Urlop…

…należy się nawet i blogerowi, ale chwilowo nie mam tej uroczej możliwości (chyba że chodzi wyłącznie o urlop od bloga). Cierpię jedynie na przednówek czasu i chęci do pisania – piszę właściwie ciągle (służbowo) i potem już mi się nie chce, a jeśli mi się nawet chce, to na myśl o przycupnięciu nad notką ogarniają mnie wyrzuty sumienia (Soplica miał po mordzie), że tyle mam zaległej roboty, że aż nie uchodzi (co innego przeczytanie pięciu cudzych notek i zakomciowanie pod paroma z nich, to nie jest marnowanie sił kreatywnych). Ot, kryzysik jak co roku (na szczęście dopiero od zeszłego roku). 

Pomysły na notki na razie gdzieś są, może jeszcze wszystkich nie zapomniałem. I’ll be back, czy jakoś tek. 

Przereklamowany Barry, żaden z niego Messi

Czytałem wczoraj, jak to cały Internet kpił sobie z Garetha Barry’ego i jego ponoć fenomenalnego gola, padały nawet porównania do Messiego. Cóż, każdy chciałby być porównywany do Messiego, nawet jeżeli trafia nie do tej bramki co trzeba. Dziś znalazłem chwilę, obejrzałem sobie te bramki z meczu Southampton – Manchester City. 

Przyznam, że nieźle się ubawiłem patrząc na nieporadność zawodników przy kolejnych golach (może też to zabawnie wyglądało na moim ekranie, bo wszyscy wydawali się strasznie wyciągnięci, jakiś filmik z arabskiej telewizji był), właściwie kiks gonił kiks, komedia pomyłek, nawet efektowny z pozoru gol Dżeko w zbliżeniu okazywał się być kopnięciem mocno przypadkowym. Wreszcie dotarłem do przewidywanego gwoździa programu, czyli o mało co legendarnego już samobója. 

Cóż…

Proste, płaskie wkopnięcie z kilku metrów. Być może starał się wybić, być może głupio wpadł na tę piłkę, w sumie wyszło jak precyzyjne uderzenie przy słupku, ale – powiedzmy to szczerze i głośno – z prostej piłki z kilku metrów, na takie sytuacje to się zwraca uwagę, kiedy ktoś z takiej pozycji nie trafia (w tym Messi, pewnie można mu pudło w takiej sytuacji też znaleźć). Efektownych samobójów będących próbą wybicia znalazłoby się na pewno więcej, ja natomiast przypomnę gola, pod którym Messi faktycznie mógłby się podpisywać. Pochodzi też z ligi angielskiej, rocznik 1991, przed Państwem Lee-o Dixon! (dla młodzieży: wtedy bramkarze mogli łapać do rąk piłkę zagraną przez własnego zawodnika)

Krystyna!

Kalendarz mówi, że imieniny Krystyny będą za cztery dni, a te najbardziej znane, hucznie fetowane – za jakieś cztery tygodnie.

Krystyna Pałka postanowiła nie czekać na dzień swojej patronki, żeby sprawić prezent sobie i innym. We wczorajszym sprincie na mistrzostwach świata w morawskim Nove Mesto dobiegła siódma, gdyby nie jedno pudło – mogła zdobyć medal. Co się jednak odwlecze… dziś biegła równie dobrze jak wczoraj (jeśli nie lepiej), strzelała lepiej niż rywalki, utrzymała się na nartach do końca (co nie wszystkim rywalkom się udało) i na mecie mogła triumfalnie wyrzucić ręce w górę: zdobyła pierwszy w historii polskiego kobiecego biathlonu medal mistrzostw świata, srebrny (do złota potrzebowałaby jednego pudła mniej). Sukces to dla niej tym większy, że do wczoraj ani razu nie dobiła indywidualnie do pierwszej dziesiątki na mistrzostwach świata, tylko raz na Igrzyskach w Turynie finiszowała szósta w biegu indywidualnym (oficjalnie jest piąta za sprawą prac komisji antydopingowej). 

Feta w drużynie będzie na pewno wielka, bo ocierały się o ten medal już dziewczyny, choćby w Vancouver. Nieźle finiszowały też pozostałe, bo na miejscach 12, 13 i 27 (pamiętając, że wynik biegu pościgowego w dużej mierze zależy od strat ze sprintu). Aż zaczyna się nabierać apetytu przed kolejnymi występami, zwłaszcza w sztafecie – ale zaleca się ostrożność pamiętając, że w Vancouver udało się nam swoimi agresywnymi oczekiwaniami po prostu zniszczyć psychikę biathlonistek przed sztafetą.

14 lutego akurat nie ma żadnej żeńskiej konkurencji, ale może Krystyna jeszcze lepszy prezent zamierza sobie sprawić bliżej imienin?

PS Przepraszamy fanów Cristiano Ronaldo, to nie notka dla nich. 

