Noc z Charliem

Mam sentyment do tej piosenki. Pomimo paru potknięć językowych, opowiada całkiem ładną historię, bardzo miło się składającą do zręcznej melodii. Nazwisko Ania Dąbrowska usłyszałem przy niej po raz pierwszy w życiu i pomyślałem sobie, że jak na debiut (patrz początek zdania) jest to niezmiernie obiecujące. Nie sprawdzałem wtedy, kto odpowiadał za poszczególne elementy twórcze, aranż i umiejętnie stosowane uderzenia perkusją (do których nieraz już tu zdradzałem słabość), po prostu dobrze mi się słuchało

A potem zupełnie nieoczekiwanie w innej już epoce, natrafiłem na informację, że ten „interesujący debiut” to cover (tak, pewnie wszyscy interesujący się wiedzieli). Zacząłem szukać oryginału, znalazłem, doszedłem do wniosku, że dobrze że przynajmniej się językiem różnią. To oczywista przesada, oryginał jest na początku jeszcze bardziej minimalistyczny, ale w gruncie rzeczy cała koncepcja aranżacyjna jest pożyczona. A tekst? Jest prawie że przekładem. Prawie że, bo na potrzeby polskiego słuchacza (czy zwłaszcza niesłuchacza) został złagodzony, oryginalny tekst jest znacznie bardziej rokendrolowy. Ania Dąbrowska śpiewa przy tym czystszym, pensjonarskim głosem, natomiast Nina Persson opowiada tę historię głosem bardziej zmysłowym, odwołując się do namiętności raczej niż do tęsknoty. 

I tylko się zastanawiam, jak tę piosenkę wygrzebano na drugiej stronie singla.

Się dzieje…

..to się pisze. W ostatnich tygodniach odbyły się mistrzostwa świata w biathlonie i rozpoczęły się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, więc na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl przybyło notek:
– o biathlonie – Krystyna! i Piąte miejsce,
– o narciarstwie – Kolorowo na śniegu i Zignorowane skoki.  

Były też mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim, ale jakoś nie zainspirowały, więc tylko przerywnik futbolowy – Przereklamowany Barry, żaden z niego Messi.

Zignorowane skoki

Dziś na mistrzostwach świata interesująco zapowiadająca się konkurencja na skoczni. Skakać będą drużyny mieszane, złożone z dwóch pań i dwóch panów, niewątpliwie z odpowiednio dobranymi belkami startowymi, więc i panie, i panowie, będą mogli latać daleko (na ile daleko można polatać na skoczni K-95). 

Zapowiada się interesująco, ponieważ po pierwsze zawody drużynowe ze swojej natury są bardziej nieprzewidywalne niż indywidualne (jeden błąd na drużynę prawie że jest wliczony), a po drugie mamy do czynienia z wyjątkowo mało zrównoważonymi drużynami. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z takimi drużynami jak amerykańska, gdzie duet żeński Hendrickson-Jerome powinien rządzić w swoich seriach, natomiast dla mężczyzn będzie to niemal jedyna okazja, żeby skakać w zawodach (Frenette w ogóle się nie zakwalifikował do konkursu indywidualnego, Johnson odpadł w pierwszej serii), czy czeska, gdzie względnie mocny zespół męski (choć na razie bez rewelacji) będzie z trudem ratować sytuację po skokach koleżanek (w konkursie indywidualnym w dołach tabeli). Z drugiej strony staną takie drużyny jak austriacka czy niemiecka, gdzie mocarne męskie duety będą uzupełnione przez dość solidne zespoły kobiece. Japonia wreszcie ma oczywistą liderkę w osobie Sary Takanashi, w miarę solidnych kolegów (Takeuchi i Ito) i takie sobie koleżanki (indywidualnie najlepsza była… Ito). 

Symulacja oparta na wynikach konkursów indywidualnych (nieco naciągnięta, bo nie wszyscy oddawali po dwa skoki, a Frenette w konkursie przecież żadnego) wskazuje, że wygrać powinna Austria przed Japonią i Niemcami, ale różnica w pierwszej trójce to niespełna dwadzieścia punktów. Czyli dwa i pół punktu na skok, sam wiatr może większą różnicę zrobić. Norwegii do strefy medalowej zabrakło też dwudziestu… I dodajmy, że nie wiadomo (nie sprawdzałem) kogo poszczególne reprezentacje faktycznie wystawią (choć na miejscu Schlierenzauera chyba pokusiłbym się o próbę wyrównania rekordu Schmitta i zdobycie czterech medali na jednych mistrzostwach). 

