala, i za późno się zorientował, że niebezpieczeństwo czai się z innej zupełnie strony, utkwił za jakże średnim Witalijem Pietrowem bezsilnie próbując go wyprzedzić przez 37 okrążeń; w ostatecznym rozrachunku przegrał tytuł o 5 punktów (miał o cztery mniej, ale gorszy bilans.. czwartych miejsc), czyli trzy pozycje na mecie tego wyścigu, teoretycznie najzupełniej w zasięgu. Gdyby dał radę wyprzedzić.

W tym roku kwalifikacje już zakończyły się sensacją, bo Sebastian Vettel zwyczajnie zatrzymał się na torze. Zatrzymał się już po zakończeniu czasu, kiedy nikt już nikomu nie mierzył tysięcznych sekundy, po prostu dostał polecenie „zatrzymaj się natychmiast” (podobno na polecenie producenta silnika). Przeprowadzone natychmiast śledztwo (regulamin techniczny nakazuje powrót po kwalifikacjach do alei serwisowej o własnych siłach), zakończyło się enigmatycznym komunikatem, że zatrzymanie było spowodowane „siłą wyższą” (ciekawość uważnych obserwatorów tylko się wzmogła). Przy okazji stwierdzono jednak, że z zatrzymanego na poboczu bolidu, nie udało się już wypompować wymaganego regulaminem litra paliwa do badań, zabrakło raptem 150 mililitrów, czyli nieco ponad pół szklanki (złośliwi mówią, że to mniej niż puszka Red Bulla). Nie umiem się oprzeć myśli, że ta siła wyższa przyszła o parę sekund za późno (na pokonanie pełnego okrążenia toru potrzeba – przy prawie pustym baku i przez to maksymalnie lekkim samochodzie – pewnie ze dwa litry paliwa) – bo gdyby nie przyszła, to w boksach Vettel też przecież zostałby zdyskwalifikowany, mając tego paliwa jeszcze mniej. 

Tym niemniej, spodziewam się emocji: Vettel goni z samego końca stawki, Fernando Alonso z szóstego miejsca na starcie będzie starał się maksymalnie zmniejszyć stratę, dzięki czemu dwa ostatnie wyścigi zapowiadają zaciętą walkę aż do samego końca. Jeśli chodzi o mnie, może być do ostatniego zakrętu, jak cztery lata temu.

Refleksje wokół grobów

Wchodzimy dziś na pierwszy z szeregu cmentarzy. Moją uwagę przykuwają ludzie stojący przy samej bramie, przy pierwszym grobie od wejścia, niemal na przejściu. Zaczynam się zastanawiać, czy i komu może to przeszkadzać, że tak blisko leży – zmarłemu to właściwie żadnej różnicy robić nie powinno, a czy odwiedzającym nie przeszkadza to w modlitwie, nie wiem. Ale mimo wszystko jakoś tak dziwnie, rozum próbuje szukać w pamięci, czy w jakichś średniowiecznych tradycjach grzebanie kogoś przy samej bramie cmentarza mogło mieć znaczenie. 

Na cmentarzach zawsze przyglądam się grobom, które wyglądają na opuszczone i zapomniane. Czasem tylko są zasypane liśćmi, czasem bujnie na nich trawa rośnie, na niektórych nawet już młode drzewka kiełkują. Jak się schylić, czasem się nawet jeszcze wypatrzy tabliczkę albo stary pomnik, z nic nie mówiącym nazwiskiem. 

Jakże kontrastują z nimi wielkie, monumentalne grobowce (czyżbyśmy wracali do dawnych tradycji?). Tylko dziś, tylko na jednym cmentarzu zwróciłem uwagę na czarną kamienną bramę na grobie Barbary Kilar; na szklaną taflę na grobie Krystyny Bochenek (tym razem było przy nim spokojnie, w którymś z poprzednich lat trudno się było przecisnąć, a zwykle odwiedzam kogoś kilkadziesiąt kroków dalej); na przygnieciony skałą grób Zbigniewa Cybulskiego. Po powrocie z cmentarza aż gorączkowo sprawdzałem, kim był Andrzej „Ondraszek” Szymański, ale nawet Google wie o nim tyle tylko, że ma grób w Katowicach.