Szlafrok

Nie da się ukryć, to jedno z moich ulubionych ubrań. Czuję się głęboko szczęśliwy, kiedy mogę długo paradować w szlafroku od samego rana (z jakiegoś powodu wieczorem wychodzi mi to gorzej). Ostatnio stałem się szczęśliwym posiadaczem nowiutkiego, miłego (i co ważne, z porządnym paskiem, bo lubię dobrze sobie szlafrok zawiązać). I tak sobie śniadanie, kawa, gazeta (hm, wróć, gazetę sobie trzeba ze sklepu przynieść, a szlafrok to jednak ubiór domowy). 

Kiedyś zresztą, w czasach Peerelu, fanatyczni rewolucjoniści języka uważali, że trzeba rugować z języka słowa zapożyczone i zastępować je słowami lub zwrotami rodzimego chowu. Pamiętam, że właśnie szlafrok mieli na celowniku (zgroza, to od niemieckiego Schlafrock), przy czym zamiennik nie skupiał się na rdzeniu związanym ze spaniem (choć dobry szlafrok w razie potrzeby służy za kołderkę), ale właśnie z poruszaniem się po domu: podomka. Ja tam wolę wersję obcobrzmiącą, w przekonaniu, że kiedyś w końcu dojdę do wychodzenia w szlafroku także i do ogródka:)

Zamiłowanie do szlafroka ma swoje złe strony. Paradując w nim przez czas jakiś, zdarza mi się ukryć w jego kieszeni telefon (komórkowy). Na tyle skutecznie (kieszenie głębokie, telefon niewielki), że kiedy się przebiorę i do wyjścia zbieram, to pojawia się dręczące pytanie: a gdzie jest mój telefon? I wtedy następuje namysł: czy dziś chodziłem w szlafroku…

Dzień dziś jakiś taki, że by go najchętniej w szlafroku (może być jako kołderka). 

A gdyby Robert Kubica nie był Polakiem

Cieszyliśmy się (piszę w imieniu zbiorowości narodowej) kiedy zostawał kierowcą F1. Byliśmy dumni, kiedy stawał na podium. Zagryzaliśmy wargi kiedy koziołkował w Kanadzie. Stawaliśmy na baczność kiedy wygrywał w tejże Kanadzie. Rośliśmy z dumy patrząc, jak ślizgał się między ścianami Monako. Płakaliśmy, kiedy trafił do szpitala. 

Od miesięcy obserwujemy (wychodzę z roli narodu), jak na różne sposoby wraca za kierownicę. Były przeróżne testy (o których mogliśmy tylko czytać), były ćwiczenia na kartach… Potem przyszło jeżdżenie rajdówką, kończące się wynikiem wszystko albo nic: albo wygraną, albo wypadnięciem (choć pewną nieuczciwością byłoby powiedzieć, że zawsze wypadał z pierwszego miejsca). Ostatnio były testy DTM, w których znów podobno był szybki (jeśli nie najszybszy), potwierdzonych danych brak. Znów pełno było komentarzy, że i na kosiarce wszystkich by przegonił (dzielny on nasz). 

Czytuję też blogi zagraniczne, akurat temat testów DTM został tam parę razy poruszony. W komentarzach (nie mam rzecz jasna pewności, że nie komentowali inni rodacy, ale co najmniej w kilku przypadkach miałem przekonanie, że to obcokrajowcy) zobaczyłem wiele wypowiedzi ludzi cieszących się z jego powrotu do zdrowia, wiele wypowiedzi ludzi przedstawiających się jako jego fani, podziwiających jego czysty talent do jazdy samochodem. Uświadomiłem sobie, że patrząc na niego jak na rodaka, traciliśmy wiele: zdolność oceny. Przez to, że jest „nasz”, nie potrafiliśmy naprawdę docenić, że trafił nam się brylant na miarę Alonso czy nawet Senny, kierowca, który byłby w stanie zostać na trwałe zapamiętany w historii sportu, a nie tylko w jego statystykach (jak choćby, ja wiem, Wenezuelczyk Maldonado). 

Zadałem sobie pytanie: jak śledzilibyśmy powrót arcybłyskotliwego Francuza, Włocha czy Brazylijczyka po równie ciężkim wypadku? Czy w ogóle zwrócilibyśmy uwagę na kolejne wygrywane rajdy czy udane testy? Czy zastanawialibyśmy się, kiedy jaki zespół będzie chciał wsadzić go do bolidu F1 (gdyby się nazywał Alonso, Massa czy Hamilton)? Doprawdy, dopóki nie odpowiemy sobie na to pytanie, to nie docenimy jego wielkości. 

 

Biokatalizator

Dowiedziałem się dzisiaj, że roquefort zawiera substancję o nazwie roquefortin (jaka adekwatna nazwa), która jest biokatalizatorem antydepresantów. Nie wiem, czy to działa krótkoterminowo, czy bardziej długofalowo, ale endorfiny zwykle po roqueforcie szaleją, jeśli jest na sali jakiś biochemik, to może potwierdzić, zaprzeczyć albo zanegować. 

Zacząłem się zastanawiać, czy roquefort jako substancja biopsychoaktywna ma też właściwości uzależniające.

A niech ma, będę nałogowcem.

