Mam sentyment do tej piosenki. Pomimo paru potknięć językowych, opowiada całkiem ładną historię, bardzo miło się składającą do zręcznej melodii. Nazwisko Ania Dąbrowska usłyszałem przy niej po raz pierwszy w życiu i pomyślałem sobie, że jak na debiut (patrz początek zdania) jest to niezmiernie obiecujące. Nie sprawdzałem wtedy, kto odpowiadał za poszczególne elementy twórcze, aranż i umiejętnie stosowane uderzenia perkusją (do których nieraz już tu zdradzałem słabość), po prostu dobrze mi się słuchało.
A potem zupełnie nieoczekiwanie w innej już epoce, natrafiłem na informację, że ten „interesujący debiut” to cover (tak, pewnie wszyscy interesujący się wiedzieli). Zacząłem szukać oryginału, znalazłem, doszedłem do wniosku, że dobrze że przynajmniej się językiem różnią. To oczywista przesada, oryginał jest na początku jeszcze bardziej minimalistyczny, ale w gruncie rzeczy cała koncepcja aranżacyjna jest pożyczona. A tekst? Jest prawie że przekładem. Prawie że, bo na potrzeby polskiego słuchacza (czy zwłaszcza niesłuchacza) został złagodzony, oryginalny tekst jest znacznie bardziej rokendrolowy. Ania Dąbrowska śpiewa przy tym czystszym, pensjonarskim głosem, natomiast Nina Persson opowiada tę historię głosem bardziej zmysłowym, odwołując się do namiętności raczej niż do tęsknoty.
I tylko się zastanawiam, jak tę piosenkę wygrzebano na drugiej stronie singla.

Monika Hojnisz z medalem (zdjęcie Petr Josek, Reuters, za sport.pl)
Krystyna Pałka z medalem (zdjęcie PAP/EPA, za interia.pl)