W polskiej telewizji tego nie obejrzycie, nawet się nie dowiecie, że taka konkurencja jest, bo reprezentacja Polski nie startuje (na szczęście jest Eurosport). Swoją drogą to porażające, że po dwunastu latach małyszomanii nie mamy żadnych reprezentantek, podczas gdy na mistrzostwach świata startuje Rumunka, a Holenderka kwalifikuje się do drugiej serii..

Trudno polubić Tarnów w styczniu

Pod naszą szerokością geograficzną trudno jakiekolwiek miejsce polubić w styczniu, poza ewentualnie jakimś kurortem narciarskim, do którego przyjeżdżamy i chłoniemy piękno gór. Kiedy jednak mamy odwiedzić jakieś miasto, to w styczniu możemy napotkać wszelkie przeszkody, które nas będą do niego zniechęcać: trzaskający mróz, sypiący się na głowę (i oblepiający buty) śnieg, mroźny wiatr – wszystko to razem i z osobna mówi „chowaj się w te pędy, nie patrz świata poza ciepłym kątem”.

Kiedy pod koniec stycznia odwiedzałem Tarnów, ten przywitał mnie dziurami w asfalcie, padającym śniegiem z deszczem i temperaturą parę stopni powyżej zera, sprawiającą, że nagromadzony przez ostatnie tygodnie śnieg topił się na potęgę. Trudno w tej sytuacji o miłe wspomnienia, pocieszam się, że w odróżnieniu od innych udało mi się przynajmniej zaparkować na względnie suchym miejscu (i kelnerka w kawiarni ocieplała klimat).

tarnów parking styczeń 2013

Nie poprawiło też wizerunku miasta w moich oczach, że nie było dobrego oznakowania dojazdu do autostrady (wiem, że ledwo co im otwarli, ale jednak), przez co wlokłem się spory kawał wąską i zatłoczoną starą drogą krajową. Ale gdy jechałem przez centrum szukając drogi, odnotowałem w pamięci interesująco wyglądający kościół typu gotyckiego, o dwóch smukłych wieżach, może kiedy tam pojadę na wiosnę, to będzie jakoś przyjaźniej. 

Kolorowo na śniegu

Już nieraz pisałem (choć jeszcze na głównym blogu), że wielkie imprezy sportowe lubię ze względu na ich koloryt, egzotyczność, kiedy pojawiają się sportowcy przyjeżdżający głównie dla ideałów Coubertinowskich, ale ubarwiający rywalizację samą swoją obecnością. 

Przeczytałem wczoraj o reprezentancie Togo w biegach narciarskich. W swoim kraju nie ma chyba nawet okazji zobaczyć śniegu, nawet w rodzimych Górach Togo (niższych wszak niż Beskid Śląski) – nie tak jak startujący kiedyś w zawodach narciarskich Kenijczycy, którzy przynajmniej mogą się przejechać na Mount Kenya – zimową reprezentację Togo wymyślono wszak w Niemczech, gdzie nasz bohater próbował szczęścia w sportach letnich. On sam nie ma złudzeń, że będzie okupował miejsca w dole tabeli, ja się cieszę z jego udziału, nawet jeśli więcej w nim pomysłu reklamowego niż sportowego. Równie radośnie wygląda Grek zakwalifikowany do konkursu skoków, nawet jeżeli wiemy, że jeszcze do niedawna był Niemcem (acz synem Greka). 

Kolorowo wygląda też w tabeli medalowej. Medale dla Kanady i Stanów Zjednoczonych wcale nie są oczywiste (choć Amerykanie bywali bardzo mocni w kombinacji), biegaczki gdzieś zgubiły chyba formę z wcześniejszej części sezonu (Kikkan Randall chyba wolałaby sprint biegany techniką dowolną, ale może jeszcze spróbuje się pokazać w biegu na 10 km), ale mają jeszcze w zapasie skoczkinie (którym panowie nic a nic nie potrafią dorównać). Małą czarną plamą było, że sport.pl nie potrafił w zbiorczych wynikach podać nazwisk medalistek, podczas gdy w najlepsze pokazywał wyniki rozegranych później jakże mniej doniosłych kwalifikacji do zawodów męskich (ale to tam są reprezentanci Polski). 