Każdy Jerzyk ma dwa kolce

Proszę wybaczyć tytuł, dzień swą pogodą jakoś nie pomaga mi w znalezieniu celnego określenia.

Cieszę się, a jakże, że Jerzy Janowicz, Jerzykiem zwany, zabłysnął dziś na paryskich kortach, pokonując 2:1 zwycięzcę Wimbledonu i mistrza olimpijskiego Andy Murraya, trzeciego na listach światowych, lejąc go w trzecim secie 6:2. Już czytałem tu i ówdzie, że zgodnie z naszymi tradycjami narodowymi, po małyszomanii, kubicomanii, gortatomanii, mitomanii (wróć, to nie do tej notki i to nie jest przejściowe) grozić nam będzie jerzykomania

Nie deprecjonując tego sukcesu ani na milimetr (a tych Janowiczowi, mówiąc szczerze, nie brakuje), chciałbym jednak prosić o zachowanie proporcji i ostrożność w prognozach. Janowicz nie jest postacią znikąd, w 2007 i 2008 grał w finałach juniorskich Wielkich Szlemów (Nowy Jork i Paryż), ale przez cztery sezony błąkał się po dalszych setkach klasyfikacji ATP. W tym sezonie dzięki dobrym występom w mniejszych turniejach i grze w III rundzie Wimbledonu (o włos zresztą od czwartej), rywalizuje już (ostatnio z 69. pozycji) o tytuł najlepszego polskiego singlisty z Łukaszem Kubotem. Po turnieju w Paryżu, który jest jego szczytowym osiągnięciem (za spory sukces uważane było ogranie w poprzednich rundach 19. na liście światowej Kohlschreibera i 15. na tej liście Cilicia), zapewne odskoczy Kubotowi solidnie, ale wciąż będzie to sukces efemeryczny. 

Nie da się uciec w tym momencie od porównań do Agnieszki Radwańskiej. W turniejach juniorskich była o szczebel lepsza (trzy wygrane Szlemy w 2005 i 2006), w pierwszej setce rankingu znalazła się zaraz w drugim roku występów profesjonalnych (kiedy jeszcze uchodziła za juniorkę). Z zawodniczkami z czołówki wygrywała już dawno (2006 Williams i Dementiewa, 2007 Hingis i Szarapowa), w 10-tce rankingu zagościła w roku 2008 – i mniej więcej się jej trzymała, (żeby w tym roku zrobić krok ku szczytom). Janowicz ma do niej opóźnienie, ale ważniejsze jest nie ściganie się, tylko umiejętność stałego wznoszenia się i utrzymania na wysokim poziomie. 

Chcę wierzyć, że mu się uda, że zostanie polskim Ivaniseviciem. Ale jedna jaskółka nie czyni wiosny, a jeden jerzyk.. skończę, bo metafory mi nie idą.

Sprzedaj pan…

Jadę sobie drogą jak wiele razy przedtem (i pewnie wiele razy potem). Na skraju lasu stoi duża tablica ogłoszeniowa. Droga prosta, prędkość nie za duża, rzucenie okiem nic nie kosztuje. Jakaś bliżej mi nieznana firma windykacyjna (lokowania produktu nie będzie) zachwala swoje usługi wielkim napisem:
SPRZEDAJ SWOJEGO DŁUŻNIKA

Gdybym nie wiedział, że jakieś formy (ukrytego) niewolnictwa i handlu ludźmi wciąż egzystują, to pewnie bym sobie nawet z tego i pożartował, z tego prymitywizmu językowego lub myślowego.

(100)

But, piłka, czcionka

Słuchałem wiadomości sportowych w Polskim Radiu. Redaktor Adam Malecki (którego skądinąd lubię za jego materiały dotyczące sportów motorowych) uraczył nas najpierw informacją, że Leo Messi odebrał właśnie nagrodę Złotego Buta dla najlepszego ligowego strzelca Europy (swoją drogą, nikt od początku istnienia nagrody nie natłukł tylu goli, nawet w czasach najbardziej szemranych triumfów snajperów z mniej poważanych lig), po czym płynnie przeszedł do informacji o urodzinach. 