Samozwańczy fachowcy od przetargów drogowych

Wspominałem już na fejsie, że słuchając o zdarzeniach ze sfery publicznej mam ostatnio wiele okazji do śmiechu (lepiej tak, niż się podniecać niezdrowo, denerwować i kląć, nie powiem, też się czasem zdarza). 

Jednym z takich wyjątkowo rozśmieszających tematów była kwestia wstrzymania płatności unijnych na budowę niektórych odcinków dróg z powodu podejrzenia zmowy cenowej wykonawców. Wszyscy natychmiast stali się ekspertami od przetargów i ścigali się w konkursie o to, komu uda się coś zabawniejszego powiedzieć. Jedni uderzali więc w tony katastroficzne i opowiadali o wstrzymaniu dofinansowania do wszystkich budowanych dróg, wbrew dość jednoznacznym komunikatom Komisji Europejskiej, określającym, jaka kwota została wstrzymana do wyjaśnienia. Inni realizowali swoją potrzebę odwoływania kogoś bez względu na to, czy było za co (przypominało to karanie żniwiarza za to, że siewca użył kiepskiego ziarna). Najśmieszniejsi byli jednak ci, którzy przy tej okazji postanawiali błysnąć wszechstronnością i dokonać ambitnej próby syntezy, łącząc ustawione przetargi z ogólnie kiepską sytuacją firm budujących drogi (i znanymi problemami z dokończeniem niektórych inwestycji). Trudno się nie śmiać, kiedy odrobina elementarnego pomyślunku podpowiedziałaby, że ewentualne zablokowanie zmowy cenowej leżało oczywiście w interesie płatnika (czyli głównie Unii), natomiast wykonawcy byliby przez to bardziej ograniczeni w swoich budżetach i tym łatwiej przecież byłoby im biedować, a nawet upaść.

Konkluzją tych wszystkich śmiesznostek było stanowisko odpowiedzialnego komisarza unijnego, który uprzejmie wyjaśnił, że takich zamrożeń w całej Unii jest obecnie około dwustu, z czego zaledwie dwa w Polsce. Zgaduję, że komentatorzy-trefnisie jakoś szybko zapomną o sprawie, skoro nasz system kontroli Unia uważa za wzorcowy…

Zimowo o niezimowych

Za oknem prawie cały śnieg spłukało, ale nie z tego powodu, sądzę, na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl pisałem ostatnio wyłącznie o sportach zupełnie niezimowych, takich jak:
– kolarstwo (Po spowiedzi)
– futbol (Kidiaba i inni, Nie byle jacy piątoligowcy)
– tenis (Kozaczok, Nikt nie lubi sióstr Williams)

Podobno zima ma wrócić, więc może będę pisał dla odmiany o sportach zimowych… nie, nie ma takiej zależności. 

Nikt nie lubi sióstr Williams

O siostrach Williams pewnie słyszeli nie tylko kibice tenisa, ale wielu darzy je niechęcią, z przeróżnych zresztą przyczyn. Najbardziej prymitywne są na tle rasistowskim (jak to możliwe, żeby takie czarne…), niewiele więcej dobrego można powiedzieć o tych, którzy dyskredytują je z powodu walorów fizycznych (nie da się ukryć, że Amerykanki motoryką biją resztę na głowę, ciekawe jak wyglądałyby ich mecze przeciwko mężczyznom; przypuszczam, że to głównie uwarunkowania genetyczne, ale chamskich dowcipów z podtekstami dopingowymi słyszałem aż nadto). 

Kibice mniej niedzielni mogą mieć siostrom za złe, że swoją grą ugruntowały obowiązywanie w kobiecym tenisie siłowego stylu gry (jako praktycznie jedynego sposobu na powstrzymanie Amerykanek). Rywalki mogą ich nie lubić za zgarnięcie aż tylu tytułów (od 2000 roku siostry wygrały blisko połowę turniejów wielkoszlemowych, a na Wimbledonie oddały ledwo trzy), podobnie jak miłośnicy różnorodności (choć o tę w tenisie w sumie trudno, zwykle mamy tylko paru murowanych faworytów). 

Agnieszka i Urszula Radwańskie mają swój własny, niepowtarzalny powód, żeby nie lubić Amerykanek. Gdyby bowiem nie one, to Polki mogłyby cieszyć się tytułem najlepszych sióstr w tenisowym cyklu… Ale jeszcze nic straconego, Venus i Serena raczej powoli już kariery kończą, a Radwańskim do tego znacznie dalej. 

Ciężki transport

Tę notkę powinienem właściwie opatrzyć tagiem „nie próbujcie robić tego w swoim samochodzie”. Podjeżdżanie w padającym śniegu przy prędkości ca 80 km/h do ciężarówki po to, żeby zrobić jej zdjęcie z telefonu – cóż, nie brzmi mądrze. Ale nie umiałem się oprzeć.

zimowa ciężarówka

W końcu nie co dzień spotyka się ciężarówkę z wielką platformą, której ładunek sprowadza się na małej pryzmy śniegu. 

Jutro jadę w dłuższą trasę, oby takie przede mną nie jeździły.