Pamiętajmy, że szarość pechowego upadku też jest jedną z naturalnych barw sportu. Za to jak kolorowo wyglądają na śniegu wszystkie stroje…

(50)

Piątkowa radiówka

W Atenach była ponoć jakaś straszliwa burza, że całe miasto zalane. Padało tak mocno, że nie wytrzymał szklany sufit w gmachu parlamentu i zawalił się na pracującą poniżej sprzątaczkę. Chyba nie o to chodziło w koncepcie przebijania szklanego sufitu przez kobiety.

W Niemczech afera, bo pewien poseł zaprotestował przeciwko niszczeniu wołowiny, w której są odrobiny koniny, i zaproponował, żeby jednak dać to mięso do zjedzenia przynajmniej ubogim (bo nie jest szkodliwe dla zdrowia). Zaprotestowały organizacje, że nie wolno tak traktować biednych. Posłowi muszę przyklasnąć, bo jestem wrogiem takiego marnowania żywności, ale popełnił oczywisty błąd: przecież to dyskryminacja odbierać bez powodu bogatym prawo do zjedzenia taniego (darmowego) mięsa. Swoją drogą, biłbym brawo komuś, kto sprytnie dostarczył takie wycofane z handlu mięso do kuchni parlamentu i podobnych, głupie pomysły by im z głowy wyleciały.

W Sejmie wielkie głosowanie nad odebraniem immunitetu posłowi PO, który miał obrazić Rodziny Smoleńskie. Przed głosowaniem wystąpił poseł PiS z płomiennym przemówieniem, w którym solidnie nabluzgał obwinionemu posłowi PO. Grunt to dobry przykład.

Nie ma to jak posłuchać wiadomości w samochodzie.

Wsparcie niskoprocentowe

Skończył się rok, rozpoczął się okres rocznych rozliczeń podatkowych. Tylko patrzeć, jak zacznie się wielkie polowanie na Jeden Procent, na ten jakże skromny w istocie odpis, który na dodatek w ogóle donatora nie kosztuje. Na razie mieliśmy wstrząsające (a w gruncie rzeczy całkowicie przewidywalne) analizy, że większość pieniędzy zgarnia kilka największych organizacji, mających największe budżety promocyjno-reklamowe lub największe wsparcie medialne, a spodziewanego dofinansowania nie otrzymują małe lokalne organizacje, które w zamierzeniu głównie miały na całej imprezie korzystać, w ramach budowy więzów lokalnych i społeczeństwa obywatelskiego. Są też doniesienia o „instytucjach pośredniczących”, które zbierają środki dla innych czy też przynajmniej organizują taki pas transmisyjny, pobierając za to dolę. 

Już kiedyś pisałem, że dobrej metody na to nie ma, a nie jestem przy tym tak krwiożerczy, jak mój kolega bloger, który instytucję 1% by najchętniej zlikwidował. Wpadło mi jednak do głowy, aby zakazać indywidualnych kampanii medialnych (prasa, radio, telewizja, internet), a co najwyżej stworzyć pulę zasobów reklamowych (finansowanych z odpisu albo jakkolwiek), dostępną dla wszystkich OPP w drodze losowania, mniej więcej jak w przypadku podziału czasu antenowego przed każdymi wyborami. Oczywiście, organizacje (zwłaszcza duże) zawsze znajdą jakieś sposoby, typu ulotki, listy, czy choćby bezpłatne programy do wypełniania PIT-ów, podpowiadające konkretną organizację jako beneficjenta, ale lepiej im to utrudnić. Sam jeśli będę miał jakikolwiek problem ze wskazaniem OPP, to będzie to problem mnogości – coraz częściej trafiam na sytuację, w której ktoś mniej lub bardziej znajomy zbiera na jakiś ważny cel, ale raczej wybiorę sprawiedliwie kogoś obcego (być może tę samą organizację co zawsze)?