Urodzinach nie byle jakich, bo Maradony, choć nieszczególnie okrągłych, więc okazja do wspominania taka sobie, chyba że się jest fanem. Red. Malecki najwyraźniej jest, bo od peanu na cześć jubilata płynnie przeszedł do lamenciku, że Maradona nigdy nie otrzymał podobnego wyróżnienia do Messiego, bo przez te wszystkie lata sekowały go jako niepokornego wszystkie Fify i Uefy. Zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że póki Maradona grał w Europie, to nigdy nie zdarzyło mu się strzelić więcej niż 16 goli w sezonie, więc o nagrody snajperskie trudno było mu rywalizować ze strzelającymi ponad 30. Podobnie nie zwrócił uwagi, że aż do roku 1994 (o roku ów…) Złota Piłka France Football była (od prawie 40 lat) nagrodą wyłącznie dla najlepszego piłkarza pochodzącego z Europy (a nie: grającego w Europie), a nagrodę FIFA dla najlepszego piłkarza świata wprowadzono dopiero w 1991 roku, kiedy Maradona najlepsze lata kariery miał już za sobą (jedyne jego trofea tego rodzaju to dwie nagrody dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej, i jedynie tamtejszym redakcjom może zawdzięczać, że od 1986 roku nie można było głosować na piłkarzy występujących poza Ameryką Południową). 

W Teleekspresie przyznawano kiedyś (może dalej się przyznaje) Złote Czcionki za rozmaite wpadki dziennikarskie. Redaktor Malecki niestety zasłużył sobie również na jedną. 

Patrząc krzywo, widząc prosto

Pisałem już tutaj, że w mieście nad wdzięczną rzeką Arno, krzywizn wszelakich nie brakuje. Krzywa jest sama rzeka, i góry nad miastem, i most też łukiem biegnie:
Pisa Italia Piza Włochy Arno

Zakrzywione bywają uliczki:
Pisa Italia Piza Włochy Corso di Roma 

Za to proste są wieże (tam powyżej też przecież zresztą)
Pisa Italia Piza Włochy 

i wieżyczki
Pisa Italia Włochy Santa Maria della Spina

Domy też zresztą proste:
Pisa Italia Piza Włochy Lungarno Mediceo 

I tylko jedna wieża próbuje im zepsuć reputację prostych budynków.

Pisa Italia Piza Włochy Santa Maria Assunta

Monstrum

Jechałem przez wieś, taką porządną, więc dom przy domu, asfalt zacny, chodniki szerokie. Droga jednak historycznie pokręcona, że slalom można ćwiczyć, więc nie wiadomo, co będzie za każdym zakrętem. 

Wyjechało zza takiego zakrętu. Wielkie, na półtora pasa, ciemne, trochę jakby w barwach wojskowych, na pewno bez jakiejkolwiek jaskrawości, na dodatek dzień był pochmurny. Po prostu sunie naprzód taka bestia, nie ma miejsca, żeby się na swojej stronie jezdni zmieścić. 

Co za szczęście, że te chodniki szerokie, jeszcze tuż zaraz mi się obniżenie krawężnika na wjeździe do posesji znalazło. Kiedy już pół samochodu miałem na chodniku, to spokojnie mogłem stwierdzić, że to tylko monstrum rolnicze jechało do pracy, lub z pracy, a nie żaden czołg czy inny transformers.

 

Medale Agnieszki

Tenisowy sezon pań się skończył (bez względu na to, że finał Masters dopiero jutro), zaczyna się czas podsumowań.

Agnieszka Radwańska wystąpiła w tym sezonie w 18 turniejach WTA (nie licząc rzeczonego Masters). W połowie tych turniejów zajęła pozycje medalowe – można by rzec, zdobyła trzy złote (Dubaj, Miami, Bruksela), dwa srebrne (Wimbledon, Tokio) i cztery brązowe (Sydney, Dauha, Stuttgart, Madryt). Tak, oczywiście, te brązowe medale to przy założeniu, że półfinaliści dostają je z automatu, bez gry o trzecie miejsce, ale taki system też się przecież nieraz stosuje – a z drugiej strony można było przecież potraktować Masters jak zwykły turniej, wtedy byłoby 5 brązowych i 10 łącznie na 19 startów. 