A w ogóle to jestem niezmiennie zwolennikiem powrotu do zasady, w której to podatnik sam wpłaca pieniądze do OPP, a potem dopiero je odlicza od zapłaconego podatku. Wtedy jest to działanie świadome, inaczej się odczuwa rzeczywistą wpłatę, niż bezosobowe wskazanie organizacji w kratce, no i jakoś tak głupio wpłacić na szlachetny (a takie są w założeniu) cel jakieś 31,20 zł , to już każdy jednak zaokrągli…

Pierwszy związek partnerski

Przewala się wokół nas burza wokół związków partnerskich, w wersji homo lub hetero, na świecie poza nami kręci się ona nie gorzej (choć tam już bardziej przechodzą od związków partnerskich do małżeństw homo). Junior póki co – tak się Rodzicom wydaje – wydarzeń ze świata bliższego i dalszego zbyt uważnie nie śledzi (czasem niebezpiecznie laptop czy gazetę podczyta, ale chyba nic więcej), więc temat mu chyba obojętny, zajmuje się wiedzą bliższą jego poziomowi rozwoju. Kiedy jednak z głupia frant zadaje pytanie:
– Matka, a Adam i Ewa to brali ślub?
to Matka przyjmuje wersję, że małżeństwa to wymysł późniejszy, a Ojciec (w duchu) komentuje, że na ich przykład nikt się współcześnie nie powołuje w tej dyskusji. 

Piąte miejsce

Piąte miejsce wygląda nieźle (o ile stawka jest większa niż pięciu startujących), choć medalowe nie jest. Piąte miejsce na mistrzostwach świata wygląda już całkiem nieźle, choć niedosyt pozostaje. Piąte miejsce w klasyfikacji medalowej mistrzostw świata… to wygląda, że serce rośnie. Piąte miejsce w klasyfikacji mistrzostw świata na równi z takimi biathlonowymi potęgami jak Rosja i zwłaszcza Niemcy – aż trzeba się bać, że za chwilę odlecimy z dumy. 

Cała klasyfikacja mistrzostw wygląda zresztą niezmiernie interesująco – w cuglach wygrała ją Norwegia, ale to głównie zasługa Svendsena i Berger (razem 7 medali indywidualnie z 11 zdobytych), dla drugiej Francji trzy z pięciu medali zdobył Martin Fourcade (oczywiście ci multimedaliści wydatnie przyczynili się do kolejnych medali w sztafetach). Paradoksalnie najrówniejsza okazała się być drużyna Ukrainy (czy raczej jej żeńska część), w której pięć medali rozłożyło się na trzy zawodniczki (i drużynę). Poza tą trójką żadna reprezentacja nie zdobyła więcej niż dwa medale. Polska wyprzedziła choćby utytułowaną ekipę Szwecji czy czeskich gospodarzy, tylu medali na raz nie zdobyła chyba nigdy.

Nie byłoby tych wyliczeń, gdyby nie dzisiejsza wspaniała niespodzianka sprawiona przez startującą jeszcze w zeszłym roku wśród juniorów Monikę Hojnisz, która dzięki znakomitemu strzelaniu pewnie dobiegła na trzecim miejscu. Wydawało się, że będzie o to miejsce walczyć z Krystyną Pałką, ale ta traciła siły z każdą chwilą i w końcu jeden jedyny strzał okazał się niecelny (wystarczyło na siódme miejsce). Bohaterki zasługują jednak na pełne uhonorowanie.

Monika Hojnisz medalistka biathlon Nove MestoMonika Hojnisz z medalem (zdjęcie Petr Josek, Reuters, za sport.pl)

Katarzyna Pałka wicemistrzyni świata biathlon Nove MestoKrystyna Pałka z medalem (zdjęcie PAP/EPA, za interia.pl)

Pamięć o Mandelsztamie

Powstał mały zamęt w pamięci strażników:
Którego Mandelsztama? Mamy ich bez liku!
Jeden szyje worki, drugi miesza beton,
Trzeci drzewo rąbie – każdy jest poetą. 

Przypomniało mi się (nomen omen), kiedy snułem rozmyślania nad nową notką, dotyczącą zagadnienia pamięci (snuję je od dawna, żeby nie było) i zapomnienia. 

Przeglądają druki, wyroki – nic nie ma,
Każda kartoteka zmienia się w poemat.

A w tym poemacie – ludzi jak drzew w tajdze,
Choćbyś sczezł, to tego jednego – nie znajdziesz!

Pamięć była kluczowa dla rozwoju naszej cywilizacji, nawet przy świadomości, że pamięć jednostkowa może wypaczać obraz, w ujęciu historycznym była bowiem skutecznym nośnikiem.

Stary zek wspomina, że on dawno umarł,
Lecz po latach zekom miesza się w rozumach

Ale Jacek Kaczmarski pamięta.