Do tego dodajmy, że w tych 9 niemedalowych turniejach, mamy 5 razy ćwierćfinały, czyli o krok od medalu, a zaledwie 4 turnieje tak naprawdę mniej udane. A przecież Radwańska jako zawodniczka z Top10, gra przede wszystkim w największych turniejach (ta Bruksela to może wyjątek, bo to była taka zapchajdziura po nieoczekiwanie szybkiej porażce w Rzymie). Skończy sezon na 4 miejscu na świecie.

Na pewno jednak Agnieszka oddałaby sporo z tych wirtualnych medali (choć puchary czy patery za zwycięstwo czy udział w finale są bardzo realne) za choćby jeden medal na londyńskich igrzyskach (nie piszę wszystkie, bo finał Szlema to sukces potężny). Jak już pisałem, więcej w tych nieudanych Igrzyskach pecha niż lekceważenia, na pewno trzeba będzie wziąć ten fakt pod uwagę przy ocenie sezonu.

Bo tekst ten piszę już zaczynając podsumowywanie roku sportowego. Wiem, wcześnie, ale rok długi, mało co dobrego już się może zdarzyć, a kategorycznych wniosków i tak jeszcze nie stawiam. Przy takich wynikach, nie sposób pominąć Radwańską na wysokim miejscu w plebiscytach i rankingach. Twardo stanę w obronie prymatu mistrzów olimpijskich (Tomasz Majewski konkurencji w zasadzie mieć nie powinien, Adrian Zieliński może jednak mówić o sporej dozie szczęścia), ale z innymi medalistami Agnieszka może już śmiało powalczyć. Wszak Robert Kubica w roku 2008 wygrywał plebiscyt PS, choć w 18 wyścigach zdobył tylko 7 medali, w tym 1 złoty…

Czy Adela jadła kolację?

Kiedy po raz pierwszy – po okresie tajemnicy, wyczekiwania i plotek – usłyszałem kilka tygodni temu w radio pełną wersję tej piosenki, stwierdziłem, że czuję się rozczarowany mniejszą siłą niż się spodziewałem, i jakimś takim ogólnym przygaszeniem Adele, wręcz pomyślałem, że coś z gardłem miała przy nagrywaniu, albo może oszczędzała się z racji ciąży. Podobne odczucia mieli znajomi na fejsie, którzy komentowali, że nie przyłożyła się do nagrania. 

Słucham jednak tej piosenki raz za razem i widzę (zobaczyłem już dawno, dla ścisłości), że pierwsze wrażenie było ciut mylące, a nawet może niesprawiedliwe, pewnie od tych oczekiwań. Zaczyna się przy użyciu skromnego, niemal dyskretnego instrumentarium, przez co spokojny głos Adele w niespiesznej partii daje uczucie niedosytu. Dopiero w partii refrenu pojawia się orkiestra z prawdziwego zdarzenia, i tak utwór nabiera siły (chórki, smyczki, dęciaki itp.). Nabiera jej utwór, a zarazem wokal nie wzmacnia się ponad miarę. Tak, Adele nie użyła das ganze Pulver (określenie pożyczone od Irvinga), nie pobawiła się zakresem głosu jak w „Set fire to the rain” czy „Rolling in the deep„, ale słuchając uważnie zaczynamy rozumieć dlaczego. Znając jej możliwości wiemy, że bez trudu mogłaby tę piosenkę zdominować. Dzięki temu, że się wstrzymuje, całość nabiera harmonii, wokal staje się jednym z wielu współgrających ze sobą elementów. 

Bond potrafi działać samodzielnie, ale wiele razy sukces zawdzięcza wsparciu jednostek lub całych zespołów. Adele gra tym razem zespołowo, i dziury w niebie od tego nie będzie. Let the Skyfall, zostały 4 godziny plus jakieś 12 minut i reklamy.

PS Uśmiech dla tych, którzy skojarzyli tytuł.